Smoleńsk: pognębić za życia, upokorzyć po śmierci

  

Kampania medialna po 10 kwietnia nie zatrzymała się na obarczeniu Lecha Kaczyńskiego winą za tragedię, obrzydzeniu Jarosława Kaczyńskiego Polakom ani upodleniu narodu przed Rosją i Putinem. Po Smoleńsku odbył się ostatni akt „pierekowki” duszy polskiej, ­ na szczęście nieudany. Ale było blisko - pisze w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska” Jakub Augustyn Maciejewski.

Już 8 kwietnia, tuż po wizycie Donalda Tuska w Katyniu, „opiniotwórcze autorytety” „Gazety Wyborczej” wychwalały Władimira Putina. To trzeba stanowczo podkreślić. Prezydent Rosji jest dziś bowiem przeklęty przez tych samych lewicowców, którzy wówczas widzieli w nim sprawnego reformatora i nadzieję na rozwój demokracji. Usypiali czujność Zachodu, pacyfikowali postulaty twardego stanowiska wobec Moskwy, a wreszcie nakazywali Polakom pojednać się z wrogiem.

Kochany czekista

„Jego [Putina] słowa przynoszą nadzieję na prawdę i pojednanie” – pisał Adam Michnik dwa dni przed katastrofą smoleńską. Ekspert „Wyborczej” do spraw Rosji, Wacław Radziwinowicz, przekonywał, że „niektórzy rosyjscy komentatorzy przyznawali, że nigdy nie widzieli Putina tak poruszonego, niemal na granicy łez”. „Rosjanie chyba naprawdę chcą pojednania” – twierdził kolejny „wybitny” ekspert Władysław Bartoszewski. Najbardziej przeraża jednak cały przekaz mediów lewicowych, krzyczący z „Wyborczej” tytułem: „Niech Katyń nas pojedna”. Dlaczego przeraża? Bo pierwsze wydanie „Gazety” już po śmierci Prezydenta i 95 pasażerów tupolewa zawierało identyczny przekaz. „Niech ta śmierć nas pojedna” – zachęcał wicenaczelny Jarosław Kurski, podziwiając Putina za to, że pojawił się na miejscu katastrofy. Faktycznie, pułkownik KGB stojący na czele Federacji Rosyjskiej szybko się uczy. Gdy w pierwszym roku prezydentury nie przerwał urlopu po katastrofie okrętu podwodnego „Kursk”, posypały się na niego słowa krytyki. Po zamachach z 11 września 2001 r. był pierwszym, który zadzwonił z kondolencjami i wyrazami wsparcia do Białego Domu – z rozrzewnieniem piszą o tym w swoich wspomnieniach George Bush i Condoleezza Rice. Puste gesty przecież nic nie kosztują, a mogą przynieść ogromne zyski, zwłaszcza gdy dziennikarze zamiast dociekać prawdziwych intencji i zakulisowych działań, pełnią rolę propagandystów Kremla.

Zatem bez względu na to, czy Putin płacze nad grobami w Katyniu, czy też gdy w Smoleńsku ginie elita państwa polskiego, dziennikarze nie zmieniają przekazu ani o przecinek. Potem idą jeszcze dalej: znicze na grobach gwałcicieli z Armii Czerwonej, pomnik dla bolszewików w Ossowie. Wszystko przy jednoczesnym zdejmowaniu Krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego.

KGB – najbardziej wiarygodne źródło

W marcu 2012 r. Radek Sikorski nakazał opublikować zapis rozmów z Centrum Operacyjnego MSZ z 10 kwietnia. Wynika z niego, że jedynym polskim źródłem informacji z miejsca tragedii był ambasador Jerzy Bahr, który miał widzieć „wszystkie szczegóły zajścia z odległości 150 metrów”. Na tej podstawie stwierdzono zgon wszystkich pasażerów samolotu, oderwanie skrzydła w zderzeniu z brzozą, a nawet błąd pilota. Dużo, jak na wzrok 66-letniego krótkowidza przenikającego spojrzeniem mgłę, dym i las. Wszystkie dodatkowe szczegóły katastrofy pochodziły ze źródeł rosyjskich: o błędzie pilota opowiadał Aleksiej Korocznin, a kontroler lotów w Smoleńsku przekonywał, że kpt. Arkadiusz Protasiuk nie umiał mówić po rosyjsku. Polskie media nagłaśniały kłamstwo, choć informacja o doskonałej znajomości języka przez pilota była ogólnodostępna. Z Moskwy płynęły zapewnienia o sprawnej organizacji ekshumacji zwłok, poszanowaniu przedmiotów zmarłych i fachowej procedurze identyfikacji ciał. Wszystkie oświadczenia z Rosji były publikowane w polskich mediach, telewizji, gazetach i internecie jako fakty. Ani służby dyplomatyczne, ani tysiące pracowników gazet, agencji prasowych i mediów informacyjnych nie były w stanie wygenerować własnych źródeł wiadomości.

„Skrytobójstwo to kula podpisana imieniem ofiary”

Nie odbyło się jeszcze wiarygodne śledztwo, które określiłoby przyczynę wydarzeń z 10 kwietnia, jednak pewne jest, że nazajutrz po tragedii media zaczęły wywoływać skojarzenia, że upór i szaleństwo polskich lotników dość często powodowały katastrofy lotnicze. „Do celu za wszelką cenę” – „Gazeta Wyborcza” już 12 kwietnia przypominała nadgorliwość polskich pilotów z ostatnich dwóch dekad. Dość szybko „odpalono” temat prezydenckiego lotu do Gruzji w 2008 r., w którm Lech Kaczyński rzekomo osobiście naciskał na pilota, by ten lądował w niebezpiecznych okolicznościach. Puszczono w ruch plotki i pogłoski: o kłótni generała Błasika na płycie lotniska w Warszawie, o jego obecności w kokpicie w trakcie lotu, którą wspierano wspomnieniami, że „często osobiście zasiadał za sterami”. W świat poszło podejrzenie, że we krwi dowódcy wykryto ślady alkoholu. W tym samym czasie do granic szaleństwa rozpętano histerię wokół rozmowy telefonicznej prezydenta Kaczyńskiego z prezesem PiS, na pół godziny przed katastrofą. Lech Wałęsa domagał się ujawnienia treści, podejrzewając, że padła w niej sugestia o lądowaniu bez względu na okoliczności. Takie skoordynowanie nieprawdziwych doniesień, mających wywołać jedno skojarzenie (o winie załogi i pasażerów tupolewa), wywołało u wielu Polaków poczucie winy i obrzydzenie do własnego kraju i śp. Prezydenta.

Odwrócenie ról kata i ofiary to standardowa technika dezinformacyjna Sowietów. Polacy atakują bezbronnych bolszewików w 1920 r., CIA i FBI rękami L.H. Oswalda strzela do prezydenta J.F. Kennedy’ego, Ukraińcy sami mordują swojego przywódcę Jewhena Konowalca w Rotterdamie w 1938 r. – przykłady można mnożyć. Kreml potrafił scedować odpowiedzialność za śmierć swoich wrogów na prawicę albo na samą ofiarę – tym razem udało się połączyć obie wersje.

Autorzy książki „Ostatni lot” wśród przyczyn katastrofy wymienili błędy tylko po stronie polskiej, nie wyrazili ani jednej wątpliwości wobec Rosjan.

Dezinformacja zawsze jest sformatowana pod stereotypy i wyobrażenia grupy docelowej. Smoleńsk w wersji ludzi Putina i Tuska wyglądał jak sztandarowy przykład polskiej mentalności: pełni fantazji i gorliwości Polacy, niczym szarżujący pod Somosierrą ułani, rzucają się wbrew przeciwnościom w największe zagrożenie. Uruchomiono wszystkie negatywne skojarzenia: pijaństwo, brawura, „pobrzękiwanie szabelką”. Ale szczególnie mocno przygotowano narrację, która miała na dekady wykluczyć prawicę z ubiegania się o władzę.

Katyński syndrom w milczeniu – rzecz o dwóch filmach

W tym samym dniu, gdy odbywała się II tura wyborów prezydenckich między Jarosławem Kaczyńskim a Bronisławem Komorowskim, Rosjanie wyemitowali w telewizji film „Katyński syndrom”. Polacy są w nim pokazani jako kłótliwy naród, który przez podziały narodowe doprowadza do kolejnych katastrof. Wydarzenia 10 kwietnia są przedstawione jako efekt „katyńskiego syndromu”, romantycznego kruszenia kopii o ideały nie do zrealizowania. W filmie Aleksander Kwaśniewski wypowiada się po rosyjsku, a Lech Wałęsa opowiada o „tajemniczej” rozmowie braci Kaczyńskich tuż przed lądowaniem. To ważny przełom – do tej pory to Rosjanie dostarczali lewicowym środowiskom paliwa dezinformacyjnego, wówczas były prezydent Polski jako międzynarodowy symbol Solidarności stał się źródłem dalszych insynuacji ze strony Kremla.

Tuż przed pierwszą rocznicą katastrofy swoją premierę ma film wyprodukowany przez TVN i BBC, którego reżyserem jest Ewa Ewart. Wymowny tytuł „W milczeniu” wskazuje dwa rodzaje zachowań po katastrofie – to właściwe, pełne ciszy, pokory i smutku, oraz to niegodne: domagające się jakiejś prawdy, śledztwa, upamiętniania ofiar. Postać Jarosława Kaczyńskiego pojawia się tam tylko raz, podczas składania wieńca na grobie, a towarzyszą temu głosy o „walce politycznej” i „wykorzystywaniu tragedii”. Z filmu wynika, że protesty przeciwko pochówkowi Prezydenta na Wawelu odbyły się podczas samego pogrzebu. Protestujący pod kurią biskupią szczególnie więc przydali się prorosyjskiej propagandzie.

Smoleńska brzoza, która miała urwać skrzydło samolotu, jest w obrazie Ewart wyraźnie wyeksponowana, rodziny ofiar z żałobą i smutkiem modlą się przy kikucie drzewa. Ewa Komorowska, żona jednego z pasażerów tupolewa, potępia w filmie obronę Krzyża, marsze upamiętniające ofiary i polityków „wykorzystujących katastrofę”. W nagrodę tygodnik „Wprost” nazywa ją „wdową z klasą” – inne wdowy są po prostu „wdowami smoleńskimi”.

Podeptać po śmierci

Do wyjaśnienia relacji polsko-rosyjskich i polsko-polskich nie wystarczy podsumowanie procedur, błędów i zakłamań. Rosyjska dyplomacja i stosunek do innych narodów od wieków opierają się na symbolach i gestach, a także traktowaniu zmarłych oraz pamięci o nich. Jeszcze w czasach carskich zdarzyło się negocjatorom z Moskwy domagać kary dla litewskich magnatów za znieważanie władcy z Kremla. Problem polegał na tym, że autorzy negatywnych opinii o wschodnim sąsiedzie już nie żyli – w II połowie XVII w. Rzeczpospolita miała jednak wolę postawić się makabrycznym żądaniom. Podobne szydercze gesty wykonywali Sowieci nie tylko ustami Stalina, twierdząc, że oficerowie polscy uciekli do Mandżurii, ale też przyjmując w lipcu 1974 r. prezydenta USA Richarda Nixona w białoruskiej wsi Chatyń. To tam amerykański przywódca oddał hołd… oficerom polskim, sądząc, że jest w katyńskim lesie. W natłoku psychologicznych i emocjonalnych szantaży, wobec których każda myśl o możliwości zamachu natychmiast kwalifikowała rozmówcę jako szaleńca, nie sposób było wspomnieć o symbolicznej przemocy, dzięki której Rosjanie zbadali kondycję polskiej tożsamości.

Zamienienie ciał akurat dwojga antykomunistycznych postaci polskiej historii XX w.: Anny Walentynowicz i Ryszarda Kaczorowskiego tylko przez naiwnych może być traktowane jako przypadek. Podobnie stan umundurowania gen. Andrzeja Błasika, który przetrwał prawie nienaruszony – odpadły od niego tylko wojskowe orły, czyli oficjalne znaki żołnierza polskiego, wzorowane na narodowym godle. Traktowanie rodzin smoleńskich identyfikujących swoich bliskich było wielokrotnie omawiane – ale wielu krewnych nadal nie ujawniło wszystkich incydentów podczas pobytu w Moskwie: okaleczonych ciał, rosyjskich napadów złości i komentarzy.

Godność broni się na Wawelu

Szczególny stosunek Rosjan do zmarłych przejawia się w skrajnym traktowaniu miejsc pochówku swoich przyjaciół i wrogów. Lenin został otoczony kultem jako bohater, ambiwalentny stosunek Kremla do Chruszczowa przejawił się w skromnym pochówku i nagrobku, ale wobec ciał wrogów Sowieci są bezlitośni. Ciała chińskiego marszałka Lin Biao, otwarcie antyrosyjskiego, nigdy nie odnaleziono po katastrofie lotniczej w 1971 r. Tak samo traktowano zwłoki Żołnierzy Wyklętych i Adolfa Hitlera, aby w funeralnym geście postawić nazistę i polskich patriotów w jednym szeregu. Polscy bohaterowie leżą dziś w miejscach, w których komuniści często zorganizowali publiczne toalety, kontenery na śmieci, a nawet wybiegi dla psów. Nie wiemy, co się stało z kośćmi Hitlera, ale Dmitrij Wołkogonow twierdzi, że Andropow osobiście zapoznał się z tą informacją – zatajenie pochówku było więc stosowane wobec tych, których ZSRS nazywał „faszystami” – nieważne, czy byli to naziści, czy obrońcy swojego kraju. Jest to akt demonicznej władzy nad przeciwnikami, nawet po śmierci. Ze strony rosyjskiej traktowanie ciał ofiar tragedii smoleńskiej było ostatnim akordem zemsty – bez względu na przyczynę katastrofy ­ pogarda i chęć upokorzenia, przy jednoczesnych gestach życzliwości i łzach wzruszenia ze strony włodarzy Kremla, były ponownym gwałtem na Polsce. Taka demonstracja siły, władzy i bezkarności delegitymizowała w paradygmacie Kremla prawo naszego narodu do prowadzenia niezależnej polityki.

Pochówek Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, mimo stworzenia okazji dla podsycania podziałów przez „Gazetę Wyborczą” i TVN, był więc ocaleniem resztek godności po tragedii smoleńskiej. Resztę polskiego honoru trzeba odzyskać przez zdeterminowane działania na rzecz poznania prawdy o Smoleńsku. Bez tego nigdy już nie będziemy dumnym narodem z duchową siłą jednoczenia Europy Wschodniej.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

"Chcemy szkoły wolnej od ideologii". Licealiści z Gdańska sprzeciwili się programowi "Zdrovve Love"

zdjęcie ilustracyjne / fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

  

Młodzież z trójmiejskich szkół średnich zorganizowała w piątek pod Nowym Ratuszem w Gdańsku happening przeciwko programowi edukacji seksualnej "Zdrovve Love". Uczniowie apelują, że chcą szkoły wolnej od ideologii.

- Chcemy szkoły wolnej od ideologii - pod takim hasłem młodzież z gdańskich szkół ponadpodstawowych zorganizowała w piątek pod siedzibą Rady Miasta happening przeciwko programowi edukacji seksualnej "Zdrovve Love". Zdaniem uczniów treść programu jest sprzeczna z tradycyjnymi, polskimi wartościami i może mieć negatywny wpływ na wychowanie i psychikę młodych ludzi.

W piątek, przed Nowym Ratuszem w Gdańsku, młodzież z I, II i IV Liceum Ogólnokształcącego, Zespołu Szkół Łączności im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku oraz II Liceum Ogólnokształcącego w Sopocie zorganizowała happening pod nazwą "Chcemy szkoły wolnej od ideologii".

Inicjatywa była odpowiedzią na środową konferencję kilkunastu uczniów z gdańskich szkół, którzy poparli działania władz miasta w sprawie wprowadzania programu edukacji seksualnej.

Uczniowie są zaniepokojeni treścią miejskiego programu wsparcia prokreacji "Zdrovve Love", zakładającego edukację seksualną w gdańskich szkołach. W ich imieniu głos zabrał uczeń IV Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku oraz radny Młodzieżowej Rady Miasta Gdańska Daniel Nawrocki. Mówił o potrzebie obiektywnej edukacji seksualnej, która nie wchodzi w sferę ideologii. [polecam:https://niezalezna.pl/311816-bedzie-debata-nad-zdrovve-love]

Nawrocki wskazywał, że program uczy masturbacji dzieci w wieku 4 lat, propaguje stosowanie antykoncepcji i "pigułek dzień po", oraz koncepcję płci kulturowej. Według programu - mówił Nawrocki - dziecko ma przyzwolenie na regularne uprawianie seksu dla zdrowia.

Licealiści przyznali, że w ich ocenie zajęcia "Zdrovve Love" demoralizują. Ich zdaniem treści zawarte w programie mogą wywoływać negatywne skutki w psychice młodych ludzi, którzy bardzo często są niedojrzali fizycznie i emocjonalnie.

W ocenie Daniela Nawrockiego, edukacja seksualna proponowana w gdańskich szkołach jest sprzeczna z tradycyjnymi polskimi wartościami. Jak mówił, zajęcia uczą krytycznego podejścia do norm religijnych i kulturowych w odniesieniu do rodzicielstwa.

- Nie chcemy, aby obcy ludzie pokazywali nam, jak wychowywać dzieci

 - dodał. [polecam:https://niezalezna.pl/293549-teczowy-piatek-i-zdrovve-love-w-szkolach-protest-radnych-przeciwko-promocji-ideologii-lgbt]

Mateusz Owsiany z Technikum Łączności im. Poczty Polskiej w Gdańsku wskazywał, że "Zdrovve Love" szerzy groźną ideologię gender.

W happeningu uczestniczyli również rodzice. Ojciec siedmiorga dzieci - Krystian Borkowski - przestrzegał, że treści, które proponuje miejski program wsparcia prokreacji mogą doprowadzić do spustoszenia psychiki dzieci i młodzieży. Jego zdaniem "Zdrovve Love" uderza w system wartości moralnych i religijnych.

Na koniec uczniowie wypuścili w niebo białe gołębie na znak pokoju.

Miejski program wsparcia prokreacji dla mieszkańców Miasta Gdańska na lata 2017–2020 "Zdrovve Love" wprowadzono do szkół w 2018 roku. Został opracowany według standardów Światowej Organizacji Zdrowia i odnosi się do siedmiu praw seksualnych człowieka. Porusza między innymi tematy związane z antykoncepcją, nowoczesnym modelem rodziny, metodami planowania rodziny, ryzykownymi zachowaniami seksualnymi. Program jest dobrowolny, za zgodą rodziców lub opiekunów prawnych mogą z niego korzystać uczniowie szkół ponadpodstawowych. W roku szkolnym 2018/2019 w projekcie udział wzięło siedem szkół, a w zajęciach uczestniczyło 151 osób.

Inicjatywa od samego początku wzbudzała kontrowersje. Działacze Stowarzyszenia Odpowiedzialny Gdańsk uważają, że program przekazuje treści deprawujące młodzież, do których zaliczają m.in. informacje na temat antykoncepcji, seksu analnego. Według nich, zajęcia zachęcają dzieci do masturbacji. Aktywiści protestowali na ulicach Gdańska i przed Urzędem Miasta, rozdawali ulotki. Zorganizowali kampanię informacyjną "Mato, tato, pomóż. Stop Zdrovve Love". Po mieście jeździł specjalny samochód ostrzegający gdańszczan przed "seksualizacją dzieci".

W środę w gdańskim magistracie odbyło się spotkanie władz miasta z przedstawicielami SOD. Zastępca prezydenta Gdańska ds. edukacji i usług społecznych Piotr Kowalczuk oraz prezes Stowarzyszenia Odpowiedzialny Gdańsk Mark Skiba poinformowali, że planują zorganizować debatę na temat edukacji seksualnej w szkołach, podczas której głos zabraliby przede wszystkim eksperci, między innymi lekarze.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts