„Chemia” jest obrazem niezwykłym. Nie tylko dlatego, że mąż robi film o żonie, która umarła na raka. To fabuła, która niezwykłym językiem opowiada o pięknej miłości. Miłości, która sprawia, że umieranie z kimś jest życiem, jakiego nie zamieniłoby się na żadne inne.

Film pełen jest impresji, niedopowiedzeń i teledyskowych oraz teatralnych form. Właściwie pierwszy dłuższy dialog głównych bohaterów Leny (Agnieszka Żulewska) i Benka (Tomasz Schuchardt) słyszymy w 45. minucie filmu. A do tego momentu wydaje się nam jednak, że znamy naszych niezwykłych bohaterów wystarczająco dobrze. Choć zarówno oni, jak i uczucie, które ich łączy, jest co najmniej nietuzinkowe.

Skromna forma dialogowa filmu nie przeszkadza, by z ekranu płynęła ogromna dawka emocji. Jest tak, gdy dowiadujemy się, że chora na raka Lena jest w ciąży i widzimy ją, gdy wraz z mężem prowadzi walkę o urodzenie dziecka. Wizja nadchodzącej śmierci kontrastowana jest tu z pragnieniem kolorowego (również dosłownie) świata naszych bohaterów. Przerysowania w formie czy wprowadzone do realizacji animacje dają nam pozory pewnej szansy na zdystansowanie się od historii. Ale emocje bezlitośnie dopadną publiczność prędzej czy później. Od wrażliwości widza zależy, ile łez uroni. Ale szanse na to, że film może nie zrobić na kimś wrażenia, są niewielkie. Bartosz Prokopowicz, reżyser filmu, prowadzi nas przez wszystkie stadia przeżywania śmiertelnej choroby. Ale jego wielką zasługą jest to, że niedowierzanie, brak akceptacji, odzyskiwanie sił do walki, cierpienie, samotność w chorobie czy w końcu miłość w czasie najcięższej próby, pokazuje tak, jak się tego nie spodziewamy. Oszczędnym, nienachalnym językiem, ale przekazującym dawkę uczuć wręcz nie do zniesienia. To duża sztuka. Benek w konfesjonale słyszy od księdza: „pokuty nie będzie. Twoją pokutą jest życie”. Ten dramatyczny stan jest w filmie pięknie pokazany, a nie opowiedziany. Tak jak powiedzenie, że miłość góry przenosi…

Więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie".