W związku z terrorystycznym atakiem islamistów w Paryżu przypominamy wywiad, jaki zaledwie miesiąc temu opublikowała "Gazeta Polska". Bohaterski chaldejski ksiądz z Iraku, Douglas Al-Bazi, mówił w nim o zagrożeniu, jakie dla Europy stanowi islam i tzw. uchodźcy.

"Przyjmując tych imigrantów, hodujecie w ciele Europy nowotwór. Sprowadzacie na wasze rodziny, wasze dzieci niebezpieczeństwo terroru, zamieszek, religijnej nienawiści. W przeciwieństwie do większości europejskich polityków znam język arabski, wiem też, czym jest islamski terroryzm, znam twarze jego promotorów. Dlatego gdy przeglądam arabskie strony internetowe i widzę ludzi, którzy pozują dziś z uśmiechem do zdjęć w Niemczech, Austrii i Szwecji, a jeszcze niedawno byli w Iraku dżihadystami mordującymi ludzi – jestem przerażony. Naprawdę musicie być ostrożni, bo otwieracie drzwi niebezpiecznym ludziom" - przestrzegał w rozmowie z Grzegorzem Wierzchołowskim ks. Al-Bazi.

„Państwo Islamskie reprezentuje islam w stu procentach” – powiedział Ksiądz w tym roku na konferencji w Rimini. Gdyby takie słowa wypowiedział w Europie jakiś ważny polityk, z miejsca zostałby oskarżony o „faszyzm” i „islamofobię”.
Niech ci, którzy rzucają takie oskarżenia, przyjadą do Iraku. Zobaczyliby, że nie ma czegoś takiego jak umiarkowany islam. Religia ta – i postępowanie jej wyznawców – nie zmieniły się od czasów Mahometa. Wciąż podstawową metodą jest zabijanie wrogów i niszczenie grup lub jednostek, które nie chcą się podporządkować muzułmanom. Jeśli spojrzymy na historię islamu, to zobaczymy, że nie jest on w stanie zaakceptować istnienia żadnej innej religii bądź mniejszości w obrębie społeczności muzułmańskiej. Dlaczego Państwo Islamskie, o które pan pyta, nie może być pokonane przez żadną inną grupę islamistyczną? Bo postępuje zgodnie z wytycznymi Koranu, nieraz co do słowa. Niemuzułmanów żyjących wśród wyznawców Allaha można według zasad islamu potraktować na trzy sposoby: nawrócić ich na mahometanizm, obłożyć specjalnym podatkiem, czyli dżizją, lub wyelimować, czyli wypędzić albo zabić. Tak było za czasów Mahometa, tak jest teraz w Państwie Islamskim – nic się przez te półtora tysiąca lat nie zmieniło. Dziś ofiarą takiego okrutnego traktowania w państwach rządzonych przez islamistów padają nie tylko chrześcijanie, lecz także choćby jazydzi.

To okrutne traktowanie zna Ksiądz z autopsji, bo był Ksiądz porwany i więziony przez terrorystów z Państwa Islamskiego. Jak doszło do tego uprowadzenia?
To nie byli ludzie z Państwa Islamskiego, lecz z szyickiej bojówki. Do porwania doszło w 2006 r. w Bagdadzie, gdy Państwo Islamskie dopiero zaczynało w Iraku swoją zbrodniczą działalność. Już przed uprowadzeniem dochodziło do ataków na naszą parafię: najpierw zaatakowano przy użyciu ładunków wybuchowych nasz kościół, później zostałem postrzelony z kałasznikowa przez snajpera, który strzelał do wiernych wychodzących ze świątyni.
Wreszcie porwano mnie na ulicy, zasłaniając mi oczy i przewożąc furgonetką do jakiegoś domu. Byłem więziony tam przez dziewięć dni. Muzułmanie założyli mi kajdanki, przez pierwsze kilka dni nie dali mi nawet wody do picia. Każdej nocy, po włączeniu kanału radiowego, na którym głośno czytano Koran, porywacze poddawali mnie torturom. Bili mnie młotkiem po twarzy i kolanach, złamali mi dwa kręgi, wybili kilka zębów. Wypuszczono mnie dopiero wtedy, gdy Kościół katolicki zapłacił islamistom okup. Wciąż mam ślady po torturach, ale udało mi się przeżyć. Niestety, wielu innych chrześcijan – duchownych i wiernych – zostało porwanych i zabitych. Wielu z nich zginęło podczas zamachów na kościoły, przeprowadzanych systematycznie i z coraz większym okrucieństwem.

Ta fala nienawiści do chrześcijan narasta, bo w 2013 r. został Ksiądz zmuszony do opuszczenia Bagdadu i przeniesienia się wraz z wieloma wiernymi do Irbilu, stolicy Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego...
Urodziłem się w Bagdadzie, mieszkałem tam kilkadziesiąt lat. Kontakt z muzułmanami mam od dzieciństwa, mogę więc zaświadczyć, że problemem islamizmu i jego zbrodni nie jest nienawiść religijna, lecz islam sam w sobie. Mieszkańcy Starego Kontynentu muszą sobie uświadomić, że czym innym jest sytuacja, w której chrześcijanin lub ateista żyje wśród muzułmanów, a czym innym, gdy muzułmanie żyją wśród ludzi innych wyznań jako mniejszość, tak jak w Europie. W tym drugim przypadku wyznawcy islamu próbują zdominować resztę społeczeństwa, mówiąc o prawach człowieka, o prawach mniejszości, o wolności religijnej. Ta taktyka dostosowana jest do wymogów sytuacji, bo już w państwach islamskich, w których muzułmanie stanowią większość, wszystko wygląda inaczej. Po pierwsze: o żadnych prawach człowieka nie może być mowy; wystarczy spojrzeć, jak traktowane są przez muzułmanów dziewczęta i kobiety. Po drugie: prawa mniejszości nie istnieją, a prześladowania każdej nieprzystającej do ogółu społeczności różnią się w poszczególnych miejscach jedynie skalą. Po trzecie: wolność religijna to coś w islamskich państwach nieznanego. Jest to – o czym nie chcą pamiętać europejscy obrońcy islamu – dziedzictwo samego Mahometa, który w liście do Herakliusza I, cesarza bizantyjskiego, żądał: „Proszę Cię, abyś przyjął islam. Zostań muzułmaninem, a będziesz miał pokój: Allah wynagrodzi Cię podwójnie. Lecz jeśli się odwrócisz, na Tobie zaciąży grzech Twoich poddanych”.

Tysiące imigrantów z Syrii, Iraku, Afganistanu, Kosowa, Erytrei, Somalii i innych państw wyruszają codziennie do Europy. Czy powinniśmy przyjmować ich z otwartymi ramionami, jak nakazują niemal wszystkie główne europejskie media i najważniejsi unijni politycy?
Kilka miesięcy temu byłem w Polsce i mówiłem: „Obudźcie się. Rak islamu jest u waszych drzwi, musicie uważać”. Nie jestem oczywiście przeciwko pomocy humanitarnej, sami pomagamy przecież w naszym ośrodku w Irbilu wszystkim ludziom niezależnie od pochodzenia i religii. Jeśli żyłbym w Polsce, byłbym zapewne jednym z pierwszych, którzy ruszyliby na pomoc potrzebującym. Ale ta tysięczna, a może i milionowa fala ludzi, która zmierza do Europy – mówię tu o muzułmanach – idzie do was, by zniszczyć chrześcijańską cywilizację i wasz kontynent. Uwierzcie mi.
Wiem, że dla niektórych moje słowa zabrzmią zbyt dosadnie, ale przyjmując tych imigrantów, hodujecie w ciele Europy nowotwór. Sprowadzacie na wasze rodziny, wasze dzieci niebezpieczeństwo terroru, zamieszek, religijnej nienawiści. W przeciwieństwie do większości europejskich polityków znam język arabski, wiem też, czym jest islamski terroryzm, znam twarze jego promotorów. Dlatego gdy przeglądam arabskie strony internetowe i widzę ludzi, którzy pozują dziś z uśmiechem do zdjęć w Niemczech, Austrii i Szwecji, a jeszcze niedawno byli w Iraku dżihadystami mordującymi ludzi – jestem przerażony. Naprawdę musicie być ostrożni, bo otwieracie drzwi niebezpiecznym ludziom.
W Europie jest zaledwie kilka krajów, które – mam nadzieję – będą na tyle odważne, by powstrzymać ten islamski nowotwór. To państwa Europy Środkowo-Wschodniej, wśród nich Polska. Apeluję do pana rodaków: nie zmieniajcie swojego nastawienia, nie poddajcie się naciskom, pozostańcie silni. I przede wszystkim: bardzo dokładnie wybierzcie ludzi, których przyjmiecie.

Państwo Islamskie każdego miesiąca zabija w Syrii i Iraku setki osób. Ksiądz używa na to jednego słowa: „ludobójstwo”.
Używam go, bo chciałbym, żeby świat wreszcie zdobył się na odwagę i określił to, co się tu dzieje, jako ludobójstwo. Dla mnie jest to jednak słowo zbyt wąskie, niewystarczające. Mamy bowiem do czynienia nie tylko z brutalnym zabijaniem, zamachami, okrutnymi czystkami etnicznymi, odcinaniem głów, krwawymi porwaniami. Aspektów islamskiej agresji w Syrii oraz Iraku wobec chrześcijan i innych mniejszości jest znacznie więcej... To przede wszystkim wyrywanie całych społeczności z miejsc, które zamieszkiwały od stuleci, burzenie domów, wypędzanie, pozbawianie całego dobytku. To niewolenie ludzi, traktowanie ich jako niższego gatunku, niszczenie wielowiekowego dziedzictwa kulturalnego, pozbawianie godności, zmuszanie do życia w ciągłym strachu przed wybuchem bomby lub snajperską kulą, terror.
W latach 90. moja chrześcijańska parafia w Bagdadzie liczyła 2500 rodzin. Dziś zostało ich mniej niż 300. Cały czas szukam więc słowa bardziej adekwatnego niż „ludobójstwo”, lepiej określającego to, co muzułmanie robią w Iraku i Syrii.

Wielu Polaków chciałoby wesprzeć ofiary Państwa Islamskiego z Syrii i Iraku. Jaka pomoc byłaby najskuteczniejsza?
Nie skłamię mówiąc, że doraźna pomoc - czyli wysyłane do obozów dla uchodźców pieniądze, artykuły higieniczne, leki - jest bardzo ważna. Ale na dłuższą metę nie jest to niestety rozwiązanie... Podam przykład: przy moim kościele, w prowadzonym przez mnie ośrodku, żyje około 560 chrześcijańskich uchodźców z Iraku. Od ponad roku mieszkają w namiotach albo budach; zwykle jedna rodzina z wieloma dziećmi żyje na kilkunastu metrach kwadratowych. Gdybym poszedł i zapytał ich, jakiej pomocy potrzebują, odpowiedzieliby zapewne, że chcą znowu normalnie egzystować. Bo przecież trudno wymagać od nich, by do końca życia byli zadowoleni z mieszkania w odizolowanym obozie, namiot przy namiocie - do tego we wrogim otoczeniu... Jeśli mieliby osiedlić się tu na stałe, musiałbym zapewnić im domy, dostęp do edukacji, podstawową opiekę zdrowotną. Dlatego oczywiście najlepszym rozwiązaniem byłoby rozlokowanie ich w bezpiecznym kraju, być może w Europie. Zaznaczam, że chodzi o chrześcijan.

Życie Księdza jest codziennie zagrożone. Czy bierze Ksiądz pod uwagę emigrację z Iraku?
Wciąż kocham swój kraj i swój Kościół. Kocham też ludzi, którzy mi zaufali i którymi się opiekuję. Jeśli oni znajdą bezpieczne schronienie, wtedy być może zdecyduję się, by im towarzyszyć. Na pewno jednak nie zostawię ich tu samych. Mogę zdradzić, że obecnie prowadzimy rozmowy z diecezjami katolickimi w Irlandii, Meksyku, Czechach i Słowacji, które zadeklarowały wstępnie chęć przyjęcia irackich chrześcijan z naszego ośrodka. Jeśli opuszczę Irak, to tylko z nimi.