Partia władzy, partia grabieży

  

W jakim momencie Platforma Obywatelska z partii władzy przepoczwarzyła się w partię grabieży? Najpewniej po Smoleńsku, gdy znaczna część mediów głównego nurtu na dobre rozpostarła nad nią parasol ochronny, a duża część elektoratu wciąż ufała rządzącemu ugrupowaniu i Donaldowi Tuskowi. „Jeśli nikt nas z niczego na serio nie rozlicza – wszystko wolno” – parafraza Dostojewskiego chyba najlepiej oddaje stan myślenia decydentów z Platformy. Szczęśliwie przyszedł czas rozliczenia. Okazało się, że król jest nie tylko nagi, ale i szpetny.

Informacje o losach obrazu pędzla Romana Kochanowskiego „Gęsiarka”, który w niezupełnie jasnych okolicznościach wprost z Pałacu Prezydenckiego trafił na aukcję, szybko stały się pożywką dla twórczości internautów. Tym bardziej że większość mediów, obecnie zaangażowanych w kampanię wyborczą Platformy, nałożyło embargo na ten news. Rzecz została wyśmiana za sprawą licznych memów. A w dodatku okazało się, że wśród ponad stu rzeczy wypożyczonych przez Bronisława Komorowskiego z Pałacu Prezydenckiego znalazł się również żyrandol. Były już prezydent postanowił nie tylko wyposażyć się na dalszą drogę życia kosztem państwa polskiego, ale również, że bardzo serio potraktował swoją rolę „strażnika żyrandola”. Najwyraźniej to właśnie żyrandol stoi w centrum praktyki politycznej Bronisława Komorowskiego.

Wypożyczone czy bezprawnie zabrane

Całość układa się w dość groteskowy obraz. Oto Pałac Prezydencki został potraktowany jako wypożyczalnia wszelkiego sprzętu. A ktoś z zaplecza byłego prezydenta najprawdopodobniej postanowił sobie dorobić dzięki kradzieży obrazu pozostającego własnością publiczną. Wcielając zresztą w życie jeden z najbardziej smutnych polskich stereotypów: „publiczne/wspólne, czyli niczyje”. Symptomatyczne, że w typowym dla siebie stylu Komorowski rzecz bagatelizuje – chyba bez świadomości, że daje tym samym mało pochlebne podsumowanie stylu swojej prezydentury. Nie dajmy się zwieść śmiechom publiki z powodu wypożyczonego żyrandola i „Gęsiarki”. Jak tragifarsa brzmią w tym wszystkim echa znanych słów o Rzeczypospolitej, która jest postawem sukna.

Bywa tak, że to właśnie „drobiazgi” stają się symbolicznym podsumowaniem procesów o wiele bardziej złożonych i z reguły skrzętnie ukrywanych przed oczami społeczeństwa. Wszak filozofia władzy Platformy Obywatelskiej opierała się od zawsze na przekonaniu, że państwo polskie to zasób do rozparcelowania. Sięgnijmy nieco dalej w przeszłość. Już od początku swojego konfliktu z Prawem i Sprawiedliwością prominentne postaci z PO krzywiły się na to, że ewentualny koalicjant wyraźnie formułuje program związany z sanacją państwa i uderzeniem w jego korupcjogenne cechy. Mówienie o polskiej korupcji, o problemach, jakie rodzą paramafijne układy istniejące na styku polskiej polityki centralnej i samorządowej, biznesu, mediów, prominentnych grup zawodowych, nie podobało się zarówno większości ludzi Platformy, jak i dużej części mediów.

Interesujące, jak szybko wówczas uznano, że wraz z zamknięciem sprawy Rywina należy zakończyć dyskusję o korupcji w Polsce. Mainstream medialny już do tej tematyki na dobrą sprawę nie wrócił. A od czasów bardzo szybko zamiecionej pod dywan afery Amber Gold, w której miał swój udział syn premiera Tuska, aż do wciąż obecnie powracającej w formie kolejnych wycieków nagrań z restauracji Sowa i Przyjaciele, temat głęboko sięgającego zepsucia i patologii państwa polskiego był starannie wyciszany. Nie bez znaczenia jest fakt, że poczet licznych prominentnych publicystów sekundujących obozowi władzy przez lata budował obraz rządów PO jako nieledwie normatywnego dla „młodej demokracji” sposobu uprawiania polityki i administrowania państwem. Zaglądanie pod podszewkę rzeczywistości przez dobrych kilka lat uchodziło w Polsce za niestosowność. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”, a wysoko postawieni i wtajemniczeni w arkana władzy ludzie Platformy nie mają złudzeń co do stanu rzeczy: „ch…, d... i kamieni kupa”.

Nomenklatura czasu Platformy

Trudno oprzeć się gorzkiemu spostrzeżeniu, że w czasach saskich, gdy wewnętrzny rozkład państwa już się właściwie dokonał, również wierzono, że właśnie nastał dla Rzeczypospolitej „złoty wiek”. Z pewnością ci, którzy dorobili się (albo jeszcze bardziej się wzbogacili) w czasach Platformy nie tyle ciężką pracą, co za sprawą odpowiednich koneksji, dostępu do „reglamentowanej wiedzy” dotyczącej różnych aspektów funkcjonowania państwa i lojalności względem „partii grabieży”, są święcie przekonani, że to nasz „złoty wiek”. Dla nich myśl o Polsce rządzonej przez kogo innego jest nie do zniesienia z prostej przyczyny – wciąż zbyt łatwo byłoby odkryć, w jaki sposób gromadzili i skąd brali swoje łupy. Stąd, gdy w ostatnich miesiącach patrzę na okładki tygodników, słucham niektórych publicystów i ekspertów, czytam panegiryki i jeremiady, zastanawiam się nad jednym: czego naprawdę boją się ludzie, którzy żyją ze straszenia Prawem i Sprawiedliwością? Przecież sami nie wierzą w opowieści o państwie wyznaniowym i policyjnym... To historyjka stworzona na potrzeby rozemocjonowanej publiki. Ale realnie mogą się obawiać, nawet jeśli nie utraty zdobytych dóbr, to zakręcenia kurków. I to nie z ciepłą wodą, ale z łatwą forsą.

A przy okazji ciepłej wody w kranach. Z całą pewnością, bez jakiejkolwiek złej woli, liczne rzesze Polaków miały powód, by uwierzyć w początkach władzy Platformy w wizję sprawnego, technokratycznego rządzenia. Jego główną cechą miało być efektywne zarządzanie choćby środkami unijnymi. To była przekonująca dla wielu recepta na polską modernizację i kolejny etap transformacji – rozbudowa infrastruktury, inwestycje w całym kraju.

Obóz władzy sprawnie wykorzystał tęsknotę wielu Polaków za dobrze zorganizowanym, rozwijającym się państwem. Niekiedy mam wrażenie, że w rządach Tuska, zapewne w sposób nieświadomy dla architektów tego projektu, brzmiały echa gierkowskiej modernizacji. Wszak nawet w haśle „by wszystkim żyło się lepiej” pobrzmiewa ta nuda: „Aby Polska rosła w siła, a ludzie żyli dostatniej”. Piękne hasła, dobre hasła. Ale w obu tych wypadkach elementem rozkładowym projektów była utajona korupcja. W czasach Edwarda Gierka PZPR-owska nomenklatura właściwie zamieniła się w kleptokrację – umożliwił to zastrzyk zachodnich pożyczek, z których tylko część wykorzystano zgodnie z przeznaczeniem. I podobnie w czasach Platformy, ponieważ nie wypadało mówić o problemach z korupcją i skrupulatnie ukrywano patologiczne zjawiska zachodzące w obozie władzy, państwo stawało się coraz bardziej dysfunkcyjne, a jego zarządcy oraz ich poplecznicy oraz wspólnicy coraz bardziej bezkarni.

Sute rachunki na koszt podatnika w warszawskiej restauracji dla VIP-ów, demoralizacja w zapleczu prezydenta Komorowskiego skutkująca kradzieżą „jakichś tam obrazków” – to już tylko swoista anegdota, pointa w smutnym skeczu. O wiele ciekawsza byłaby wielotomowa opowieść o tym, jak partia władzy przepoczwarzyła się w partię grabieży. Pytanie, czy ktoś ją za naszego życia napisze.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts