„Dotknęliśmy tabu” – rozmowa z autorką filmu o kobietach „Solidarności”

– Jedną z inspiracji do powstania tego filmu było to, kiedy po katastrofie smoleńskiej na jednym z pasków z informacjami, jakie pojawiają się w dole ekranu telewizora, obok nazwiska Anny Walen

festiwalnnw.pl
– Jedną z inspiracji do powstania tego filmu było to, kiedy po katastrofie smoleńskiej na jednym z pasków z informacjami, jakie pojawiają się w dole ekranu telewizora, obok nazwiska Anny Walentynowicz znalazło się tylko określenie „osoba towarzysząca”. Uderzyło nas to, że nie wspomniano nawet słowem o tym, że w katastrofie zginęła legenda „Solidarności” – mówi Marta Dzido, autorka wyróżnionego na tegorocznym festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” filmu „Solidarność według kobiet”.

Czy praca nad filmem zmieniła pani stosunek do historii „Solidarności”?
Tak, praca nad filmem rzeczywiście zmieniła postrzeganie pewnych spraw przeze mnie. Kiedy przygotowaliśmy się do filmu, zderzyliśmy się z różnymi opiniami na temat ludzi „Solidarności”, które potem zupełnie się nie sprawdzały. Straszono nas, że państwo Gwiazdowie nie będą chcieli się z nami spotkać. Baliśmy się trochę, zastanawiając się, czy może rzeczywiście oni są jakimiś oszołomskimi ekstremistami? Te obawy się zupełnie nie sprawdziły. Okazało się, że są to fantastyczni, ciekawi świata ludzie. Poświęcili nam mnóstwo czasu, spędziliśmy z Joanną Gwiazdą kilka dni. To było niesamowite wydarzenie. Praca przy tym filmie była niesamowitą intensywną i pasjonującą lekcją historii.

Czy nie jest tak, że chciała pani zrobić film o tabu dotyczącym roli kobiet w „Solidarności”, a niejako dotknęła pani o wiele większego tabu, tabu dotyczącego całej historii „Solidarności”?
O tak, to na pewno. Chcieliśmy się zastanowić, dlaczego nasze pokolenie, to następne, tak mało wie o roli kobiet w „Solidarności”. Dlaczego jest tak, że jeżeli myśli się o „Solidarności”, to stereotypowo myśli się o Lechu Wałęsie i kilku innych mężczyznach dookoła niego. Chcieliśmy pokazać obie strony konfliktu, które nie są w stanie spotkać się razem przy okazji np. uroczystości rocznicowych. Jedną z inspiracji do powstania tego filmu było to, kiedy po katastrofie smoleńskiej na jednym z pasków z informacjami, jakie pojawiają się w dole ekranu telewizora, obok nazwiska Anny Walentynowicz znalazło się tylko określenie „osoba towarzysząca”. Uderzyło nas to, że nie wspomniano nawet słowem o tym, że w katastrofie zginęła legenda „Solidarności”. Uderzyło nas, że pamięć o niej i innych kobietach solidarności, takich jak odnaleziona przez nas Ewa Ossowska, ginie.

Czy przy pracy nad filmem spotkała pani także zapomnianych mężczyzn, którzy tworzyli ten wielki ruch?
Chcieliśmy zrobić film o kobietach, mimo że wielokrotnie napotykaliśmy historię mężczyzn, którzy tworzyli ten ruch. Kiedy zapoznawaliśmy się np. ze zdjęciami z tamtych czasów, zauważyliśmy, że choć widnieją na nich także kobiety, podpisani są tylko mężczyźni. Kobiety są anonimowymi dodatkami i bardzo trudno było nam ustalić choćby ich tożsamość. Ten film to jest czubek góry lodowej. Im bardziej się w tę historię zagłębialiśmy, tym więcej wątpliwości mieliśmy, w którą stronę pójść. Usłyszeliśmy masę historii, w których było dużo rozgoryczenia. Wiele przykrych opowieści o zdradach, o tym jak ktoś nagle okazywał się tym, kim nie był. Zrezygnowaliśmy z wątku agenturalnego, obyczajowego, finansowego, po to, aby tę historię opowiedzieć tak, jak ją opowiadamy. Żeby zachować też coś pięknego z tamtego czasu.

Teraz chcecie własnym sumptem wydać książkę dotyczącą tego tematu?
Tak, jak na razie książkę wspierają jedynie osoby prywatne. Książka jest już gotowa, potrzebujemy funduszy, żeby sfinansować jej druk. Dotknęliśmy tabu i nie opowiedzieliśmy wszystkich tych historii do końca. Czuję, że dotykamy spraw niewygodnych dla wielu. Czuję to w tym, jak ten film jest dystrybuowany, jak jest pokazywany, kto jest nim zainteresowany. Chcielibyśmy pokazać materiały, których nikt nie zna i kurzą się od 30 lat w archiwach.

Ewa Ossowska przyznaje w filmie: „nam nie chodziło o władzę, nam chodziło o Polskę”.
Nie tylko Ewa Ossowska, ale większość kobiet, które ja spotkałam, to są kobiety, dla których najważniejsze było po prostu zrobić to, co trzeba było zrobić. Chciały tylko, żeby to przyniosło konkretny efekt. Nie interesowały ich stanowiska, ani to, która z nich zostanie przywódcą. Także dziś to są takie „fighterki dnia codziennego”, kobiety które udzielają się charytatywnie, działają w fundacjach, robią masę pożytecznych rzeczy. Tego nie ma w filmie, ale kiedy spotkaliśmy się z panią Zofią Romaszewską, to okazało się, że ona jedzie właśnie do domu samotnej matki, by uratować mieszkające tam osoby przed eksmisją Dzięki jej wsparciu udało się to zrobić i tych kobiet nie wyrzucono na bruk. To jest właśnie solidarność. Kobiety, które wtedy to robiły, robią to do dziś. Im nie chodziło o władzę, im chodziło o to, żeby zmienić rzeczywistość.
 

 


Źródło: niezalezna.pl

Magdalena Piejko
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo