Budowanie wspólnoty

  

Państwo w żaden sposób nie powinno krępować swobody artystycznej twórców ani też powściągać żywiołowego rozwoju najrozmaitszych prądów i tendencji, choćby nawet skierowanych przeciwko jego stabilności i instytucjom. Może jednak i powinno bronić się w tej walce kulturowej, jednocząc obywateli wokół wspólnych celów i wartości.

Chciałabym zacząć moje rozważania od przypomnienia ważnej dla polskiej kultury rocznicy przypadającej w bieżącym roku, za kilka miesięcy, 19 listopada. Tyle że nie bardzo wiem, jak ją nazwać. Przed pół wiekiem, w roku 1965, czyli w pełnym rozkwicie PRL‑u, rocznicę tę obchodzono bardzo uroczyście jako 200-lecie Teatru Narodowego. Teraz jest inaczej. Ministerstwo Kultury celebruje „250 lat teatru publicznego w Polsce”. Ta podmiana słów i – oczywiście – sensów jest operacją całkowicie świadomą i celową, czego nie kryją jej pomysłodawcy.

„Obciążenie”, „drobnomieszczaństwo”

Maciej Nowak, były dyrektor Instytutu Teatralnego koordynującego obchody, otwarcie wyznał w rozmowie przeprowadzonej przez Mike’a Urbaniaka, opublikowanej w „Notatniku Teatralnym”: „Uważam za wielki sukces, a starałem się o to bardzo […] że przy okazji tego jubileuszu udało się, przed sejmową uchwałą, podmienić »narodowy« na »publiczny«”. Dalej wyjaśnił: „Współcześnie tradycyjne rozumienie kwestii narodowych jest obciążeniem, odwołaniem się do drobnomieszczańskiej obyczajowości”.

Z kolei prof. Dariusz Kosiński, obecny wicedyrektor Instytutu Teatralnego i autor rocznicowej eksplikacji, twierdzi, że termin „publiczny” jest stosowniejszy jako bardziej „inkluzywny”: „Zadaniem i celem organizatorów jubileuszu teatru publicznego nie jest bowiem rozdawanie certyfikatów narodowości i polskości ani jakichkolwiek innych certyfikatów”.

Nie miejsce tu, by roztrząsać zakres semantyczny obu pojęć, pozostańmy zatem przy stwierdzeniu, że nie są to synonimy, że terminy te nie są ani tożsame, ani wymienne.

Sprawa zbulwersowała część środowiska teatralnego, stała się przedmiotem burzliwej dyskusji na łamach miesięcznika „Teatr” pt. „Narodowy czy publiczny?”. Jeden z dyskutantów, Patryk Kencki, napisał tam: „Jedni będą świętować jubileusz teatru publicznego w Polsce, inni polskiego teatru publicznego. Korzystając z demokratycznych tradycji, ogłaszam moje liberum veto wobec tych jubileuszy. 19 listopada zamierzam obchodzić 250-lecie powstania sceny narodowej”. Tym samym uroczystość, która mogłaby Polaków łączyć wokół wspólnej, świetnej i chlubnej tradycji, stała się zarzewiem sporów i podziałów.

Działać na rzecz wspólnoty

Wspominam o tym, ponieważ ta sytuacja dobrze ilustruje różnice między obecnym pojmowaniem polityki kulturalnej państwa, a tym, które należałoby postulować na przyszłość. Celem takiej polityki nie powinna być, widoczna tu gołym okiem, wola rekonstrukcji odziedziczonej tradycji zgodnie z wzorcami współczesnej poprawności politycznej, która reedukuje zacofanych Polaków do postnowoczesności, bo jest to przedsięwzięcie – siłą rzeczy – bardzo konfliktogenne. Cel należałoby zdefiniować zupełnie inaczej, a mianowicie jako umacnianie nadwerężonych i wciąż kruszejących więzi wspólnotowych. Państwo jest instrumentem wspólnoty politycznej, toteż nie powinno działać przeciwko niej, lecz w jej interesie. Z kolei wspólnota polityczna powstaje na gruncie czytelnie zdefiniowanej tożsamości – w nowożytnej Europie przeważnie na gruncie tożsamości narodowej – toteż instytucje państwowe powinny tę tożsamość pielęgnować, a przynajmniej nie działać na rzecz jej rozchwiania bądź anihilacji.

Kultura jest bardzo silnym czynnikiem wspólnototwórczym i mało który naród przekonał się o tym równie dobitnie jak Polacy. Aby mogła spełniać tę rolę, potrzebne jest oczywiście dość powszechne w niej uczestnictwo, dlatego jednym z kardynalnych założeń programu PiS‑u jest „szeroki dostęp do polskiego dziedzictwa narodowego”, warunkowany przez podtrzymywanie i rozwój instytucji pośredniczących, to jest sieci lokalnych stowarzyszeń i klubów dyskusyjnych, kin i teatrów (także amatorskich), bibliotek, domów kultury etc. Nieocenionym narzędziem rozszerzania owego dostępu jest obecnie internet, zatem kwestię pierwszorzędnej wagi stanowi konsekwentny wysiłek digitalizacji zasobów kultury. Wysiłek podjęty już w latach 2005–2007 i – dodajmy uczciwie – kontynuowany pod rządami Platformy Obywatelskiej, ale – jak to zwykle bywało w ciągu ostatnich ośmiu lat – niefrasobliwie poniechany w obliczu pierwszych trudności. Nieudany „projekt założeń projektu ustawy o otwartych zasobach publicznych”, słusznie oprotestowany przez twórców, został ponad dwa lata temu zarzucony jako wizerunkowo niewygodny. Te prace trzeba wznowić we współpracy ze środowiskiem artystycznym, zmierzając do łagodzenia prawa autorskiego ze względu na dobro odbiorców, ale przy poszanowaniu interesów twórców. Ministerstwo Kultury mogłoby pełnić w tej kwestii rolę negocjatora rozsądnego kompromisu.

Mądry mecenat

Jednakowoż „szeroki dostęp”, czyli możliwość uczestnictwa, a uczestnictwo – to dalece nie to samo. Możliwość nie wystarczy. Potrzebna jest także, mówiąc językiem XIX-wiecznej pracy u podstaw, „zachęta” albo – operując współczesnym slangiem – promocja. Dlaczego? Wspomniany wyżej internet doskonale obrazuje problem. Cóż stąd, że na znakomitym portalu Polona, uruchomionym przez Bibliotekę Narodową, będzie można znaleźć komplet polskiej klasyki literackiej, skoro internauci skorzystają z sieci, aby obejrzeć raczej zdjęcia nowego biustu Angeliny Jolie niż fotokopię pierwodruku „Trenów” Kochanowskiego? Jeśli będą śledzili raczej losy bohaterów brutalnego komiksu „Amen” – „o klechach”, jak się go poleca w internecie – niż perypetie postaci z Trylogii czy „Lalki”? Sieć oferuje nieprzeliczone bogactwo treści, tak jak współczesny świat oferuje morze rozmaitych narracji, symboli, mód, identyfikacji. Powoduje to dezintegrację tradycyjnych, hierarchicznie uporządkowanych modeli kultury, zerwanie ciągłości – i tym samym funkcjonalności – wspólnego kodu kulturowego, zalew chaosu.

Żeby zmniejszyć dezorientację odbiorców, nakłonić ich do wyboru propozycji wzmacniających polską wspólnotę, trzeba stworzyć narzędzia waloryzacji i selekcji oferty kulturalnej, tj. starannie przemyślany system konkursów, stypendiów, nagród, grantów i priorytetów, które nie są – jak teraz – przypadkowym rezultatem partyjnych upodobań i koteryjnych nacisków, ale wyrazem świadomej, dalekowzrocznej koncepcji ochrony polskiej spuścizny duchowej i promocji własnej kultury. Zwłaszcza kultury wysokiej, która na współczesnym targowisku artystycznej próżności sprzedaje się najgorzej, chociaż to ona przede wszystkim jest depozytariuszem tworzonego na przestrzeni stuleci polskiego imaginarium, zdolnym ocalić pamięć o jego zasobach i zarazem czerpać z nich inspirację, wykorzystać je ku pożytkowi współczesnych i przyszłych pokoleń.

Państwo w żaden sposób nie powinno krępować swobody artystycznej twórców, ani też powściągać żywiołowego rozwoju najrozmaitszych prądów i tendencji, choćby nawet skierowanych przeciwko jego stabilności i instytucjom. Może jednak i powinno bronić się w tej walce kulturowej, jednocząc obywateli wokół wspólnych celów i wartości, wspierając działania i zjawiska integrujące wspólnotę, nie zaś te, które ją od wewnątrz rozsadzają i niszczą.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl