Narodowa terapia według Roja

„Cześć i chwała bohaterom !” i „Precz z komuną!” – takie okrzyki rozległy się w warszawskim Multikinie w wypełnionej po brzegi sali po sobotnim seansie „Historii Roja”.

„Cześć i chwała bohaterom !” i „Precz z komuną!” – takie okrzyki rozległy się w warszawskim Multikinie w wypełnionej po brzegi sali po sobotnim seansie „Historii Roja”. To chyba najlepsza recenzja tego filmu i widoczny znak, że dzięki niemu stało się coś, co może umknąć krytykom piszącym o tym, jak oni by ten film zrobili, gdyby zrobili…

Wiosna 1945 roku. 20-letni Mieczysław Dziemieszkiewicz, pseudonim „Rój”, traci starszego brata, dowódcę oddziału Narodowych Sił Zbrojnych na Mazowszu, zamordowanego przez sowieckich żołnierzy – tak zaczyna się dwu i pół godzinny film opowiadający o sześciu latach walki „Roja” z sowieckim okupantem. Brawurowe akcje, męstwo i waleczność, przy którym amerykańscy kowboje wydają się plastikowi, mają w filmie swojski i utęskniony smak. „Nareszcie” – tym słowem najczęściej komentowano film na widowni. Atmosferę w kinie można porównać jedynie do gdańskiej premiery „Czarnego czwartku” Antoniego Krauzego – pierwszego filmu, który opowiadał o masakrze grudniowej.

Tych, którzy obawiali się scen obyczajowych, który by miały rzucić cień na historię żołnierzy II konspiracji uspokajamy - w pokazywanym od tygodnia skończonym filmie ich nie ma.

Dawno nie widzieliśmy w polskich kinach (no może poza wyprodukowanym przez Muzeum Powstania Warszawskiego paradokumencie pt. „Powstanie Warszawskie”) polskiego męstwa, finezji i odwagi rodem z przedwojnia.

Główny bohater, którego świetnie gra Krzysztof Zalewski–Brejdygant jest "zwykłym" katolikiem-grzesznikiem. Jako taki jest wiarygodny szczególnie w oczach młodych widzów. Także tych, którzy przez lata w darmowych salkach, na wypożyczonych od mamy z pracy rzutnikach, organizowali pokazy fragmentów filmu i zbiórki na jego dokończenie.



Film mocno przeżyją też wszyscy, którzy choć raz pojawili się na Krakowskim Przedmieściu podczas manifestacji po katastrofie smoleńskiej.  Kiedy Żołnierze Wyklęci tłumaczą ludności, żeby pamiętali, że „tu jest Polska”, skojarzenie nasuwa się samo. Pytanie Roja, który pada w filmie „Czy wojsko tutaj będzie kiedyś polskie?” też brzmi aktualnie, w świetle zmian przeprowadzanych w armii przez obecnego na premierze „Roja” obecnego szefa MON. Reżyserowi udało się ten dialog między Wyklętymi a współczesnym światem odmalować, bez popadania w sentymentalizm, kicz czy patos.

Na jeszcze innym poziomie autor Roja rozprawia się z polską tradycją filmów dotykających tematu polskiej walki o niepodległość. Jedna ze scen dosłownie nawiązuje do hitlerowskiej propagandy o szarży „szabli na czołgi”, powielanej później m. in. w „Lotnej” Andrzeja Wajdy. Kilka monumentalnych scen, znanych do tej pory tylko z dokumentów, książek i wspomnień o „Wyklętych”. Zalewski podbił je do rangi symbolicznych, dzięki czemu zapadają w nas na długo.Ubecy Zalewskiego nie są, jak " się przyjęło" bohaterami tragicznymi, pełnymi rozterek, dylematów i godnymi współczucia. To elementy systemu opartego na lęku wobec ubeckiej władzy. I tyle. Dylematy owszem, są, ale po stronie naszych: tych, którzy wybrali bohaterstwo, a nie zdradę. Nareszcie.

 

Źródło:

Magdalena Piejko
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo