Autentyczny głos demokracji

Zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich było zaskoczeniem dla wszystkich uczestników sceny politycznej.

Zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich było zaskoczeniem dla wszystkich uczestników sceny politycznej. Dla obozu rządzącego i wiernych mu mediów to przejaw niebezpiecznej zmiany nastrojów na „narodowe, klerykalne, populistyczne”.

Przedstawia się to zwycięstwo jako preludium tego, co czeka Polskę, gdy wybory parlamentarne wygra PiS. A czeka Polskę ponoć regres cywilizacyjny i noc prawicowych ciemności!

Demokracja jest wspaniała

Retoryka polityczna rządzi się swoimi prawami, więc przejaskrawienia i chwyty erystyczne to coś w demokratycznej walce politycznej oczywistego. Jednak poziom straszenia Polaków widmem państwa wyznaniowego lub prawicową dyktaturą to groteska. Zrozumiałe, że utrata władzy to trudny moment w życiu każdego polityka czy partii, ale to nie koniec świata. Chyba że nie ceni się demokracji. To, co zademonstrowali w „słynnym” już wywiadzie w „Gazecie Wyborczej” były prezydent Komorowski, Adam Michnik i Jarosław Kurski, to roztaczanie takiego końca cywilizowanego świata, którego oni, we własnym mniemaniu, są gwarantem, bo są elitą, która wie zawsze lepiej. Wszystkie przedwyborcze sondaże wskazywały na zdecydowane zwycięstwo Komorowskiego. Media przychylne władzy zaczarowywały rzeczywistość. A tu szok. Wiele czynników złożyło się na zwycięstwo Andrzeja Dudy. Warto zauważyć, że jednym z głównych było budzenie się w Polsce silnych uczuć patriotycznych jako odpowiedzi na ideologiczną lewicową opresję i protekcjonalny ton „europejskich” elit PO wobec zwykłych ludzi. To nie jest tylko polski trend. W przededniu rewolucji francuskiej Chamfort ukuł maksymę „Wojna pałacom, pokój chatom”. Bunt i insurekcja to także polityka. Ale to system demokratyczny jest najsprawniejszym mechanizmem zabezpieczenia wspólnoty politycznej przed rewolucjami, rozładowuje czynnik insurekcyjny, ponieważ walka polityczna zyskuje cywilizowane ramy w parlamencie. Zatem kwestionowanie w mediach poczytalności tych, którzy głosowali na Andrzeja Dudę, co zdarza się coraz częściej, jest wyborem retoryki antydemokratycznej i jest z punktu widzenia zdrowego rozsądku szkodliwe. Bo to dzięki wyborom na ulicach panuje spokój. Obywatele powinni być szczęśliwi, gdy w parlamencie partie ostro ze sobą walczą. Osiem lat rządów PO i PSL-u spowodowało powstanie i zacementowanie układów, które stały się barierami antyrozwojowymi. Demokracja jest systemem elastycznej reakcji na kryzysy. Te bariery odczuwa szczególnie dotkliwie młode pokolenie Polaków. Usunięcie tych barier, dzięki zmianie władzy, bolesne dla nielicznych, będzie pożyteczne dla większości.

Obywatelski gniew

Czynnikiem niemierzalnym, trudno uchwytnym, ale może nawet decydującym o tym przebudzeniu obywatelskim jest „pracująca” w Polakach, trauma smoleńska. W pewnym momencie przewaga medialna tak rozochociła włodarzy mediów głównego nurtu, że uwierzyli w skuteczność propagandy i swoją siłę w kontrolowaniu oraz nadawaniu kierunku społecznym emocjom, że można ludzką psychiką manipulować do woli, tak jakby Polacy nie byli narodem, ale wykorzenioną masą. Przypomnę zabiegi „ekspertów” od narodowej psychiki, apelujących w związku z tragedią smoleńską, że „czas skończyć z tą żałobą”. Jako wielce wymowny przykład przypomnę obrzydliwy spektakl „Mama Madzi”, którym jak się zdawało żyła cała Polska uwikłana w tę psychodramę. Chodziło w tym o masowe zgłupienie. Prostacki sentymentalizm serwowany z mediów miał przez swoją kiczowatą naturę umacniać władzę „partii miłości”, czyli PO. Tragedia smoleńska wykopała trudny do zasypania rów. I jako upokorzenie narodowe jest obecna, także w głowach tych, którzy usiłują pamięć o niej wyrzucić ze świadomości. Wielokrotnie w rozmowach z przyzwoitymi ludźmi, niekoniecznie zwolennikami PiS-u, gdy pojawiał się ten temat, można było zauważyć irytację przemieszaną z lękiem. Wiadomo jednak, że wyparcie prawdy niczego nie załatwia. Ten rów wykopała elita PO i PSL-u, która godziła się na rosyjski dyktat w kwestii prowadzenia śledztwa i dała zgodę na gigantyczne manipulacje medialne nie tylko w tej kwestii. Takie manipulacje miały przykrywać nieczyste sumienie i afery obozu rządzącego, jak i zastąpić debaty o rzeczywistych problemach Polaków. Klasa polityczna z PO i jej akolici zaczęli hołubić swoje poczucie wyższości wobec niedorastającego do ich wizji społeczeństwa. Kto występował przeciw nim, stawał się automatycznie populistą. Młyny „przemysłu pogardy” pracowały na pełnych obrotach od 2005 r. A jaka to jest klasa, odsłoniła teraz afera taśmowa. I zaczęła ona rozmawiać tylko we własnym gronie. Wąskie grupy wybranych antypisowskich profesorów od nauk społecznych, publicystów i dziennikarzy, delektując się swoim intelektualnym żargonem, pogrążały się coraz bardziej w doktrynerskich rozważaniach, mających jeden cel: zniszczyć opozycję. Przestano polemizować. Polemika zastąpiona została stygmatyzowaniem i nazywaniem inaczej myślących oszołomami. Zamiast pozbawionej emocji i ideologicznego zacietrzewienia analizy zachodzących procesów społecznych, mieliśmy do czynienia z atakami i oskarżeniami o faszyzm, ksenofobię, antysemityzm i populizm. Było więc wystarczająco dużo powodów do budzenia się oporu i społecznego sprzeciwu, powodów do obudzenia się populizmu.

Populizm a demokracja

Ten sprzeciw i opór jest w ocenie polityków i ekspertów obozu rządowego przejawem populizmu, a to grzech śmiertelny. Populizm jawi się jako szczególne zło, ponieważ jak kiedyś usłyszałem z ust polityka PO, odwołuje się do rewolucyjnej mentalności, do sądów ludowych. Demonizuje się populizm, wpisując go bezzasadnie w bolszewizm, ponieważ populizm jest ruchem, który przywraca godność polityczną obywatelowi wykluczonemu z polityki. Owszem, może być sygnałem narastania tendencji autorytarnych, ale w większym stopniu jest w tradycji zachodniej „paliwem” rewitalizującym liberalną demokrację. Niechęć elit do populizmu jest zrozumiała, jak i zabiegi mające na celu nadanie mu cech jednoznacznie pejoratywnych. Populizm w tej narracji jest demoniczny. Populizm wyznają ponoć ludzie sfrustrowani, nieudacznicy, którzy chcą tylko burzyć, a nie budować i nie mają za grosz szacunku dla elity. Projektowane ustawy o mowie nienawiści, które miały w pierwszym rzędzie niby chronić mniejszości seksualne i narodowe, to próby budowania instytucjonalnej tarczy dla rządzącej elity przed potencjalnym wybuchem właśnie populizmu. Populizm jest częścią demokracji. Podąża za nią jak cień, niekoniecznie jako zjawisko pejoratywne. Daje demokracji paliwo. Stanowi zabezpieczenie dla egalitaryzmu. Jego źródłem jest obywatelski gniew na arogancję władzy. Populizm, w tradycji amerykańskiej, jak zauważył Christopher Lasch, kładzie nacisk na zrównanie praw z obowiązkami, honoruje przywileje i status, które wynikają z osobistych zasług i uczciwości człowieka. Populizm wpływa na budowę wspólnot sąsiedzkich, a tym samym pozwala ludziom przekraczać ciasny horyzont uwarunkowań rodzinnych. Ale jednocześnie podkreśla znaczenie pracy dla dobra wspólnego. I co ważne, akcentuje konieczność zapewnienia podstaw ekonomicznych dla tradycyjnych wartości przez upowszechnienie drobnej własności. To PiS podczas swoich rządów 2005–2007 stworzył ludziom mechanizm pozwalający wykupywać po niskich cenach mieszkania spółdzielcze. W tym też znaczeniu PiS jest partią populistyczną. Populizm angażuje się na rzecz zasady szacunku. Bycie homoseksualistą czy transseksualistą, jak posłanka Grodzka, to stanowczo za mało, by zasłużyć na szacunek. Populizm broni prostych manier i prostej, jasnej mowy. Tytuły i inne symbole wysokiej rangi społecznej nie robią na nim wrażenia. Jest zatem tak rozumiany populizm autentycznym głosem demokracji. Zgodnie z pewnym uniwersalnym moralnym porządkiem na szacunek trzeba zapracować uczciwą, ciężką pracą i posiadaniem cnót. Jasne staje się zatem, dlaczego obecne elity rządzące nie znoszą populizmu i demagogicznie przypisują mu bolszewickie rysy.

 

 


Źródło:

Maciej Mazurek
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo