Historia Roja. „Ubecy w moim filmie raczej giną niż zabijają”

Wyklęci byli jak wystrzelone pociski, lecieli tam, gdzie lecieli, bez możliwości slalomu czy hamowania – mówi Jerzy Zalewski, reżyser filmu „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać” w rozm

historia-roja.pl
Wyklęci byli jak wystrzelone pociski, lecieli tam, gdzie lecieli, bez możliwości slalomu czy hamowania – mówi Jerzy Zalewski, reżyser filmu „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać” w rozmowie z Magdalena Piejko.

Wchodzący właśnie do kin „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać” to już drugi Pana film - po „Elegii na śmierć „Roja” - o Mieczysławie Dziemieszkiewiczu. Czym się różnią oba te obrazy?

- „Elegia na śmierć Roja” to był przyczynek, dokument, poprzez który przygotowywałem się do filmu fabularnego. Moja historia z Rojem rozpoczęła się już w 2003 roku, kiedy dostałem od Jana Białostockiego (wnuka pierwszego dowódcy Narodowych Sił Zbrojnych Ignacego Oziewicza – przyp. red.) ponad 100 godzin nagrań rozmów z Żołnierzami Wyklętymi z lat 90-tych. Obecnie żyje zaledwie jeden z bohaterów tych nagrań. Montowałem ten materiał przez kilka dobrych lat, ucząc się historii Narodowych Sił Zbrojnych i losów Żołnierzy Wyklętych. Czesław Czaplicki pseud. „Ryś” (dowódca Oddziału Leśnego II Okręgu NSZ Mazowsze Północ – przyp. red.) opowiedział między innymi scenę, która zainspirowała mnie do napisania scenariusza o „Roju”: do uwięzionej na Rakowieckiej matki „Roja” przywożą jego zwłoki w celu rozpoznania. „To nie jest mój syn. Nigdy go nie znajdziecie” - oświadcza matka. Uważam, że z punktu widzenia współczesnego młodego człowieka to, co wyraża ta scena jest najważniejsze.

Co jest takiego w „Roju”, że siedzi Pan nad jego historią już tyle lat?

- Siedziałbym na tą historią o wiele krócej, gdyby premiera filmu odbyła się zgodnie z planem w 2011 roku, ale tak się nie stało. Takie postacie, jak Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” czy Witold Pilecki to są już właściwie obrazy sakralne. Fabularny zapis ich losów nie dawał takiej swobody interpretacji, jak w przypadku „Roja”. My pokazaliśmy, jak z 20-letniego chłopaka, staje się w ciągu 6 lat właściwie starcem. Od momentu, kiedy po śmierci brata, zamordowanego przez żołnierzy sowieckich w 1945 roku zawiązuje swój oddział, przez lata walki, dzięki którym ten oddział staje się słynny na terenie Mazowsza i Kurpiach, do 13 kwietnia 1951 roku, kiedy ginie. Mój „Rój” jest takim tolkienowskim Frodo, który ma pierścień i wie, że ma iść. Nie wie, gdzie ma ten pierścień zanieść, ale wie, że ma iść. Myślę, że on ten pierścień doniósł do tych, którzy mają pamiętać i budować siebie na jego drodze, na jego odwadze i wyobraźni.

Ta odwaga łączyła się z wyborem. Co skłaniało Wyklętych do takich tragicznych decyzji?

- Chciałem przedstawić świat wiarygodny, obraz, który nie kłamie, co zresztą w kinie jest najważniejsze. Natomiast nie chciałem udawać, że wiem, co przeżywali moi bohaterowie. Myślę, że ich wybór był tak ekstremalny, bo wynikał z poczucia wolności osadzonej w tradycji, w podstawowych wartościach. „Historia Roja” to przypowieść właśnie o wolności i o podróży polskiego Frodo do nas, do potomków Żołnierzy Wyklętych.

A co w nas samych zostało z Wyklętych?

- Musimy ciągle buntować się przeciw otaczającej nas propagandzie w imieniu Boga, Honoru i Ojczyzny, tych trzech pojęć jednocześnie. Przez wiele lat wmawiano nam, że wydarzenia lat 1945-51 to była wojna domowa, że Polak zabijał Polaka, że powinniśmy się cieszyć, że odbudowano Warszawę, że mamy prąd i telewizję. To są stwierdzenia, które trudno zestrzelić jednym strzałem z karabinu „Roja”.

Mówi Pan, że jest przeciwnikiem tzw. polityki historycznej, a jednocześnie jak żołnierz, który cały czas jest na wojnie...

- Za komuny chciałem się schować w togę artysty, uciec w abstrakcję. Tym językiem opowiedziałem mój pierwszy film fabularny „Czarne słońca”, który był abstrakcyjnym i absurdalnym obrazem stanu wojennego, utrzymanym w stylistyce przypowieści science fiction. Bardzo szybko jednak zrozumiałem, że moja ezopowa mowa nie przystaje do sytuacji lat 90-tych, że moje miejsce jest tam, gdzie wrażliwość i talent mogę ofiarować sprawie patriotyzmu i antykomunizmu. I od tego momentu jestem na nieustającej wojnie. Czasem w sprzyjających okolicznościach udawało mi się zrealizować spektakl dla Teatru Telewizji, film dokumentalny. Podczas pracy nad filmami, na przykład „Obywatelem Poetą” o Zbigniewie Herbercie zrozumiałem, jak ważne jest to, żeby bez względu na wszystko stawiać swoje własne kroki.

Tej postawy, także w sztuce, można się uczyć właśnie od „Wyklętych”. Byli jak wystrzelone pociski, lecieli tam, gdzie lecieli, bez możliwości slalomu czy hamowania. Myślę, że dzisiaj także nie ma znaczenia to, że prawdopodobnie przegramy z wszechświatową lewicą. I tak trzeba zrobić wszystko, co możliwe, choćby w celu opóźnienia ich zwycięstwa.

To jest jednak film widziany właśnie z perspektywy polskiej...

- Ten film jest papierkiem lakmusowym na poczucie naturalnej polskości. Jest albo naturalnie przyjmowany, albo widz ma z nim kłopot, bo jest zrealizowany dokładnie wbrew temu, co robiono w kinie polskim przez te wszystkie lata. Myślę, że to jest pierwszy polski film myślany po polsku i z tego punktu widzenia to jest film tendencyjny. Ja jestem za Polską – jako artysta zupełnie tego nie ukrywam. To jest mój wybór tak moralny, jak artystyczny. Ubecy w moim filmie raczej giną niż zabijają. Do tej pory normalny film mówiący o polskiej historii polegał na tym, że Polaków się morduje i oni cierpią. W „Historii Roja” Polacy mordują ubeków, którzy przedstawieni są w filmie w konwencji groteskowej są przerysowani, nie hamletyzują, nie skupiamy się na ich rozterkach,. Wyklęci są natomiast naturalni. Ten podział wynika z mojego osobistego wyboru artystycznego, z wyboru konwencji filmowej i z moich osobistych przekonań, a nie z uprawiania przez mnie jakiejkolwiek polityki historycznej.

„Rój” żyje w świadomości wielu środowisk. Pokazy fragmentów filmu organizowali np. kibice z różnych klubów z całej Polski, jak Pan myśli, dlaczego?

- Ten film jest także w jakimś sensie filmem współczesnym. Opowiadając o mordowaniu patriotów po II wojnie światowej, opowiada także o współczesnym mordowaniu patriotyzmu. Poprzez PRL, poprzez okres Solidarności, stan wojenny, III RP.

Aż do dziś?

- Polska podzielona jest na potomków tych, którzy mordowali Żołnierzy Wyklętych i potomków mordowanych, którzy szukają w postawie Wyklętych własnej prawdy o Polsce. Musimy sobie zdać sprawę z jasnego starcia cywilizacyjnego, który się teraz w Polsce odbywa.

Co jeszcze warto opowiedzieć „po polsku”? Jakie są Pana najbliższe plany artystyczne?

- Marzy mi się wielki serial zrealizowany na podstawie powieści Józefa Mackiewicza – począwszy od „Lewej Wolnej” poprzez „Drogę donikąd” po „Nie trzeba głośno mówić”. Ta opowieść jest nam tak samo niezbędna jak ta o Żołnierzach Wyklętych. Mackiewicz odpowiada na podstawowe dla nas pytanie, na pytanie jak człowiek zsowietyzowany może się dowiedzieć, że nim jest. To bardzo trudne, zorientować się na czym polega ten doskonały mechanizm totalitarny, mechanizm kradzieży duszy. Gdyby nawet produkcja serialu bądź filmu fabularnego na podstawie powieści Mackiewicza miała trwać jak w przypadku „Historii Roja” 10 lat, to trudno, idę na to.

 


Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Magdalena Piejko
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo