Kreatorzy fałszywych analogii

„21 października, jeśli oni zwyciężą, jak niektórzy uważają, to nie będzie nowy 4 czerwca 1992 r., to będzie nowy 13 grudnia 1981 roku” – powiedział Jarosław Kaczyński podczas konwencji wyborc

„21 października, jeśli oni zwyciężą, jak niektórzy uważają, to nie będzie nowy 4 czerwca 1992 r., to będzie nowy 13 grudnia 1981 roku” – powiedział Jarosław Kaczyński podczas konwencji wyborczej PiS w Rzeszowie we wrześniu 2007 r. Wypowiedź ta, której echa znalazły się również w komentarzu Kaczyńskiego do wyników wyborów parlamentarnych, wywołała silne wzburzenie mediów i polityków Platformy Obywatelskiej. W ostatnich dniach podobne porównania, tym razem padające w odniesieniu do działań Prawa i Sprawiedliwości, pojawiają się w polskiej debacie publicznej w ilościach hurtowych, nie wywołując jednak ani medialnego oburzenia, ani tym bardziej refleksji przeciwników politycznych obecnego rządu i prezydenta Andrzeja Dudy.

Czy słowa Jarosława Kaczyńskiego, przez pewien czas przypominane równie często, jak „oni stoją tam, gdzie kiedyś stało ZOMO”, a później zapomniane, były faktycznie na wyrost? Na pewno okres rządów Platformy (aż do przełomowego, kończącego się roku) przyniósł postępującą społeczną apatię, niechęć do angażowania się w sprawy społeczne i polityczne. Był więc na swój sposób podobny może nie tyle do samego stanu wojennego, ile do „małej stabilizacji” lat 80. Nie było masowych aresztowań, choć zdarzały się indywidualne represje – jak choćby wobec Wojciecha Sumlińskiego. Była inwigilacja na niespotykaną dotąd skalę, również dziennikarzy i opozycjonistów. Poznanie jej rozmiarów jest dopiero przed nami, nawet ostatnie godziny przynoszą nowe informacje na ten temat. Nie było politycznych morderstw i nieznanych sprawców, zastąpił ich „seryjny samobójca”. Był wreszcie Smoleńsk, do którego, przyjmując najkorzystniejszą dla rządzących Polską w 2010 r. wersję zdarzeń, nie doszłoby, gdyby nie podejrzana gra rządu Donalda Tuska ze stroną rosyjską i liczne zaniedbania urzędników i polskich służb, wynikające z ostentacyjnego lekceważenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

ZBoWiD odżył po wyborach

Żadne ze wspomnianych wyżej zjawisk, ani powiązane z nimi konkretne wydarzenia, nie niepokoiły czołowych polskich publicystów na tyle, by mówili o zagrożeniu dla demokracji w Polsce. Niektóre fakty zainteresowały organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka, jednak jakkolwiek ich głos nigdy nie brzmiał mocno i stanowczo, był przynajmniej nagłaśniany przez tych dziennikarzy, którzy nie grali w opłacanej ogłoszeniami skarbu państwa lub gwiazdorskimi kontraktami prorządowej orkiestrze. Pojedynczy przedstawiciele tej grupy potrafili zabrać głos w obronie zatrzymanego Sumlińskiego czy zwolnionego z „Rzeczpospolitej” Gmyza, tak samo jak zdarzało się im skrytykować którąś z szykowanych przez PO ustaw. Nigdy jednak nie prowadziło to do wniosków na poziomie ogólnym – dziennikarze dbali o to, by ich czytelnicy, widząc drzewa, nie zobaczyli lasu.

W ostatnich dwóch tygodniach, gdy zewsząd słyszymy głosy o zagrożonej polskiej demokracji, której filarem ma być rzekomo Trybunał Konstytucyjny, refrenem plemiennego zaśpiewu są słowa o „nowym trzynastym grudnia”. Odwołanie częściowo – nawet według Trybunału – niekonstytucyjnie powołanych sędziów i wprowadzenie do zdominowanego przez nominatów PO organu mniejszościowej grupy osób wskazanej przez PiS, okazuje się działaniem porównywalnym z masakrą górników w kopalni „Wujek” i wszystkimi innymi tragediami, za które odpowiadali nierozliczeni zbrodniarze z generałem Jaruzelskim na czele. Media, które samego Jaruzelskiego oceniały nadzwyczaj łagodnie, równocześnie od dawna lubują się w przedstawianiu szefa PiS jako współczesnego dyktatora w czarnych okularach. Takim okładkowym fotomontażem tygodnik „Polityka” skomentował ogłoszenie 13 grudnia zeszłego roku datą dużego marszu w obronie demokracji, organizowanego przez PiS.

Zemsta za Jaruzelskiego

Od wielu lat w nocy z 12 na 13 grudnia spotykaliśmy się przed domem Wojciecha Jaruzelskiego, by upominać się o sprawiedliwość i pamięć o ofiarach stanu wojennego. W niektórych latach towarzyszyła nam mniejsza, lecz hałaśliwa grupka zwolenników dyktatora, która swoimi krzykami i gwizdami czy nawet wymachiwaniem flagami z sierpem i młotem, próbowała zakłócać nawet takie momenty, jak odśpiewanie hymnu czy apel poległych. Kiedy dziś aktywiści KOD wzywają do protestu przed domem Jarosława Kaczyńskiego, nietrudno mieć wrażenie, że jeśli ktoś z nich był przed willą generała, to raczej po tej drugiej, dozgonnie wdzięcznej mu stronie. „O tej dacie trzeba pamiętać. Była ważna w naszej historii. Bądźmy pod domem Jarosława, by się powstrzymał od serwowania nam powtórki” – pisze na stronie wydarzenia „Trzynastego grudnia przed domem Jarosława” jego organizator Marcin Biardzki, wcześniej sporadycznie pojawiający się w mediach jako aktywista Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. „Kościół” to antychrześcijańska grupa, obecna głównie w mediach społecznościowych i zabiegająca o status związku wyznaniowego, by kpiny z religii przenieść na wyższy, instytucjonalny poziom. Uczestnicy wydarzenia w swoich postach niespecjalnie przejmują się oficjalnym założeniem, by nikogo nie obrażać i nie niepokojeni zamieszczają pełne wyzwisk posty, w których zdarza się im pisać prawie wprost, że wyprawa przed dom Kaczyńskiego jest dla nich wymierzeniem sprawiedliwości za demonstracje przed willą na Ikara:

„Niestety, ale to PiS zakłócał spokój pod prywatnym domem Jaruzelskiego, a nie mieszkał on sam, mieszkała tam żona, córka” – pisze pani Halina, odpowiadając pani Kasi, która protest przed prywatnym mieszkaniem uważa za zły pomysł. Pan Maciej sprawę stawia ostrzej:

„Pojawił się post, żebyśmy nie demonstrowali pod domem kaczyńskiego (sorry, że z małej, ale na szacunek należy zasłużyć). Niby dlaczego nie pod domem kaczysława? Bo prywatność itd? A gdzie były demonstracje 13 XII do tej pory? Przypadkiem nie pod domem gen. Jaruzelskiego?”  (pisownia obydwu tekstów oryginalna).


Na tych przykładach widzimy więc, że o ile organizatorzy próbują wykreować fałszywą analogię między Wojciechem Jaruzelskim i Jarosławem Kaczyńskim, o tyle dla dużej części potencjalnych zainteresowanych szef PiS jest kimś o wiele gorszym od przywódcy wojskowej junty. Pomysł demonstracji podoba się części dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, która wraz z kilkoma innymi mediami promuje nadchodzące wydarzenie.

Mainstream czeka w pogotowiu

Dynamika dotychczasowych protestów pozwala sądzić, że na warszawskiej ulicy Mickiewicza tłumów nie będzie. Pomimo silnego medialnego wsparcia, wirtualne tysiące w realu topnieją do kilkunastu, rzadziej kilkudziesięciu osób. Co ciekawe, częściej starszych (w tym tak zasłużonych dla demokracji, jak red. Marek Barański), niż młodych, co nie wróży inicjatywom organizowanym pod szyldem KOD dalszego powodzenia. Coraz częściej pojawiają się też pogłoski o opłacaniu przynajmniej części demonstrantów. Trudno się spodziewać, by w niedzielę miało dojść do jakiegoś przełomu, zwłaszcza przy niesprzyjającej pogodzie. Tego samego dnia odbędzie się również kolejny marsz, organizowany przez Prawo i Sprawiedliwość, na którym spodziewać się należy o wiele większej liczby uczestników. Zwolennicy PiS przejdą z placu Trzech Krzyży przed pomnik Józefa Piłsudskiego, tak samo, jak w zeszłym roku, lecz na pewno w o wiele lepszych nastrojach. Niestety, możemy być pewni, że niezależnie od tego, czy przed domem Jarosława Kaczyńskiego pojawi się tysiąc, czy dziesięć tysięcy razy mniej demonstrantów, to oni staną się bohaterami wieczornych wydań programów informacyjnych. Oczywiście, jeżeli przyjdą.

 

Źródło:

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo