Życie Pileckiego to jeden wielki scenariusz filmowy. Rotmistrz mógłby swoim życiorysem obdarować wiele postaci. Ale bohaterów wyklętych jest wielu i oni czekają. Nie tylko na Łączce na odkopanie i przywrócenie im właściwego miejsca. Panteonu, a nie panteoniku. Ale też czekają na przywrócenie ich do pamięci zbiorowej i polityki historycznej - z Marcinem Kwaśnym, odtwórcą roli rotmistrza w filmie „Pilecki”, rozmawia Sylwia Krasnodębska.

Czy Panu również się wydaje, że mówienie o rotmistrzu, że był polskim Jamesem Bondem, jest banalne?
Tak. To chybione porównanie. Tak samo jak zestawianie go z Johnem Rambo. Pilecki był poważnym człowiekiem. Rotmistrz przy całym swoim kręgosłupie moralnym i wierze, która była determinantą w jego życiu, był też obdarzony przez Boga wieloma talentami. To wymowne, że w czasie II RP Pilecki otrzymał Krzyż Zasługi za swoje działania społeczne! Stworzył spółdzielnię mleczarską, by ludzie nie płacili niebotycznych cen za mleko. Założył straż pożarną, dbał o edukację rolniczą mieszkańców wsi. Do tego pięknie malował i pisał wiersze.

A później ujawnił się jako genialny strateg wojenny.
Świadczy o tym fakt, że będąc w Auschwitz, opracował plan inwazji aliantów na obóz. Wskazał na punkty, które powinny być zbombardowane, by odbyło się to bez narażenia życia więźniów. Pamiętajmy też, że w Auschwitz stworzył siatkę konspiracyjną. Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej i w Powstaniu Warszawskim, broniąc reduty przy pl. Starynkiewicza. Rotmistrz działał na rzecz armii Andersa po wojnie, wykradając bardzo niekorzystne umowy handlowe między Związkiem Radzieckim a Polską. To m.in. za to został skazany przez władze ludowe na śmierć.
Odpowiadając na Pani wcześniejsze pytanie, James Bond mógłby się uczyć od Pileckiego. Nie chcę być złośliwy i powiedzieć, że czyścić mu buty.

W dokumencie fabularyzowanym, który wejdzie do kin 25 września, pt. „Pilecki” Mirosława Krzyszkowskiego wciela się Pan w postać rotmistrza. Mają Panowie jakąś wspólną cechę?
Jego pasją, tak jak i moją, są konie. Też uwielbiał na nich jeździć. To na pewno nasz wspólny mianownik.

Brytyjski historyk, prof. Michael Foot, zaliczył Pileckiego do sześciu najodważniejszych ludzi ruchu oporu podczas II wojny światowej. Proszę wybaczyć to pytanie, ale czy miewa Pan smutną dla aktora refleksję, że pewnie nikogo lepszego już Pan nie zagra?
Mógłbym jeszcze zagrać o. Maksymiliana Kolbego na przykład, prawda? Odpowiem na to pytanie inaczej. Życzyłbym sobie grywać postaci takiego formatu jak Pilecki.

Długiej listy takich osób nie ma…
Nie ma Pani racji. Lista jest długa. Rola Pileckiego wpłynęła na moje życie bardzo mocno. Zacząłem interesować się historią Żołnierzy Wyklętych: Łukasza Cieplińskiego, Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, Józefa Franczaka „Lalka”. Życie Pileckiego to oczywiście jeden wielki scenariusz filmowy. Rotmistrz mógłby swoim życiorysem obdarować wiele postaci. Ale bohaterów wyklętych jest wielu i oni czekają. Nie tylko na Łączce na odkopanie i na przywrócenie im właściwego miejsca. Panteonu, a nie panteoniku. Ale też czekają na przywrócenie ich do pamięci zbiorowej i polityki historycznej. Naród, który nie pamięta o przeszłości, nie zasługuje na dobrą przyszłość. Gdy ktoś mówi, że ma gdzieś nasz kraj, to tak, jakby pluł tym bohaterom w twarz. To do mnie dotarło z dużą mocą, gdy poznawałem życiorys Witolda Pileckiego. Ta wiedza zmieniła mój sposób patrzenia na życie. Siła rotmistrza zza grobu wciąż działa.

A konkretnie?
Nagrałem audiobook z grypsami Cieplińskiego z celi śmierci, wspomniany raport rotmistrza, i rozpocząłem pracę nad filmem fabularnym pt. „Wyklęty”. Jestem jego producentem i odtwórcą głównej roli. Ale muszę podjąć tę dramatyczną decyzję o przerwaniu pracy nad produkcją. Bardzo nad tym ubolewam. Nagraliśmy już jedną trzecią zdjęć. Jednak budżet filmu to milion złotych, a zebraliśmy 300 tys. zł z datków ludzi, sprzedaży cegiełek w postaci audiobooków raportów Pileckiego, „Grypsów z celi śmierci” i filmu o oficerach z Katynia „Pre Mortem”. Jeżeli nie znajdziemy strategicznego sponsora, to z tych datków nie będziemy w stanie pokryć kosztów filmu. Mimo że w produkcję zaangażowały się już setki osób.

Czyli każdy z nas może uratować produkcję filmu o Żołnierzach Wyklętych?
I bardzo o to proszę, bo tym ludziom należy się dobra fabuła, która odkłamuje ich wizerunek jako bandytów i pokazuje jako bohaterów, ludzi walczących o suwerenność Polski. O jej w pełni niepodległy kształt. Gdyby to był dokument fabularyzowany, pewnie bylibyśmy na jego ukończeniu. A ponieważ to projekt profesjonalnej fabuły z rozmachem, to potrzebne są duże pieniądze. Apelujemy, by wpłacać je na konto Fundacji Między Słowami. Numery kont i informacje o filmie na stronie FundacjaMiedzySlowami.pl.

Cały wywiad ukazał się w aktualnym numerze tygodnika „Gazeta Polska”