Wojna kulturowa jako zasłona dymna

Można z dużą dozą pewności stwierdzić, że obecny układ władzy bardzo się postara, aby główna oś walki politycznej w ramach kampanii parlamentarnej miała charakter światopoglądowy.

Można z dużą dozą pewności stwierdzić, że obecny układ władzy bardzo się postara, aby główna oś walki politycznej w ramach kampanii parlamentarnej miała charakter światopoglądowy. Bój z „opresją”, jaką może nieść Kościół katolicki, gdy zwycięży PiS, będzie motywem przewodnim świata postępu walczącego ze światem zabobonu i średniowiecza.

Kampania merytoryczna, bez ideologii, mogłaby ujawnić, kto tak naprawdę jest nowoczesny i racjonalny, a kto popadł w ideologiczną obsesję.

Odrzucić kulturę!

Ten sposób walki ma oczywiście przykryć stan naszego kraju po ośmiu latach rządów ludzi reprezentujących Polskę racjonalną i postępową. Rozpętanie religijnej wojny wydaje się jedynym sposobem mobilizowania większych grup społecznych, gdyż w dobie zaniku sfery publicznej, ostatnim paliwem z którego można budować jakąś ideologię przeciw temu, co patriotyczne i narodowe, jest antyklerykalizm i chrystianofobia. Na zachodzie Europy lewica pierwszą rundę tej wojny kulturowej i religijnej wygrała. Orężem zasadniczym w tym starciu jest kultura, a w szczególności sztuka. Jest to sztuka, która żywi się antyreligijnym resentymentem, jest krytyczna wobec wszystkiego, co niesie tradycja. I tylko taka sztuka jest cool. Modelowym przykładem takiej działalności ideologicznej było wystawienie „Golgota Picnic”. Ta wojna z tradycyjną kulturą Zachodu toczy się od lat 60. ubiegłego wieku, od momentu, kiedy pojawiła się kontrkultura. Przedstawiciele Nowej Lewicy, zafascynowani Freudem i wyznający prymitywną wersję psychoanalizy, wyczytali u niego, że kultura to źródło cierpień, co jest prawdą, gdyż proces stawania się człowiekiem jest zadaniem trudnym. Lewacy znaleźli bardzo prosty i uniwersalny sposób, jak pozbyć się cierpienia. Odrzucić kulturę. To nic, że ten pomysł jest sprzeczny z intencjami Freuda, który był etycznym maksymalistą.

Obsesyjna chrystianofobia

Zatem chyba nieprzypadkowo Anda Rottenberg – osoba bardzo wpływowa w polskiej sztuce, promotorka postępu ideologicznego, która w Zachęcie jako jej dyrektor wystawiła dzieło Cattelana „Dziewiąta godzina” – była członkinią honorową Komitetu Poparcia Bronisława Komorowskiego. Promocja „dzieł”, których intencją jest niszczenie tego, co w religii dogmatyczne i ortodoksyjne, zdradza obsesję lewackich środowisk, które toczą wojnę religijną z dziedzictwem obecnym w Europie od dwóch tysięcy lat. Mogą przecież wobec tego dziedzictwa odnieść się z tolerancją, co zresztą sami postulują w imię pokoju i społecznej harmonii. Ta obsesja zdradza też zupełnie niezrozumienie religii. Religia jest zjawiskiem bardzo złożonym i nie można redukować jej do ideologii, jak się to powszechnie w kręgach lewackich robi, to świadczy tylko o strasznej ignorancji. Ale ten brak zrozumienia dla religii wynika z tego, że zachowanie lewackich elit europejskich ma parareligijny charakter. Pielgrzymują na biennale do Wenecji czy do Tate Gallery, gdzie pokazywana jest sztuka ujawniająca „niszczącą” człowieka tradycję, a zwłaszcza religię. Jest to obsesja wpływowej grupy, która zaraża swoim światopoglądem wszystkich, którzy chcą być „nowocześni”. Według jej przedstawicieli kto tego nie uznaje, ten jest ze średniowiecza. A „wspaniała” sztuka wyzwala zwykłego człowieka z opresji religii. 

Całość artykułu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

 

 


Źródło:

Maciej Mazurek
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo