Polska wciąż głodna mieszkań

  

Polska od końca II wojny światowej zmaga się z problemem mieszkaniowym. Oczywiście, można powiedzieć, że ten problem występował jeszcze wcześniej, wystarczy poczytać „Lalkę” Bolesława Prusa czy powieści i publicystykę Stefana Żeromskiego. Z tym, że od tamtych czasów wiele krajów europejskich, i to nie tylko te najbogatsze, poprawiło znacznie sytuację mieszkaniową, a Polska wciąż pod tym względem jest na szarym końcu Europy.

Wpływ na to zacofanie miała pierwotnie właśnie wojna. Zniszczenia miast i miasteczek jeszcze pogłębiły ten i tak już spory problem. Potem PRL. Najpierw masowe migracje ludności w związku z przesunięciem granic. Co prawda na włączonych do Polski przedwojennych terenach Niemiec Polacy zasiedlali pozostawione poniemieckie domy i mieszkania w niezłym, jak na tamte czasy, standardzie. Ale i tam tkanka była przetrzebiona przez wojnę, więc nie zaspokoiło to „głodu mieszkań”. W Polsce jednocześnie, jak wiadomo, zapanował nie tylko totalitarny, ale też niewydolny ekonomicznie ustrój. Teoria, jak to u komunistów, rozmijała się z praktyką. W teorii władza kwestie socjalne, w tym budowę mieszkań, postawiła na pierwszym miejscu. W praktyce bywało różnie. Nie można nie doceniać odbudowy kraju, choćby Warszawy, Gdańska czy Wrocławia, przy ogromnym wysiłku rzesz zwykłych Polaków, ale to było zdecydowanie za mało wobec powojennego boomu demograficznego. Ten system, zwłaszcza w pierwszej powojennej fazie, po prostu miał taką logikę, że nie był w stanie tego „głodu mieszkań” zaspokoić. Do tego Polska była krajem wciąż wyniszczonym wojną.

Ślepe kuchnie Gomułki
Gdy czyta się wspomnienia, dzienniki, listy z tamtych lat, widać, jak skromnie i siermiężnie jeszcze na przełomie lat 50. i 60. mieszkali Polacy. Dopiero później Władysław Gomułka zatwierdził program budowy bloków, podobno nawet sam zatwierdzał standardowy projekt mieszkania dla przeciętnego Polaka. Były to mieszkania niewielkie, ze ślepą kuchnią, Gomułka słynął bowiem z oszczędności i specyficznej komunistycznej ascezy. Oczywiście nie wszystko, co budowano, było w tym niskim standardzie, ale nie przez przypadek termin „gomułkowskie bloki” jest dziś kojarzony z małymi klitkami i niezbyt ładnymi i mało funkcjonalnymi budynkami.

Największy skok zanotowano w latach 70., za gierkowskiej quasi-prosperity. To były głównie bloki z „wielkiej płyty”, dziś tak charakterystyczne dla krajobrazu nie tylko polskich miast, ale nawet popegeerowskich wsi. W tamtych latach propaganda przedstawiała to jako symbol sukcesu i modernizacji PRL u. I do pewnego momentu Polacy chętnie w to wierzyli. Zwłaszcza jeśli przyszło im przeprowadzić się z rozpadającej się, starej, ciasnej kamienicy, nierzadko ze wspólną dla całego piętra łazienką i ubikacją, do wyposażonego w elektryczność, bieżącą wodę, sanitariaty, oddzielną kuchnią nowego mieszkania. To właśnie w latach 70. zanotowano w Polsce drugi od zakończenia wojny boom demograficzny. Pierwszym jego powodem było to, że rodziny zakładało pokolenie powojennego baby boomu, drugim właśnie to, że nareszcie była nadzieja na mieszkanie.

M-3 szczytem marzeń
Oczywiście, nie wszystkich spotkało to szczęście. Jak to w PRL u, na mieszkanie trzeba było czekać latami, załatwiało się je po znajomości albo za zasługi dla Partii czy zakładu pracy, za łapówki, a i tak pierwszeństwo zawsze miały „resortowe rodziny”. Olbrzymie, odgórnie kierowane spółdzielnie, wypaczenie mającej rodowód jeszcze w czasach zaborów pięknej i pożytecznej idei spółdzielczości, z czasem stały się siedliskiem coraz większych patologii. W humorystycznej formie podsumował to Stanisław Bareja w komediowym serialu z 1982 r. „Alternatywy 4”. Wcześniej, w latach 70., filmów o takiej „blokowej” i „mieszkaniowej” tematyce było sporo. Począwszy od wychwalającego – czasem tylko delikatnie wykpiwającego nową, „blokową”, ale jednak coraz bardziej nowoczesną Polskę – serialu „Czterdziestolatek” albo komedii „Poszukiwany, poszukiwana”, przez paszkwil na „załatwiactwo” „Nie ma róży bez ognia” (te dwa to filmy również w reżyserii mistrza Barei), po filmy poważniejsze, jak serial „Daleko od szosy” Zbigniewa Chmielewskiego, w którym dużo jest o problemach mieszkaniowych młodych. Także większość filmów „kina moralnego niepokoju”, przedstawiała problemy mieszkaniowe młodych rodzin, albo dylematy młodych, pełnych ideałów architektów, którzy pod naciskiem „z góry” muszą je porzucić, projektując nowe blokowiska.

Wszystkie te filmy, zwróćmy uwagę, łączy jednak temat budowania mieszkań i nawet w produkcjach najbardziej bezlitosnych dla realiów PRL u mamy obraz pełnych nadziei i wchodzących w dorosłe życie ludzi, dla których wymarzone M-3 czy M-4 to lokum jakby na wyciągnięcie ręki, choć czasem rzeczywiście się nie udaje. Nie dlatego jednak, że są za biedni, ale z powodu uciążliwości systemu. Bo żeby mieć swoje cztery kąty pieniądze nie były problemem kluczowym.

Lata 80. to lata powolnego wygaszania całego PRL u, a więc również polityki mieszkaniowej. Buduje się coraz mniej, a starsze bloki i ich mieszkańcy ulegają destrukcji materialnej i moralnej (co sugestywnie pokazał np. Marek Koterski w filmie „Życie wewnętrzne” z 1986 r.). Na mieszkanie przychodziło czekać coraz dłużej, i nie można go było „dostać” jak do tej pory – co z kolei pokazał ostatni serial niezmordowanego Barei – „Zmiennicy”.

Funkcjonalność wielkiej płyty
I tyle PRL, który rozłożył między innymi problem mieszkaniowy, latami nieporadnie z nim walcząc. Dziś, oglądając tamte filmy, często śmiejemy się z realiów mieszkaniowych PRL u (albo nas te realia przerażają). I słusznie. Z tym że – kto by się tego spodziewał – po wielu latach, po termomodernizacji i paru innych retuszach, ówczesne flagowe inwestycje okazują się na tle dzisiejszych osiedli tzw. apartamentowców bardzo przemyślane. Budowane w latach 70. osiedla, takie jak warszawski Ursynów albo gdańska Morena (Piecki-Migowo), okazują się dobrze zaprojektowane przestrzennie, z dostępem do szkół, przychodni, nawet szpitali, sklepów, usług, można obejść wszystko na piechotę. Do tego sporo zieleni, placów zabaw i terenów do uprawiania sportu i rekreacji. Mieszkania tanie w utrzymaniu i całkiem funkcjonalne, a nawet ładne, jeżeli ktoś ma talent do projektowania wnętrz i trochę pieniędzy. Teoretycznie z takiego osiedla można długo nie wyjeżdżać. Oczywiście, nie wszędzie jest tak dobrze, sporo bloków i osiedli zamieniło się w siedlisko i wylęgarnię społecznych patologii, ale też sporo pozostaje miejscami godnego życia.

PRL był tworem pod wieloma względami obrzydliwym, nie był suwerennym państwem polskim, był też państwem totalitarnym i absurdalnie gospodarczo zarządzanym. Nie rozwiązał też problemu mieszkaniowego, nie ma co idealizować. Ale jak widać, nawet w takich warunkach starano się realizować jakąś politykę mieszkaniową.

Brak alternatywy
Według oficjalnych danych, co prawda kwestionowanych przez część specjalistów, budowano więcej mieszkań niż obecnie (te oficjalne, być może zawyżone dane z lat 70. i 80. mówią o średnio 250 tys. lokali rocznie). Jak oszacowała ekonomistka dr Irena Herbst, specjalizująca się w polityce mieszkaniowej, dziś buduje się niewiele więcej albo tyle samo mieszkań, co w schyłkowym, a więc bardzo słabym gospodarczo, okresie PRL u. Z tym, że dziś buduje przede wszystkim „niewidzialna ręka rynku”.

Efekt jest taki, jaki właśnie obserwujemy – problemy kredytobiorców, zwłaszcza tych zadłużających się w walutach obcych, procesy przenoszenia funkcji mieszkalnych na obrzeża miast (bo w śródmieściu i blisko niego zbyt drogo), co skutkuje też komunikacyjnym paraliżem i wymusza kolejne wielomiliardowe inwestycje w infrastrukturę drogową (bo osiedla często są tak słabo skomunikowane i mają tak słabe otoczenie infrastrukturalne, że tylko samochodem można dojechać do pracy, szkoły, lekarza, sklepu czy nawet kościoła). W dużej mierze rozbito patologiczne spółdzielnie, ale na ich miejsce właściwie nie powstała żadna tego rodzaju alternatywa.

Trzeba działać
Mieszkalnictwo komunalne zaś już w PRL u było traktowane po macoszemu, ale w ogóle jakieś było. W III RP państwo i samorządy właściwie wycofały się z tego zadania, które przecież nakłada na nie prawo. Sprawa np. warszawskich „czyścicieli kamienic”, która najprawdopodobniej ma związek z niewyjaśnioną śmiercią kilka lat temu Jolanty Brzeskiej, działaczki Ruchu Obrony Lokatorów, związana jest nie tylko z brakiem reprywatyzacji, co umożliwia działalność biznesową wątpliwym spadkobiercom. Także z tym, że samorządy nie poczuwają się do prowadzenia polityki mieszkaniowej i rozbudowy oraz dbałości o zasób mieszkań komunalnych dla mieszkańców, których nie stać na kredyt.

Owszem, były programy jak Rodzina na Swoim czy Mieszkanie dla Młodych albo niedawny program wykupywania mieszkań przez skarb państwa pod wynajem. Ale to absolutnie półśrodki i nawet można mieć wątpliwości co do tego, czy bardziej służą zwykłym Polakom, czy deweloperom.
Na przełomie wieków władze spróbowały wprowadzić Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Na podstawie specjalnej ustawy, za pieniądze z taniego kredytu BGK, budowano mieszkania komunalne w niezłym standardzie, po przystępnej cenie i na dożywotnią dzierżawę (przewidziano też dziedziczenie dzierżawy). Jak to często w III RP, program zatrzymał się nawet nie w pół, ale w ćwierć drogi (do dziś powstają śladowe ilości TBS-ów) i do tego obrósł różnymi skandalami. W niejednym samorządzie była to droga do uwłaszczenia różnych urzędników.

Nowy rząd zapowiada coś w rodzaju nowego programu TBS, w ubiegłym tygodniu podano informację, że samorządy już rozpoczęły inwentaryzację gruntów w miastach pod budowę mieszkań komunalnych. Pozostaje pytanie, czy będą na to pieniądze, wszak już wiadomo, że rząd przeznaczy docelowo 22 mld rocznie na Program 500+. Poza tym, zawsze można się zastanawiać, czy drogą do zapewnienia mieszkań Polakom ma być ich wynajem czy dzierżawa, czy też trzeba pomagać Polakom w tym, by jednak zostawali właścicielami lokali.

Tak czy inaczej, trzeba działać. W 2013 r. GUS podawał, że średnia wielkość mieszkania w Polsce to 73,1 mkw. Według danych Eurostatu w naszym kraju aż 41,2 proc. osób mieszka w nieruchomości, którą według standardów europejskich należałoby uznać za przeludnioną, co daje nam pod tym względem jedno z ostatnich miejsc w Europie – średnia lokatorów zamieszkałych w przeludnionych mieszkaniach dla całej Unii Europejskiej to 14,1 proc. Przy takich warunkach mieszkaniowych trudno się dziwić, że Polacy mają mało dzieci.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl