Powrót obywateli?

W marcu 2009 r.

W marcu 2009 r. Donald Tusk rzucił z trybuny sejmowej w stronę posłów pisowskiej opozycji zdanie, że jeśli nie włączą się w nurt modernizacyjny pod kierunkiem PO, to wymrą jak dinozaury. Platforma była na fali powodzenia, a Tusk mówił, że PO nie ma z kim przegrać.

Przywołuję tę sytuację nie z powodu triumfalizmu, przed którym należy przestrzegać, aby nie stać się lustrzanym odbiciem politycznych przeciwników, ale po to, żeby wskazać, jak krótkowzroczne, świadczące o braku wyczucia materii historycznej i politycznej były to słowa.

PiS jest ugrupowaniem, które realizuje politykę republikańską. Jej bardzo ważnym elementem jest duma. To zaś jest poza horyzontem intelektualnym elit z PO i PSL-u.

Duma i honor

Intuicyjnie wyczuwały one jednak, że jakiś rodzaj kastracji tego elementu polskiego uposażenia pozwala na umacnianie pozycji oligarchii i pozbycie się kłopotu w postaci aktywnych obywateli. Operacja odpolityczniania społeczeństwa była warunkiem trwania u władzy już nieprzerwanie. I takie zakusy autorytarne się pojawiły. Odpolitycznienie oznacza uśpienie dumy jako elementu polityki.

W 2006 r. ukazała się książka Petera Sloterdijka „Gniew i czas”. Niemiecki filozof wykazał się znakomitym słuchem społecznym. Przewidział zjawiska, które ujawniły się w dobie kryzysu w Europie po 2008 r. Często silniej w krajach, z punktu widzenia Niemca peryferyjnych. „Zapóźnienie” względem Zachodu niekoniecznie musi być wadą. Resztki sfery publicznej zachowane w Polsce, chociażby w kręgu promieniowania wpływów Kościoła katolickiego, mogą być punktem wyjścia do jej odbudowy. Otóż „premia za odpolitycznienie” nie była wystarczająco usypiająca swoją atrakcyjnością i nie była tak długo serwowana Polakom, jak to miało miejsce na Zachodzie. Biedniejsze peryferia niekoniecznie muszą chcieć płynąć w głównym nurcie, gdy ceną za dobrobyt, który i tak jest iluzoryczny, jest likwidacja tego, co w człowieku polityczne, to znaczy obywatelskiej dumy. Jakość życia nie zależy tylko od stopnia zamożności. Niecałe polskie społeczeństwo i jego elity chcą uznać za swoją filozofię płaski pragmatyzm i utylitaryzm, okraszony często cynizmem. A tego domagają się neoliberałowie, niezdolni do przekroczenia swojego ograniczonego horyzontu mentalnego. Starożytni Grecy dostrzegli w ludzkiej naturze zarówno element pragnienia (eros), jak i dumy. Rządzące elity zadowalają się uproszczoną interpretacją ludzkiej psyche w kategoriach libido lub jego braku – i wynikającej zeń żądzy posiadania. W kwestii dumy i honoru od ponad stu lat humanistyka ma niewiele do powiedzenia – zauważył Sloterdijk.

Grilluj i nie myśl!

Neoliberalne elity są tak pewne swojej mądrości, przekonane, że są narzędziem jakiegoś hipotetycznego ducha dziejów, że nie rozumieją znaczenia czegoś tak „archaicznego” jak duma i honor w polityce i w życiu. Rozmowa o tych rzeczach z nimi, to jak rozmowa ze ślepym o kolorach. Przypomnijmy kontekst, w którym zrodziła się idea odpolitycznienia Polaków. Gdy Tusk wypowiadał przywołane tu słowa w Sejmie, trwał reset w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, skala potencjalnych interesów Zachodu z Rosją zapowiadała trwałe relacje na wiele długich lat. Grupa państw z Partnerstwa Wschodniego była marginalizowana. Szykował się wielki euroazjatycki układ gospodarczy od Władywostoku do Lizbony. To, że w Rosji dyktatura, technokratycznych elit europejskich nie zrażało. Jasno definiowano główny nurt, w którym Polska była krajem podporządkowanym interesom europejskich potęg, głównie niemieckim.

Prezydent Komorowski wzywał Polaków, aby pomogli Rosjanom się modernizować. Wszystko to obóz rządowy przedstawiał jak zapowiedź nowej ery. Karmiono Polaków obietnicą raju, który miał się zmaterializować dzięki funduszom Unii Europejskiej. Mistrz iluzji, Harry Potter polskiej polityki Donald Tusk stworzył wizję świata pozbawionego realnych konturów, świata prosperity, w którym grille nigdy nie gasną, a piwa nigdy nie zabraknie. Narracja była mniej więcej taka: „tylko my rozumiemy świat nowoczesny, bo jesteśmy Europejczykami pełną gębą w przeciwieństwie do tych strasznych katolickich talibów, a ty, Polaku, zaufaj nam, bo my wiemy, jak urządzić świat. Nie myśl zanadto, bo to męczące, i głosuj na nas”. Sondaże dające zdecydowaną przewagę „modernizatorom” z PO zdawały się potwierdzać słuszność kierunku jedynego z możliwych! Obóz IV RP traktowano jak rodzaj anomalii, kłodę, która stanowi przeszkodę dla nieuchronnego postępu. Zaczęto używać rasistowskiego języka. Tragedia smoleńska została wpisana w narrację, że jakoby taka jest okrutna cena działań irracjonalnych, za które winę ponosi anachroniczne, żyjące w iluzjach przeszłości, moherowe PiS. Urządzono Euro 2012, które przedstawiano jako epokowe wydarzenie. Miała rządzić zasada: „Chleba i igrzysk”. Masaż konsumpcyjny, jaki oferuje kultura masowa, w którym wszystko ma się kojarzyć z seksem, miał skutecznie odpolityczniać społeczeństwo, bo polityka, jak twierdził Donald Tusk, przeszkadza budować mosty. W „fajnej” Polsce nie miało być polityki. A wszystkie działania, które niszczyły tradycyjne instytucje, takie jak rodzina czy edukacja, były popierane – osłabiano siły „wstecznictwa”. Drugi wybitny iluzjonista polskiej polityki prezydent Komorowski, gdy trzeba, był katolikiem, a gdy trzeba, zwolennikiem gender. Nawiązywał do mistrza logiki paradoksalnej Lecha Wałęsy, który był za, a nawet przeciw.

Na ratunek republice!

Widząc skalę tych manipulacji i ich skuteczność, można było popaść z zwątpienie. Ale po 10 kwietnia, po chwilowym szoku następowało stopniowe budzenie się ze stanu uśpienia.

PO i jej akolici, w tym „ludowa partia chłopska” PSL, która podobnie jak WSI, z całym dobrodziejstwem inwentarza wkroczyła w III RP, nie brały pod uwagę obywateli jako podmiotu polityki. „Właściciele” Polski wmawiali Polakom, że można im oszczędzić uczestnictwa we władzy dzięki najlepszym kwalifikacjom decydentów. Te „kwalifikacje” odsłoniła afera taśmowa. W sytuacji gdy republika została wydana na łup złodziei, gniew, który jest pochodną dumy jako niezgody na szachrajstwa, został „obudzony” i to tłumaczy wynik wyborów prezydenckich. Język pogardy doczekał się odpowiedzi w postaci obciachu jako znaku firmowego PO i PSL.

Skala wyborczego sukcesu Pawła Kukiza jest znakiem degeneracji władzy PO i PSL.

Rozbrajająca jest bezradność polityków obozu rządzącego, gdy przychodzi im zmierzyć się z publicznymi wyrazami dumy, tego zapomnianego składnika ludzkiej duszy. Nie udało się w Polsce mimo wielkiego wysiłku usłużnych mediów i zabiegów władzy zneutralizować politycznego wpływu obywateli, ponieważ nie uwzględniono w rachunku dumy obywatelskiej. Oto nagle na scenie pojawił się pewny swego, nieźle poinformowany obywatel, który nie zapomniał, co znaczy myśleć i współdecydować, a także wyrażać gniew. Byłemu marszałkowi Sejmu Radosławowi Sikorskiemu to zjawisko kojarzy się z „pełzającym zamachem stanu”, a Adam Michnik nazywa swoich przeciwników gówniarzami. Ale te wypowiedzi nie wymagają już żadnego komentarza.

 

 


Źródło:

Maciej Mazurek
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo