Nasze labradorki Putina

  

Gdy Jerzy Stuhr w bezczelny sposób atakuje film „Smoleńsk”, a w tym czasie jego syn Maciej występuje w roli twardziela, przypominającego młodego Putina, w rosyjskim serialu „Bezsenność”, nie udawajmy, że wszystko jest w porządku. Wyrok skazujący wydawcę „Gazety Polskiej” za to, że zaszkodził dwóm filmowcom, sugerując ich związki z filmem o Marcie Kaczyńskiej, obnaża skalę patologii w instytucjach zajmujących się kulturą.

„Mogę jeszcze zrozumieć, dlaczego rosyjska telewizja jest tak służalcza wobec Putina. Ale nie mogę pojąć, dlaczego tak samo traktuje jego labradora” –

powiedział kilka lat temu Eduard Sagałajew, szef rosyjskiego Narodowego Stowarzyszenia Wydawców Telewizyjnych. Sprawa pozwu za umieszczenie nazwisk w sentymentalnym filmie o córce prezydenta, który zginął w Smoleńsku, pokazuje, że skala konformizmu w polskiej kinematografii wydaje się sięgać opisanego przez Sagałajewa stanu.

Mentalna kapitulacja dziennikarzy

Czasem, by lepiej zrozumieć rzeczywistość dziejącą się na naszych oczach, dobrze jeszcze raz przeczytać teksty sprzed paru lat. „I śmieszno, i straszno. Putinizm w mediach i kulturze” – tak w 2009 r. swój tekst w „Nowym Państwie” zatytułował Antoni Rybczyński.

To było przed Smoleńskiem, Rybczyński pisał o Rosji. Dziś widać, że opisał także Polskę, tylko że nie z roku 2009, ale z 2015. „Fenomen putinizacji rosyjskich mediów nie sprowadza się tylko do ręcznego sterowania telewizją […]. Największym problemem rosyjskich mediów jest zaś autocenzura, mentalna kapitulacja przytłaczającej większości dziennikarzy i wydawców” – czytamy.

Jak pisze autor, ta autocenzura jest czymś znacznie gorszym od wszelkich formalnych zakazów:

„Autocenzurze podlega właściciel medium, bo jego biznes w znacznym stopniu zależy od państwa i stosunków z urzędnikami. Autocenzurze poddaje się też naczelny, bo zależy mu na utrzymaniu stanowiska. Niżej są zaś redaktorzy działów i szeregowi dziennikarze, którzy dostosowują się do warunków gry”.


Dalej Rybczyński opisuje plan zdjęciowy filmu „Spaleni słońcem II”, gdzie na krzesełku reżysera siedzi... Władimir Putin. Film jest ważny dla władzy i bardzo drogi, więc musi być reżyserowany przez Nikitę Michałkowa:

„Co prawda to nie ZSRS i centralnego sterowania kinematografią nie ma, ale za to są artyści, którzy wiedzą, że zdobędą państwowe wsparcie (czytaj: pieniądze) dla ich filmów, tylko jeśli będą promować poglądy władzy”.


Autor pokazuje, jak ten stan mediów powoduje, że władza może bezkarnie mordować dziennikarzy – Annę Politkowską, Anastazję Baburową, Pawła Chlebnikowa i dziesiątki innych.

Jeśli nie jesteśmy dziś w takiej sytuacji, jak dziennikarze w Rosji Putina, to dzięki niezależnym mediom i internetowi. Natomiast putinizacja mediów oficjalnych, w tym w szczególności polskiego filmu, idzie zgodnie z planem.

Między dziennikarzami mediów wolnych a establishmentowymi pogłębiła się mentalna bariera. Zachowanie, które w naszym świecie jest sk…syństwem nie do pomyślenia, w ich świecie jest czymś naturalnym i oczywistym.

Guzy na głowie i mokro w butach

Kto pamięta z dzieciństwa dobranockę o Misiu Uszatku, ten wie, że kończyła się ona pouczającą pogadanką wygłaszaną przez misia w piżamce. Jeden z odcinków, zatytułowany „Parasol”, kończył się słowami:

„Przecież to takie proste: Mamy trzeba słuchać. Inaczej ma się guzy na głowie i mokro w butach. Dobranoc”.


Jan Strękowski i Paweł Banasiak jak Mamę postanowili potraktować Polski Instytut Sztuki Filmowej. Przypomnijmy, że w ich sprawie poszło o to, iż po 10 kwietnia postąpili nierozsądnie – jako przedstawiciele Polskiej Kroniki Filmowej nagrali wypowiedzi Marty Kaczyńskiej po śmierci jej rodziców. Zapewne moment historyczny osłabił ich czujność oraz instynkt samozachowawczy. Być może parę tygodni później, po rozwinięciu się konfliktu o pochówek na Wawelu, nie zrobiliby już tego błędu?

Niestety, zdjęcia powstały i prawa do ich wykorzystania kupił producent filmu „Córka”, Niezależne Wydawnictwo Polskie. Dlatego umieścił na okładce płyty ich nazwiska. Panowie uznali, że niektórzy mogli wywnioskować, iż odpowiadali za realizację całego filmu. Jak zeznali filmowcy „wymienienie ich wśród twórców filmu odebrało im niektóre możliwości zawodowe” i „w konsekwencji m.in. nie otrzymali dofinansowania od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na film o Misiu Uszatku”.

Jak zachowałby się wolny dziennikarz, który w PISF dowiedziałby się, że nie dostanie pieniędzy na Misia, bo jego zdjęcia wykorzystane zostały w filmie „Córka”? Myślę, że co bardziej krewki dałby bezczelnemu urzędnikowi z PISF zwyczajnie w gębę.

PISF nie jest prywatnym biznesem, lecz instytucją państwową, utrzymywaną z naszych podatków, której cele określa ustawa. Jeśli urzędnik faktycznie wykorzystywał swoją pozycję do politycznej zemsty za wzruszający film o córce prezydenta, który zginął, powinien zająć się nim prokurator.

Mniej krewki dziennikarz mógłby wytłumaczyć panu urzędnikowi, że jest zwyczajnie bardzo niemądry. Wyjaśnić mu, jak działa Polska Kronika Filmowa, że żyje m.in. ze sprzedaży praw do własnych materiałów. I on tylko wykonał konkretne zadanie, a dalej wszystko poszło własnym biegiem. Gdyby ów urzędnik nie powstrzymał się od represjonowania filmowca, ten, jako wolny człowiek, nagłośniłby jego skandaliczne zachowanie.

Jednak panowie Strękowski i Banasiak woleli – jak owa „przytłaczająca większość” dziennikarzy w państwie Putina – „mentalnie skapitulować”. Uznali, że buntowanie się spowoduje, iż – mówiąc Uszatkiem – będą mieli tylko „guzy na głowie i mokro w butach”.

Rechot salonu

Zamiast pozwać urzędnika, który – jeśli mówią prawdę – zachował się jak bandzior, postanowili zawrzeć z nim sojusz, bo bandzior jest silny. Przeciwko komu? Przeciwko tym, którzy mentalnie nie skapitulowali i ratują honor polskiego dziennikarstwa, zajmując się sprawami, za które się obrywa. Przede wszystkim – finansowo.

Niektórych zdziwiło, że jednym z pozywających wydawcę „Gazety Polskiej” jest właśnie redaktor Strękowski, opozycjonista i redaktor podziemnej prasy z czasów PRL, do tego jeszcze w pierwszej połowie lat 90. dziennikarz i redaktor „Tygodnika Solidarność”.

A może to właśnie dlatego, że Strękowski musi uwiarygodnić się bardziej niż inni? Zwyczajnie, jako człowiek, który zrobił w swoim życiu parę dobrych rzeczy, jest dla rozdających karty w III RP niepewny, traktowany jak ubogi krewny, któremu z łaski proponuje się resztki z pańskiego stołu. Może dlatego w jego zapewnienia, że znalazł się w tym filmie przypadkiem, nie do końca uwierzono. A sprawdzać, jak było naprawdę, nikomu się nie chciało, bo kto by się przejmował tak mało znaczącą w establishmencie postacią.

A może jednak ktoś zaprosił go na przesłuchanie? Upokarzająco wypytywano, czy na pewno wierzy, że w Smoleńsku nie było zamachu, a śledczy od Putina przetrzymujący wrak i czarne skrzynki są wiarygodni? Zapytano, czy jako były redaktor związkowego pisma na pewno zadowolony jest z tego, że była ubecja ma w Polsce wielkie majątki, a bohaterowie pierwszej Solidarności umierają w biedzie? A może spytano, czy przypadkiem nie kieruje się w tych sprawach sumieniem, a nie, jak każdy normalny człowiek, zyskiem?

W tej zmyślonej przeze mnie wizji widzę Strękowskiego jak gorączkowo, nerwowo, nieszczerze tłumaczy się, że w zamach wierzą tylko wariaci, biedni są w Polsce nieudacznicy, a z sumieniem nigdy nie miał nic wspólnego, nawet w opozycyjnej działalności chodziło mu o to, żeby dorwać się do władzy.

A naprzeciwko siedzą popijające whisky, spasione, wyperfumowane bydlaki i rechoczą do rozpuku po każdej odpowiedzi dawnego wroga. Gieroj, dostaniesz kasiorę, tylko jeszcze tych, jak sam mówisz, psycholi z „Gazety Polskiej” pozwij do sądu. Załatwimy ich! Pozwiesz, mołodiec?! Poklepują go: jesteś, biedaku, nasz przyjaciel, napij się z nami. Tyle moja zmyślona wizja.

Sędzia Kubczak i prokurator Czajka

Sędzia Magdalena Kubczak wyceniła krzywdę obu gentlemanów, posądzonych niesłusznie o praktykowanie w smoleńskiej sekcie, na 60 tys. zł. Niewątpliwie gdyby sędzia Kubczak żyła w Rosji, były minister sprawiedliwości Federacji Rosyjskiej Jurij Czajka wyraziłby uznanie dla jej pracy. A może nawet Czajka, nadzorujący śledztwa w sprawie śmierci Politkowskiej, Litwinienki oraz Smoleńska, zarekomendowałby ją do jakiegoś wysokiego odznaczenia?

Zapewne dla gwiazd dziennikarstwa, które mentalnie skapitulowało, 60 tys. to nie tak dużo. A dla sędzi Kubczak? Nie mam pojęcia, być może sporo. Wiem natomiast, że nie byłoby to dużo dla jej kolegi po fachu, sędziego Janusza K. z Kościerzyny, który niedawno skazany został za łapówki w wysokości 140 tys. zł.

Tymczasem dla mediów niezależnych, które nie dostają reklam od rządu oraz biznesu robiącego z rządem interesy, a mimo to próbują wiązać koniec z końcem i płacić swoim autorom, to kwota olbrzymia. Szczególnie jeśli doliczyć do niej koszty m.in. zasądzonych dodatkowo przeprosin na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej”.

Stuhr – twardziel na miarę Putina

Szczególna rola PISF w obronie rosyjskich interesów w Polsce powinna zostać poddana dokładnej analizie. Sprawa panów Strękowskiego i Banasiaka nie jest jedyna. Wcześniej były aroganckie, bezczelne wypowiedzi Jerzego Stuhra w sprawie filmu „Smoleńsk”, któremu PISF odmówił dotacji. Pytany przez Monikę Olejnik, czy zagrałby u Antoniego Krauzego, odpowiadał:


„Jakby mi zaproponował film kłamliwy historycznie, to oczywiście że nie. […] ja zawsze miałem zasadę i utrzymuję tę zasadę, że nigdy nie wystąpię w widowisku kłamliwym historycznie i nihilistycznym”.


Czy ktoś zwrócił w ogóle uwagę, że syn Stuhra zarabia w tym czasie u Putina, bo tym de facto jest praca w rosyjskim filmie? I to w wyjątkowej roli. Reżyser Marek Mos mówił o niej w „Super Expressie” tak:

„Jakbym nie wiedział, kim on jest, tak jak zapewne większość Rosjan, to bym pomyślał, że to taki »syn Putina« […]. Władimir też się lansuje na twardziela, a wygląda bardzo przeciętnie. Obaj mają pociągłą twarz, łysieją, są blondynami. Baaaardzo dużo podobieństwa. Może właśnie stąd Rosjanie są zachwyceni Maćkiem i zatrudniają go, bo widzą w nim takiego Władka za młodu”.


Jest absolutnie niezbędne, by widz, patrząc na prorosyjskie wypowiedzi Daniela Olbrychskiego czy Michała Żebrowskiego, miał przed oczami kwoty, jakie zarobili oni w Rosji. U tego samego Putina, który napadł na Ukrainę czy mordował w obozach koncentracyjnych tysiące Czeczenów – bo żadnych dwóch Putinów nie ma. Cenzurowanie prawdy o katastrofie smoleńskiej zaś jest dokładnie tym samym, co niegdyś zakłamywanie prawdy o Katyniu.

Jeśli tak działa polska państwowa instytucja, to zasadne wydaje się rozpoczęcie dyskusji o likwidacji PISF, reliktu czasów afery Rywina. Przypomnijmy, że jest to dzieło Waldemara Dąbrowskiego, ministra kultury w rządzie Leszka Millera. Wylansowanych aktorów mamy, jakich mamy, ale niekoniecznie należy im dawać prawo do dysponowania naszymi pieniędzmi. To dopiero będzie wrzask, gdy ktoś spróbuje ich tych przywilejów pozbawić.

 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl