Serbskie nieporozumienia

  

Zadziwiający jest bezrefleksyjny sentyment do Serbii wśród wielu zwolenników prawicy w Polsce. Pielęgnują go ludzie, którzy uważają siebie za pragmatyków, ale tak naprawdę nie mają pojęcia nie tylko o tym, co się dzieje w Serbii, ale w ogóle na Bałkanach. Oczywiście są tacy, którzy dla odmiany wybierają antyserbski hejt, ale ich jest w Polsce mniejszość. A najmniej jest tych, którzy jako tako znają ten kraj i naród i podchodzą do niego realistycznie.

Ogólnie w Polsce prawdziwych ekspertów od Bałkanów, z godnym dorobkiem naukowym, znających naprawdę język i realia, nieulegających histerycznej propagandzie żadnej ze stron dawnych i obecnych konfliktów ani też zachodnim czy wschodnim kliszom jest może kilku. To, nawiasem mówiąc, kolejne smutne świadectwo obecnego stanu polskich nauk humanistycznych. A jest o czym rozmawiać, nad czym się skupić i co analizować, bo region ten jest bardzo istotny. Co więcej, jego rola rośnie, choćby w związku z planowanym przebiegiem nowych korytarzy transportowych i energetycznych albo kwestią migracji i bliskością Bliskiego Wschodu.

Spośród krajów byłej Jugosławii Serbia jest krajem najliczniejszym. I właśnie rozpoczęła się decydująca gra o jego przyszłość. W zeszłym tygodniu premier Aleksandar Vučić zwrócił się do prezydenta Tomislava Nikolicia o rozwiązanie parlamentu i rozpisanie przedterminowych wyborów na koniec kwietnia, co też prezydent uczynił. Vučić i Nikolić, którzy pochodzą z tego samego „postępowo-nacjonalistycznego” obozu politycznego, liczą na zwiększenie swojego stanu posiadania, mają bowiem w planach wielkie reformy zmierzające do przygotowania kraju do wejścia do Unii Europejskiej.

Oligarchat z Bałkanów
Dziś w Polsce myślimy o przynajmniej częściowej renacjonalizacji gospodarki. Ale Serbia ma odwrotny problem: utrzymuje wciąż dużą część, nigdy praktycznie niezrestrukturyzowanego państwowego przemysłu i biurokracji. Obrośnięte są one wielką, pasożytniczą siecią mafijno-oligarchiczną. Reformy gospodarcze naruszyłyby potężne interesy. Rząd nie wygląda na taki, który jest gotowy do frontalnego zwarcia z „grubymi rybami”, bo sam wywodzi się z tych wszystkich patologicznych powiązań. Ale pewno przydałaby mu się silniejsza pozycja, aby przynajmniej wynegocjować z „układem” nowe warunki brzegowe funkcjonowania gospodarki kraju. Jednocześnie rząd Nikolicia planuje zacieśnienie współpracy z NATO.

Sąsiednia maleńka Czarnogóra (Czarnogórcy to zresztą właściwie również Serbowie, tak jak Kaszubi czy Ślązacy są Polakami) już zmierza do członkostwa w NATO. Jeszcze kilka lat temu wydawała się przyczółkiem rosyjskiego kapitału (i nie tylko kapitału) nad Adriatykiem. Tyle że nadszedł ostatni kryzys w państwie Putina, kapitał rosyjski stopniał i okazał się nie tak atrakcyjny. Dlatego pragmatyczny do bólu i niezatapialny premier Czarnogóry Milo Djukanović postanowił po raz kolejny zmienić front na prozachodni. W grudniu NATO zaprosiło Czarnogórę, co wywołało gniew Rosji i gwałtowne wystąpienia prorosyjskiej opozycji. Wciąż nie wiadomo, jak to się zakończy.

NATO znów na Bałkanach?
Wracając jednak do Serbii, tamtejsze władze oficjalnie mówią, że nie ma tematu przystąpienia Serbii do NATO, że kraj pozostanie neutralny. A jednak. 19 lutego Tomislav Nikolić podpisał porozumienie z NATO, które wzbudziło pomruki nie tylko w Moskwie. Oburzyło się też wielu Serbów pamiętających naloty Sojuszu na Serbię w 1999 r. (by zmusić reżim Slobodana Miloševicia do wycofania się z Kosowa). Albo wcześniejsze naloty na pozycje serbskich separatystów w Bośni w 1995 r., co zakończyło krwawą wojnę w tym kraju.

To porozumienie przewiduje, że wojska NATO dostaną specjalny immunitet dyplomatyczny i możliwość przemieszczania się na terenie kraju oraz dostęp do serbskich placówek wojskowych. Serbia sąsiaduje z krajami Sojuszu, i chce z nimi zacieśniać współpracę, również wojskową. Choćby w obliczu zagrożeń płynących z Bliskiego Wschodu w związku z masowymi migracjami, ale nie tylko.

Jedyna licząca się dziś w Serbii opozycja to opozycja skrajnie nacjonalistyczna i prorosyjska (piszę: skrajnie, by odróżnić ją od „postępowych” nacjonalistów u władzy). Jej przedstawiciele zdołali wyprowadzić wiele tysięcy ludzi na ulice, domagają się rozpisania referendum w sprawie współpracy z NATO. I w takiej atmosferze polityczny zegar odmierza czas do wyborów, może najważniejszych od lat w historii tego kraju. Bo jeśli Vučić przegra, to władzę przejmą siły jeszcze bardziej antyzachodnie.

Myliłby się jednak ten, kto by widział rząd w Belgradzie jako prozachodni. Vučić i jego Serbska Partia Postępowa (SNS) oraz koalicjant, Serbski Ruch Odnowy (SPO), mają strategię (a może tylko taktykę) lawirowania między Unią Europejską i NATO a Rosją. Dodajmy, że ostatnio jeszcze Belgrad spogląda na Chiny – liczy, dużo bardziej niż Polska, na zrealizowanie inwestycji Nowego Jedwabnego Szlaku.

SNS wywodzi się ze środowisk nacjonalistów, koncesjonowanych przez komunistyczne władze Jugosławii, a potem koncesjonowanych przez postkomunistyczny reżim Slobodana Miloševicia. SPO zaś to monarchiści, chcą powrotu króla z dynastii Karadjordjeviciów. Bardziej akcentują atnykomunizm, proeuropejskość i dystans nie tyle do Rosji, co do ZSRS i jego dziedzictwa. Ale nie zmienia to faktu, że wielu starszych działaczy tej partii również związanych było z dawnymi reżimami.

Putin pozdrawia Serbów
Jeszcze jesienią 2014 r., w apogeum wojny na Ukrainie, prezydent Rosji Władimir Putin oglądał i pozdrawiał u boku Nikolicia wielką wojskową paradę w Belgradzie z okazji 70. rocznicy wyzwolenia Jugosławii. Rząd w Belgradzie zaś, mimo „zimnej wojny” między Turcją a Rosją, wciąż popiera projekt gazociągu South Stream. Do dziś większość rządowych polityków i większość mediów, zarówno prorządowych, jak i opozycyjnych (z wyłączeniem tych liberalnych, ale dziś one naprawdę są w Serbii marginesem) przedstawia wizję stosunków międzynarodowych zupełnie „po linii” moskiewskiej propagandy. Dzisiejsza sympatia milionów Serbów do Rosji jest autentyczna, niewymuszona i jest efektem rozczarowania Europą i Zachodem – których Serbowie, paradoksalnie, zawsze czuli się integralną częścią.
Jednak z upływem czasu dla uważnego obserwatora staje się coraz bardziej jasne, że po prostu Serbia wzoruje się na Słowacji rządzonej przez Roberta Fico i Węgrzech Viktora Orbána – lawiruje właśnie między Wschodem a Zachodem, by uzyskać jak najwięcej od jednych i od drugich. Czy to strategia skuteczna? Na razie, prawdę mówiąc, Serbia niewiele dostała zarówno od Rosji, jak i od Zachodu.

Wróćmy jednak do Polski. Parę dni temu ze zdumieniem natrafiłem na wywiad, jaki dziennikarz Witold Gadowski przeprowadził z niejakim Bratislavem Živkoviciem, przedstawionym jako przywódca współczesnego ruchu czetników. Nie jestem za cenzurą. Uważam, że rozmawiać można z każdym, ale problem w tym, że w moim odczuciu wywiad był przeprowadzony „na kolanach”. Co gorsza, Gadowski nie powiedział całej prawdy o Živkoviciu. Nie powiedział na przykład, że serbski gość walczył w Donbasie po stronie Rosjan.

Wujaszek Draża i czetnicy
Zarówno polski dziennikarz, jak i jego rozmówca nakreślili wspólnie wyidealizowany obraz czetników z okresu II wojny światowej. Wyszło im wręcz, że byli oni jak AK czy Żołnierze Wyklęci, co jest dla naszych bohaterów obrazą. Nawet mimo pewnych podobieństw, zwłaszcza jeśli chodzi o ich powojenne losy. Już prędzej czetników z II wojny światowej można porównać do UPA. Generalnie, II wojna światowa na terenie Jugosławii to nie była wojna „tylko dobrych” z „tylko złymi”. Kat mógł stać się szybko ofiarą, a ofiara katem. Ale zabijania niewinnych cywilów nic nie usprawiedliwia, a tego dopuszczali się i chorwaccy ustasze, i czetnicy, i prohitlerowscy muzułmanie, i Niemcy, i Włosi, i komuniści od Tito, i serbscy kolaboranci III Rzeszy (tak, byli też tacy). W sumie podczas II wojny światowej na terenie Jugosławii zginęło 1,5–2 mln ludzi (proporcjonalnie do liczby ludności, jeden z najwyższych wskaźników ofiar wśród krajów zaangażowanych w II wojnę światową).

Historia samego przywódcy czetników Dražy Mihajlovicia, „wujaszka Dražy” jest fascynująca sama w sobie, pełna także półcieni i szarości. Na przykład: raz walczył przeciwko Niemcom, raz wchodził z nimi w sojusze, podobnie z komunistami od Josipa Broz-Tity. Ale oczywiście ani Gadowski, ani jego serbski rozmówca nie niuansowali, i odrzucali zarzuty o współpracę z Niemcami. Tymczasem Mihajlovicia w najlepszym razie można uznać za postać tragiczną. Dodajmy, że padł ofiarą mordu sądowego w komunistycznej Jugosławii, zrobiono z niego wyłącznie zdrajcę i zbrodniarza. A zasługiwał na rzetelny proces, który zważyłby jego zasługi, błędy i zbrodnie.

Ewentualnym polskim i katolickim fanom czetników należy przypomnieć, że w 2011 r. Kościół katolicki wyniósł na ołtarze „drińskie męczennice” – pięć sióstr zakonnych z Bośni okrutnie zamordowanych przez czetników. Oczywiście, w żaden sposób nie usprawiedliwia to zbrodni na Serbach popełnianych przez inne strony tamtej wojny. Ale przypominam o tym, bo we wspomnianej rozmowie jest zapewnienie, że czetnicy nie popełniali zbrodni.

Inna sprawa, że cóż mają wspólnego dzisiejsi czetnicy z tymi prawdziwymi, z przeszłości? Komunizm przeorał wszystkie narody byłej Jugosławii w stopniu nawet większym niż przeorał naród polski. Ta tradycja czetnicka w nowej formie powróciła u schyłku komunizmu. Jako „wojewoda” czetników obwołał się pochodzący z Sarajewa Vojislav Šešelj. Jeszcze w I połowie lat 80. był represjonowany za swoje poglądy, ale od 1985 r. zaczęła się jego kariera. Wiadomo, że Šešelj był zarejestrowany jako agent jugosłowiańskiej bezpieki. Mimo że głosił poglądy wręcz szowinistyczne, był tolerowany, a nawet promowany, gdyż już wtedy towarzysze w Belgradzie postawili na oligarchiczny nacjonalizm jako sposób wyjścia z komunizmu. Podczas wojny w Bośni firmowane przez „wojewodę” oddziały czetników dopuściły się zbrodni na ludności cywilnej.

Co pan robił wśród „zielonych ludzików”?
Do czetników i tradycji królewskiej Jugosławii odwołują się też rządzący, zwłaszcza że sami byli kiedyś stronnikami Šešelja. Zaś ci czetnicy od wspomnianego pana Branislava – właściwie nie wiadomo, kogo konkretnie reprezentują. Co nie zmienia faktu, że ich poglądy są reprezentatywne dla sporej części społeczeństwa serbskiego. Tej, która w nadchodzących wyborach poprze raczej nacjonalistyczną, antyzachodnią i prorosyjską opozycję. Jakie to poglądy? Antyamerykańskie, antyniemieckie, antyunijne, antytureckie i antyislamskie. To o nie pytał red. Gadowski, kiwając głową na wysuwane przez brodatego Serba sugestie o jakimś szczególnym prześladowaniu współczesnych czetników przez obecny, rzekomo antynarodowy rząd. A przecież obecny rząd jest też nacjonalistyczny i odwołuje się do czetników.

Ale gorzej, że red. Gadowski nie spytał o inne rzeczy. Na przykład takie: co konkretnie Branislav Živković i inni Serbowie robili w Donbasie? Dlaczego walczyli po stronie Putina w tej wojnie? Czy poparliby i stanęli z bronią po stronie rosyjskiej gdyby „zielone ludziki” pojawiły się w krajach bałtyckich albo w Polsce? Dlaczego w ogóle popiera Putina, skoro ten jest z pochodzenia czekistą, a czekiści zamordowali kiedyś też Dražę Mihajlovicia? Co rozumie pod głoszonymi przez siebie hasłami o zjednoczeniu Serbów, czy oznacza to, że marzy o podboju Bośni i Chorwacji?

Tych wszystkich pytań zabrakło, nie wiem, czy z niewiedzy, czy z naiwności, czy z ignorancji, czy z panoszącego się w Polsce od jakiegoś czasu sentymentu do serbskiego nacjonalizmu w jego najbardziej skrajnym wydaniu. Bo nie dopuszczam do siebie myśli, że chodziło o promowanie takich postaci w momencie ważnym zarówno dla Serbii, jak i dla Polski.

Myślę, że Polacy powinni i mogą utrzymywać dobre relacje ze wszystkimi narodami w Europie Środkowej i na Bałkanach. Zwłaszcza w byłej Jugosławii jesteśmy wciąż dobrze kojarzeni i raczej lubiani (choć w Serbii ostatnio różnie z tym bywa w młodym pokoleniu – to pod wpływem rosyjskiej i prorosyjskiej propagandy sączącej się z internetu). Za tymi dobrymi relacjami powinny iść w przyszłości konkretne interesy.

„Kosowo je Srbija”. Ale to nie wszystko
Nie byłoby dobrze dla Polski, gdyby na przykład wybuchła tam nowa wojna lub połowa Bałkanów na dobre weszła w sferę wpływów Rosji. Z samymi Serbami rzeczywiście w historii sporo nas łączy, ale prawdę mówiąc, jest też sporo wspólnych wątków historycznych polsko-chorwackich czy polsko-bośniackich. Nie widzę powodu, by wyróżniać szczególnie Serbów, tak jak nie widzę powodu, by ich odrzucać z etykietką „przyjaciele Rosji”.

Można uznać, że krzywdą Serbów była zgoda Zachodu na niepodległość Kosowa w 2008 r. Krzywdą, bo przez lata poprzedzające tę decyzję USA, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, Serbowie robili wiele dla współpracy z Zachodem. Wysłali nawet przed trybunał w Hadze byłego prezydenta Slobodana Miloszevicia. Z tych powodów, a także dlatego, że wiedział, iż Rosja wykorzysta to jako pretekst, sprzeciwiał się uznaniu niepodległości Kosowa przez Polskę ówczesny prezydent RP Lech Kaczyński. Niestety, rząd Polski miał inne zdanie. No i szybko się okazało, że Rosja powołuje się na casus Kosowa podczas agresji na Gruzję. A potem na Ukrainę.

Ale co innego kwestia Kosowa i zwykła sympatia do Serbów, a co innego rozpowszechnianie wśród Polaków pochodzących z Serbii najdziwniejszych (i w gruncie rzeczy zakłamane) oraz niebezpiecznych opinii i wizji świata. A to się dzieje w internecie niemal każdego dnia, i jakimś sposobem trafia nierzadko do mainstreamu dziennikarskiego. To zaś na pewno nie jest w polskim interesie.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl