Mamy nadzieję, że uda się uzyskać wsparcie dla zwiększenia roli kapitału polskiego w rozwoju gospodarki. To jest warunek rozwoju silnego sektora prywatnego, któremu brakuje środków własnych. Pamiętajmy, że rynek kapitałowy zapewnia finansowanie przedsiębiorstw będących na wczesnym etapie rozwoju, gdy nie mogą jeszcze liczyć na kredyt bankowy - mówi Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich w rozmowie z Adamem Maciejewskim.

Od wielu lat mamy stałą liczbę około 1,5 mln rachunków maklerskich, zatem grono zainteresowanych giełdą jest stabilne. Jakich zmian trzeba, aby rozwijać rynek kapitałowy w Polsce?

Liczby rachunków indywidualnych nie stawiam na pierwszym miejscu. Indywidualne inwestycje to mały fragment kapitału trafiającego na giełdę. Na Zachodzie jest on jeszcze mniejszy niż w Polsce. Ważne, jaką rolę odgrywają nasze oszczędności, w tym gospodarstw domowych, w finansowaniu gospodarki. W Polsce udział klasycznych depozytów bankowych w oszczędnościach należy do najwyższych w Europie i wynosi 40 proc. Średnia europejska to poniżej 30 proc. W Polsce w bankach jest około 660 mld zł depozytów, mamy więc potencjał lokalnego kapitału, który częściowo mógłby trafić na rynek kapitałowy. Gdyby tylko kilka procent z tych miliardów trafiło na giełdę, przedsiębiorstwa zyskały dostęp do znacznego wsparcia inwestycyjnego.

Jak zachęcić do kupowania akcji, skoro mamy kryzys?

Kryzys jest, ale istnieje też niskie oprocentowanie lokat bankowych, co wzmaga popyt na oferty funduszy inwestycyjnych. Ludzie skłonni są inwestować. Musimy wreszcie podjąć aktywne działania dla rozwoju naszego rynku kapitałowego. W 2013 r. apelowaliśmy do rządu o przyjęcie rządowej strategii rozwoju tego rynku, ale nic nie uzyskaliśmy. Mamy teraz nadzieję, słuchając wicepremiera Morawieckiego, że uda się uzyskać wsparcie dla zwiększenia roli kapitału polskiego w rozwoju gospodarki. To jest warunek rozwoju silnego sektora prywatnego, któremu brakuje środków własnych. Pamiętajmy, że rynek kapitałowy zapewnia finansowanie przedsiębiorstw będących na wczesnym etapie rozwoju, gdy nie mogą jeszcze liczyć na kredyt bankowy. Dobrym przykładem są firmy technologiczne z amerykańskiej Doliny Krzemowej. One mają pieniądze od tych, którzy gotowi są ryzykować bardziej niż banki depozytami klientów. To jest ważne także w Polsce, której celem jest unowocześnienie gospodarki, zmniejszenie dystansu do rozwiniętych krajów Europy.

Jakie wsparcie rynku jest potrzebne w pierwszej kolejności?

Potrzeba wielu zachęt, w pierwszej kolejności zlikwidowania tzw. podatku Belki, obciążającego tak samo zyski z lokat bankowych, jak i akcji. Także straty poniesione na inwestycjach w fundusze inwestycyjne powinno się móc odliczyć od zarobków na akcjach. Warto też wzorem krajów zachodnich wprowadzić ulgi podatkowe przy sprzedawaniu akcji posiadanych dłużej niż rok oraz całkiem zwolnić z podatku zyski z inwestowania niewielkich kwot, na przykład do 3 tys euro. Powyżej tego progu podatek powinien być pobierany tylko od nadwyżki. Można dyskutować, jakie zachęty wprowadzić, ale one są potrzebne. Trzeba zrobić spis działań, jakie należy podjąć, i to zrealizować. To ważne, bo Polska musi przyciągać kapitał. Jeśli wszystkie warunki będą spełnione, będzie szansa na rozwój. Dotychczas nasze postulaty trafiały w próżnię.

Jak szybko powinny być wprowadzone zmiany?

Możliwie najszybciej. Unowocześnianie polskiej gospodarki, o którym mówił niedawno premier Morawiecki, wymaga zwiększenia roli rynku kapitałowego w finansowaniu przedsiębiorstw. Komisja Europejska wydała w 2015 r. dokument o budowie rynków kapitałowych. Stwierdziła w nim, że trzeba zmienić model finansowania firm, bo zwiększa się luka między produktywnością gospodarki europejskiej a amerykańskiej. Przedsiębiorstwa w Europie są bardzo uzależnione od banków. W 70 proc. ich potrzeby są realizowane przez banki, a tylko w 30 proc. przez rynki kapitałowe. W USA jest dokładnie odwrotnie. KE dostrzegła, że pobudzenie wzrostu w Europie może odbyć się tylko przy współudziale rynków kapitałowych. Jeśli mówi o tym Unia, tym bardziej powinna to robić Polska, bo w 2020 r. skończą się nam ogromne dotacje i będziemy zdani głównie na rynek kapitałowy.
 
W jaki sposób domy maklerskie mogą ożywić rynek?

Największe firmy, tworzące dziś giełdowy indeks WIG20, są stale oceniane przez maklerów z całego świata. Znacznej części z 500 spółek notowanych na giełdzie w Warszawie nikt jednak nie analizuje. Taka sytuacja jest szkodliwa nie tylko dla polskich spółek, to działa niekorzystnie dla całej gospodarki, szczególnie dla małych i średnich firm w naszym kraju. Domy maklerskie muszą mieć zasoby, aby analizować spółki. Utrzymanie analityków kosztuje, więc liczymy na rząd, że postawi na krajową branżę domów maklerskich. Bez ich analiz domy maklerskie nie mogą szukać inwestora, ocenić, kiedy i jakie akcje spółek, szczególnie małych i średnich polskich podmiotów, warto oferować.
 
Czy wówczas łatwiej będzie namówić do inwestowania w nieznane spółki?

Mamy kryzys także w zaufaniu społecznym do rynku. Rząd może to zmienić przez odpowiednie regulacje prawne, zwiększenie uprawnień instytucji kontrolnych i szybsze egzekwowanie przepisów. Stosowane dotąd tzw. listy ostrzegawcze Komisji Nadzoru Finansowego to za mało. Trzeba też zwiększyć ochronę mniejszościowych udziałowców, bo nie ma przepisów szybko blokujących niekorzystne dla nich działania prowadzone przez dominujących akcjonariuszy. Nieuczciwe działania mogą być teraz szybko ukarane tylko przez GPW poprzez wykluczenie z obrotu. To za mało. Należy też obniżyć koszty działania na polskim rynku. Z opłat pobieranych przez domy maklerskie utrzymuje się całą infrastrukturę publiczną, czyli GPW, KNF i KDPW, a przecież maklerzy nie mogą pracować za darmo. Inwestorzy zagraniczni, patrzący na koszty transakcji w skali państw, wolą kupować akcje na rynku w Rosji czy Turcji, gdzie opłaty od transakcji są trzykrotnie mniejsze niż w Polsce.