Młodzi Polacy, dla których wzorem są Inka i rotmistrz Pilecki, zdecydują w tych dniach, czy na wybory ich pokolenia wpływ będzie miał idol z TVN, który flagę narodową wtyka w kupę i uważa, że „patriotyzm jest przymiotem ludzi małych i mściwych”. Odpowiedź nie jest wcale oczywista, bo Kuba Wojewódzki wyspecjalizował się w przekierowywaniu buntu młodzieży w kierunku bezpiecznym dla władzy.

„Temu służyć ma dzisiejszy udział Komorowskiego w programie Kuby Wojewódzkiego” – pisze Piotr Lisiewicz, autor artykułu na temat roli Wojewódzkiego w jutrzejszej „Gazecie Polskiej”. Jego obszerne fragmenty poniżej.

Kuba Wojewódzki wzrusza się rzadko, ale jednak czasem mu się to zdarza. Jedno z takich zdarzeń z czasów dzieciństwa wspominał następująco: „Kiedyś na akademii recytowałem wiersz o Gagarinie i sam się popłakałem ze wzruszenia”. Ale w starszym wieku wzruszyło go jeszcze bardziej, niż wiersz o pierwszym sowieckim kosmonaucie, spotkanie z postacią niemniejszego formatu. O kim mowa, za chwilę.

Na początku chcę jednak postawić tezę, że walka o młodych wyborców przed drugą turą wyborów prezydenckich będzie właśnie rywalizacją Gagarina z Żołnierzami Wyklętymi. Podstarzałych zawodowych manipulatorów z resortowych rodzin, których symbolizują nazwiska 62-letniego „Jurka” Owsiaka, syna milicjanta, oraz 52-letniego „Kuby” Wojewódzkiego, syna prokuratora. I elity najmłodszego pokolenia, która zdołała odrodzić w nim polskie tradycje patriotyczne. Ten pokoleniowy charakter starcia podkreślił Adam Michnik wypowiadając słowa „Nie oddajmy Polski gówniarzom”.

Będzie to też zderzenie dwóch mentalności. Tej zgodnie z którą słowo „patriotyzm” wymawia się, jak w programie Wojewódzkiego, z przekąsem, a wyrazem najbardziej hardcorowego buntu jest powiedzenie w obecności księdza „dupa”. Tej, która mówi za Wojewódzkim, że słowo „patriotyzm” „staje się niepotrzebnym gadżetem. Tandetnym kotylionem pasującym nawet do kominiarki i kastetu”.
I tej, która – z różnych pozycji i za pomocą różnych środków wyrazu, od książek historycznych po hip-hop - buntuje się przeciwko rządowi, TVN, „Gazecie Wyborczej” i politycznej poprawności.
By zrozumieć, kim jest pierwsza ze stron w tym starciu, wróćmy do wzruszeń Kuby Wojewódzkiego.

Wojewódzki o Tusku, czyli najbardziej uczciwym i porządnym polityku

4 grudnia 2005. Kuba Wojewódzki staje przed swoimi widzami i wygłasza bardzo nietypową dla swojego programu zapowiedź. Z poważną miną stwierdza: „Dzisiaj chciałbym wam powiedzieć coś bardzo, bardzo serio. Bardzo rzadko to robię”.

To „coś bardzo serio” to pean na cześć Donalda Tuska, bardziej lizusowski od wszystkiego, co kiedykolwiek wypowiedziano o tym polityku w mediach. Wojewódzki przemawia do młodych widzów nieufnych wobec polityków (uwaga, długi cytat!): „Urodziłem się w tym samym roku co Kazik Staszewski, Muniek Staszczyk czy Paweł Kukiz. I pierwszą zasadą od prawie 30 lat tego pokolenia są słowa, które śpiewał kiedyś Tomek Lipiński (z głośników słychać fragment refrenu „Nie wierzę politykom”). I pomyślałem sobie, że warto przez całe życie być wiernym tym słowom, słowom, które śpiewał Tomek Lipiński (z głośników ponownie „Nie wierzę politykom”). I po raz pierwszy spotkałem polityka, któremu spojrzałem w oczy i po raz pierwszy pomyślałem: kurczę, warto zaufać. Warto zapomnieć  tych słowach, które śpiewał Tomek Lipiński (z głośników znów: „Nie wierzę politykom”). Po raz pierwszy spotkałem człowieka, któremu podałem dłoń i pomyślałem sobie: warto, naprawdę warto. Ciekaw jestem, czy wiecie, co to za facet. (…) Postanowiłem go zaprosić z synem, bo to już stary człowiek, może być trochę zmęczony. Jeden nazywa się Michał, a drugi, niech zobaczę (zerknięcie do notatek) nazywa się Donald. Noszą to samo nazwisko. Brzmi ono „Tusk”. Wielkie brawa!”.

„Kuba” prosi Tuska o autograf na książce. Rozmawiają o tym, że Tusk płakał w kinie na „Królu Lwie”. Pod koniec programu wzruszony Wojewódzki wygłasza na temat lidera PO słowa, które brzmią dziś na tyle nieprawdopodobnie, że niektórzy mogą wątpić w ich autentyczność: „Kurczę, losy pana partii i pana kampanii pokazują, że chyba nie opłaca się jeszcze w Polsce być uczciwym człowiekiem. Owszem, macie 7 milionów ludzi za sobą, może więcej. Odnoszę wrażenie, że z każdym dniem będzie ich co raz więcej, ale czy naprawdę pana kariera w tych wyborach pokazała, że warto być uczciwym człowiekiem, warto być porządnym człowiekiem, dziś?”. (…)

Miłośnik Palikota chce agitować młodych patriotów

Czy mówił wówczas szczerze? Wykluczam taką możliwość. Wojewódzki wbrew temu, co mówią o nim niektórzy, nie jest idiotą. Ostatnie, o co można go podejrzewać, to naiwność. W czasie rządów poprzedniej partii Tuska - Kongresu Liberalno-Demokratycznego, czyli tzw. aferałów – Wojewódzki miał 28 lat. Wie doskonale, że autorzy słynnych prywatyzacji to ostatnie środowisko polityczne, które pomawiać można o uczciwość i „porządność”.

Wojewódzki wypowiadał słowa, które sam uważał za dyrdymały, bo jest specjalistą od kanalizowania buntu młodych w korzystnym dla władzy kierunku.

Od tamtych słów minęło 10 lat. W międzyczasie Wojewódzki zdążył być uczestnikiem kongresu założycielskiego Ruchu Poparcia Palikota (tak się to na początku nazywało). „Ignorancja to siła, i dzisiejsza klasa polityczna to wykorzystuje. Ja mam nadzieję, że Janusz to zmieni. Nie wiem czy on jest zbawicielem, nie wiem czy on jest konkwistadorem. Na pewno dla polskiej sceny politycznej będzie dopalaczem. I tego ci Janusz życzę” – reklamował szołmen.

Jest rok 2015 i Wojewódzki znów chce mieć wpływ na młodych-zbuntowanych. Tym razem chodzi o elektorat Pawła Kukiza. Ma go przekonać do poparcia Bronisława Komorowskiego. Niewykonalne? Przekonamy się niebawem.

W każdym razie zabrał się do sprawy profesjonalnie. Wojewódzki liczy, że pamięć jego mniej rozgarniętych widzów sięga najwyżej kilku tygodni wstecz. A w tym czasie zaprosił do siebie Korwin-Mikkego i Kukiza. I żartował z nimi, jakby głoszone przez nich poglądy nie były zaprzeczeniem o 180 stopni demonstrowanych dotychczas przez niego samego.

Gdy Wojewódzki zachęcał do głosowania na Pawła Kukiza, dokonał na pierwszy rzut oka trochę dziwacznego wtrętu „w pierwszej turze”. To wsparcie miało spowodować, by Duda ze znienawidzonego przez niego PiS-u nie zdobył ponad 40 proc. głosów, bo to by oznaczało przebicie z wielkim hukiem „szklanego sufitu”, który ograniczać ma wzrost popularności głównej opozycyjnej partii.
Ale słowa „w pierwszej turze” wymsknęły się Wojewódzkiemu, bo myślał już o drugiej. Celem zaproszenie Kukiza i Korwina było też przygotowanie dla siebie samego dogodnej pozycji do wsparcia Komorowskiego. Oto ja, kumpel Kukiza i Korwina, dam wam teraz jasny przekaz, że Duda to zaprzeczenie ich „fajności”, luzu, że to facet, co będzie wam zaglądać do łóżka i każe słuchać Radia Maryja.

Piszę te słowa z konieczności tuż przed programem Wojewódzkiego z Komorowskim. Taki jest cykl wydawniczy tygodnika. Ale przecież wiem, co w nim będzie, bo Wojewódzki jest przewidywalny, powtarzalny. Nie, nie będzie peanów jak w przypadku Tuska, to by było zbyt grubymi nićmi szyte. Będzie za to próba przedstawienia Komorowskiego jako polityka nie pozbawionego poczucia humoru, potrafiącego śmiać się z własnych wpadek i słabości.

I będzie straszenie Andrzejem Dudą. Straszenie potworem IV RP, ciemnotą, zaściankiem, wsadzaniem do więzienia. Duda okaże się straszny, ale i śmieszny – już w poprzednich programach Wojewódzki nazywał go „chomikiem” oraz kpił, że jest człowiekiem pechowym, który jeśli pojedzie do Rosji, to mu meteoryt spadnie na głowę. Że to bełkot? Nie szkodzi, jeśli może być skuteczny. Na tle straszno-śmiesznego Dudy, sympatyczny i niegłupi niezguła Komorowski jawić się będzie jako wybawienie.

Wojewódzki jest inteligentniejszy od Lisa

W tych dniach okaże się, czy ile elity najmłodszego pokolenia, za pomocą m. in. portali społecznościowych i niezależnych mediów, potrafią obronić swoich mało interesujących się polityką rówieśników przed obcą inwazją. Przed kutymi na cztery nogi profesjonalnymi manipulatorami, którzy identyczną robotę prowadzili już wobec wielu roczników młodych Polaków.

I – piszę tu także o porażce swojego pokolenia – niemal zawsze wygrywali. Potrafili nasycić popkulturę i rozrywkę przekazem wygodnym dla postkomunistycznego establishmentu tak silnie, że obóz niepodległościowy niemal zawsze był słabszy.

Daleko mi do tych, którzy nazywają Kubę Wojewódzkiego idiotą. Odwrotnie, twierdzę, że jego szoł jest o wiele bardziej inteligentnym narzędziem propagandy, niż łopatologiczny program Tomasza Lisa. W odróżnieniu od nadętego Lisa, podpierającego intelektualnie palcem podbródek, Wojewódzki ma poczucie humoru. A propagandę przemyca w formie strawnej dla nieznającego się na polityce widza. Przekaz ideologiczny wrzucony jest mimochodem pomiędzy zastępy pojawiających się w programie celebrytów.

„Pan Jerzy idzie, publiczność szaleje” – tak witał niegdyś w swoim programie Kuba Wojewódzki Jerzego Urbana, Goebbelsa stanu wojennego. (…)

Wojewódzki, Dmowski i 13-letni Hitler

By pokonać propagandę kreatorów polskiego szołbiznesu, z których Wojewódzki jest najważniejszym, trzeba najpierw zrozumieć, jaki jest ich rodowód, cele, zalety, kompleksy, strachy i słabości.

Wiele o tym rodowodzie dowiedzieć się można z książki „Resortowe dzieci”. Ale najbardziej obrazowo mentalność wyrastających w dobrobycie dzieciaków z komunistycznych rodzin pokazują ich zaskakujące pomyłki.

Podczas wywiadu z Andrzejem Dudą Justyna Pochanke pomyliła Rotę z pieśnią „Boże coś Polskę”. Dlaczego? Bo w komunistycznych domach obie te pieśni to część obcej tradycji, postrzeganej jako obciach.

Jedna z bardziej kuriozalnych podobnych pomyłek przytrafiła się Wojewódzkiemu. W 2012 r. w wywiadzie dla magazynu „Exklusiv” powiedział on: „Boję się słowa >>patriotyzm<. Kiedy naprzeciwko domu mojej mamy postawiono pomnik Dmowskiego, który słowo >>naród<< odmieniał przez wszystkie przypadki, to ścierpła mi skóra. Czytaliście >>Myśli nowoczesnego Polaka<<? On tam podjął się analizy fenomenu Hitlera, który robiąc porządek we własnym kraju, musiał wyrzucić z niego Żydów. Ten agresywny facet stoi sobie teraz naprzeciwko Łazienek Królewskich”.

Oczywiście, Wojewódzki bredził. Dmowski „Myśli nowoczesnego Polaka” opublikował w 1902 r., kiedy Adolf Hitler miał 13 lat, chodził do szkoły w Linzu i nie zdążył dokonać żadnego ze swych bezeceństw. Oczywiście Dmowski nie mógł wspominać o nim ani słowem.

Dlaczego inteligentny Wojewódzki tak głupio się pomylił? Bo jakiś tam Piłsudski czy Dmowski to są dla niego kompletnie obce tradycje. Wojewódzki piszący o Dmowskim jest jak wspomniana Pochanke myląca Rotę z „Boże coś Polskę”. Albo inna telewizyjna gwiazdeczka, która zakomunikowała niegdyś, że papież Benedykt XVI „odprawił Anioła Pańskiego”. Wkurzył go anioł, to i go odprawił precz. W diabły.
Trudno od resortowych dzieci wymagać, by znały tradycje, w których się nie wychowały, które pachniały dla nich w najlepszym przypadku naftaliną, a w gorszym bandytami z lasu, czyli faszyzmem, prawie Hitlerem.

Rozkaz z Moskwy: manipulować subkulturami

Skąd wzięła się koncepcja, by bunt młodzieży w państwach naszego regionu kontrolować za pomocą „oswajania” i odpowiedniego ukierunkowywania młodzieżowych subkultur?

To najsłabiej opisana część transformacji komunizmu. W 1988 r. Aleksander Oskin, I sekretarz Ambasady ZSRS w Polsce, udzielił wywiadu tygodnikowi „Zarzewie”. Oskin to postać niewątpliwie nietuzinkowa. „Trybuna” w latach 90. obwołała go „jednym z trzech wybitnych szpiegów radzieckich w Polsce”. Z nadania Moskwy „opiekował się” on polskimi komunistycznymi organizacjami młodzieżowymi.
W wywiadzie z 1988 r. mówił: „Sytuacja byłaby doskonała, gdyby 100 proc. młodzieży znalazło się w szeregach Komsomołu, do tej sytuacji powinniśmy dążyć, ale nie teraz, a być może w XXI wieku”.

Skoro pełen sukces nie był chwilowo osiągalny, doradzał on komunistycznym młodzieżowym organizacjom, jak postępować z kontestującymi grupami subkulturowymi, jak słuchacze punka i metalu. „Wyobraźmy sobie, że do komitetu Komsomołu przychodzi grupa muzyków i mówi: chcemy powołać klub heavy-metalowy”. Zdaniem Oskina może się zdarzyć, że za biurkiem w organizacji siedzieć będzie biurokrata, który nic w tej sprawie nie zrobi, co spowoduje, że muzycy zejdą na złą drogę: „Jeśli sami znajdą piwnicę, tworzą nieformalny klub »metalistów«, oklejają go plakatami, informacjami o zespołach, gromadzą płyty i nagrania. Nikt dokładnie nie wie, skąd to wszystko zdobywają. Słuchają muzyki z różnych źródeł. Na przykład zachodnich radiostacji. A te, wiedząc o muzycznych upodobaniach młodzieży, przeplatają muzykę tekstami czysto politycznymi”. By do tego nie dopuścić, należy „znaleźć z takimi grupami wspólny język” i „wypracować formy współpracy”.

Luzacka radiowa Trójka z lat 80., Rozgłośnia Harcerska z czasów końcówki PRL z Jerzym Owsiakiem i Kubą Wojewódzkim - to były produkty opisanej przez towarzysza Oskina sowieckiej strategii.
Wolnościowy klimat tych programów służyć miał dławieniu wolności. Uniknięciu zbliżenia między buntownikami a solidarnościowym podziemiem i zachodnimi rozgłośniami.

Ideologią tego środowiska stał się w już w latach 80. antyklerykalizm, i to w odmianie bardzo specyficznej. Punkowiec z Jarocina miał buntować się nie przeciwko sekretarzowi PZPR, a księdzu proboszczowi. Ewentualnie przeciwko obu, ale przeciwko księdzu bardziej, bo bliższa ciału koszula.
W PRL ten nurt – użyłem wobec niego niegdyś na łamach „Nowego Państwa” nazwy „owsiakizm-wojewódzkizm”, przez analogię do marksizmu-leninizmu - odniósł sukces w niewielkim zakresie, bo zomowiec bił owego punkowca, a proboszcz najwyżej mógł mu prawić kazania. Prawdziwy rozkwit przeżył dopiero w III RP, po 1989 r.

Antyklerykalizm, czyli kompleksy z podstawówki

Wiem, że dla dzisiejszych młodych powyższe to prehistoria. Ale wiedza o niej bardzo pomaga zrozumieć wydarzenia z roku 2015.

Główną metodą oddziaływania na młodych było wzbudzanie wśród nich nastrojów antyklerykalnych. Antyklerykalizm dawnych wieków miewał w sobie rys szlachetności. Często wiązał się z walką o prawa robotników czy nędzarzy. Kler postrzegał jako sojusznika klas uprzywilejowanych. Można, a nawet należało, odmówić takiemu antyklerykalizmowi racji, ale szlachetności – nie.

Cechą antyklerykalizmu reprezentowanego przez owsiakizm-wojewódzkizm jest całkowity brak tego rysu szlachetności. Powstał on na zamówienie totalitarnej władzy. Służyć miał obronie jej panowania. I niszczenia aspiracji biednych.

Nienawiść „resortowych” celebrytów do polskości ze szczególnym uwzględnieniem polskiej religijności wynika też z ich kompleksów z czasów podstawówki i szkoły średniej. Za Jaruzelskiego w swojej klasie byli w mniejszości, bo zdecydowana większość nienawidziła lub kpiła z komuny, czyli ich rodziców. Stąd ich nienawiść do tego wszystkiego, co odrodziła w Polakach w 1980 r. Solidarność. W tym także pogarda dla robotników, którzy byli głównymi sprawcami przewrotu.

Po sukcesach z pierwszej połowy lat 90., gdy młodzieży wmówiono, że „czarni zastąpili czerwonych”, ideologia ta straciła nieco wigoru po pielgrzymkach papieskich z 1997 i 1999 r. i po akcjach kontestujących rządy SLD organizowanych przez Ligę Republikańską.

Trwała jednak przez całe 26 lat III RP jako kluczowe narzędzie manipulacji. Jego znaczenie wzrosło ponownie za rządów PiS i w czasach zabierania babci dowodu osobistego.

Twierdzę, że ta kierownicza rola owsiakizmu-wojewódzkizmu w państwie postkomunistycznym jest podtrzymywana sztucznie. Czy w Polsce 2015 r. możliwe jest, by młodzi ludzie buntowali się przeciwko Kościołowi z pobudek wolnościowych? Tak, ale taki bunt traci swoje podstawy po ukończeniu szkoły średniej. Nastolatek, szczególnie z mniejszej miejscowości, w okresie burzy hormonów może czuć się ograniczony katolickimi nakazami obyczajowymi, narzucanymi przez szkołę czy katechetę. Kontestacja natchnionych panienek z oazy śpiewających kościelne disco-polo też wydaje się zrozumiała.

Ale po podjęciu studiów taki bunt w naturalny sposób traci podłoże. Pomysł, że dwudziestoparolatkowi studiującemu w wielkim mieście Kościół może czegoś skutecznie zakazać to fikcja. Jeśli coś ogranicza jego dalsze możliwości rozwoju, to nie ksiądz, a zamknięte korporacyjne sitwowiska, niemożność zdobycia dobrej pracy bez znajomości, bez pochodzenia z odpowiedniej rodziny itp.

Ideologowie owsiakizmu-wojewódzkizmu nie mają mu nic do zaproponowania w tych kwestiach. Więcej – okazują się być ludźmi z drugiej strony barykady. Bo oni są z ustosunkowanych rodzin. Bo mieli ułatwiony start do karier, które zaczęły się nie w III RP, a w mediach PRL. Oni naprawdę mają za co kochać III RP. W kraju bez grubej kreski musieliby rywalizować z nie mniej uzdolnionymi rówieśnikami.
Oni atakując Andrzeja Dudę naprawdę mają poczucie, że walczą o życie.

„Gazeta Wyborcza” przespała zmiany w nowym pokoleniu

Czy formuła owsiakizmu-wojewódzkizmu jako sposobu na rozmywania buntu młodych się wyczerpała, okaże się w najbliższych dniach.

Postrzeganie elektoratu Pawła Kukiza jako mało rozgarniętej młodzieży zbuntowanej „przeciwko wszystkim” jest nadużyciem. On jest bowiem o wiele szerszy od grup wyborców, które przyczyniły się do niespodziewanych sukcesów ugrupowań Janusza Palikota w 2011 r. i Janusza Korwin-Mikkego w 2014 r. Przypomnijmy, iż to pierwsze w wyborach parlamentarnych z 2011 r. zdobyło 10 proc. głosów, a drugie w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. 7 proc.

Kukiz odniósł dużo większy sukces zdobywając ponad 20 proc. głosów, bo obok zbuntowanych „przeciwko wszystkim” przyciągnął także elektorat mający bardziej ukształtowane patriotyczne poglądy, natomiast szukający w polityce nowych twarzy. Okazał się on w tych wyborach niemały, dzieląc się pomiędzy Kukiza i drugiego gdy chodzi o poparcie wśród najmłodszych wyborców Andrzeja Dudę. Również nowego w politycznej pierwszej lidze, choć wywodzącego się ze „starego” ugrupowania.

Podłoże dla zwycięstwa Andrzeja Dudy i sukcesu Pawła Kukiza tworzone było mozolnie przez lata. Przemianę kulturową wśród młodzieży spowodowały tysiące działań oddolnych, które zlekceważył establishment.

Ma rację politolog dr hab. Rafał Chwedoruk, gdy mówi, że kluczowe było wypowiedzenie przez rząd Tuska wojny kibicom piłkarskim.  To się mogło nawet na krótką metę PO opłacać, bo część Polaków uwierzyła w Tuska-szeryfa. Ale na dłuższą metę miało skutki fatalne: rozpoczęło erozję „wolnościowego” wizerunku tej partii, który pozwolił jej wygrać w 2007 r.

Dzięki temu, że w 2011 r. z rządem walczyli kibice, protesty przeciwko ACTA w 2012 r. zdominowała prawica, a próbowania wylansowania przez media na ich lidera Janusza Palikota zakończyła się spektakularną klęską.

Kolejnym ważnym procesem dziejącym się w tym czasie był olbrzymi wzrost zainteresowania historią Polski, w szczególności najnowszą, wśród aktywnej części młodego pokolenia. Na znaczenie tej przemiany miały wpływ procesy oddolne i odgórne. Oddolnym były akcje organizowane przez kibiców, utwory hip-hopowe oddziałujące też na inne gatunki słuchanej przez młodych muzyki czy działania grup rekonstrukcyjnych.

Odgórne to szeroko pojęte dziedzictwo polityki historycznej Lecha Kaczyńskiego i rządów PiS z lat 2005-2007. Tysiące publikacji Instytutu Pamięci Narodowej, filmy i książki o polskich bohaterach. Stąd wziął się m. in. fenomen popularności rotmistrza Pileckiego czy Żołnierzy Wyklętych.

Uśpione skutecznością własnej propagandy „Gazeta Wyborcza” czy TVN nie zauważyły, że ich zagrywki PR-owe, choć działają często na większość młodzieży apolitycznej i bezideowej, to spośród mniejszości (ale niemałej!) młodzieży ideowej i rozumiejącej politykę nie udaje im się pozyskać niemal nikogo.
Kolejnym czynnikiem, który złożył się na układankę, która zmieniła świadomość młodzieży, było doświadczenie emigracji. Porównanie tego, jak tam, a jak w III RP urzędnicy traktują przedsiębiorców i petentów, było dla wielu szokiem. Podobnie jak odkrycie, że nie ma tam barier dla rozwoju i awansu człowieka z niewłaściwej rodziny i  bez „dojść”, które istnieją w postkomunistycznej III RP. Tęsknota za ojczyzną spowodowała włączenie się emigracji w nurt młodych Polaków, którzy interesują się własną historią.

Nie było po 1989 r. roczników młodzieży, które tak mocno jak obecne różniłyby się mentalnie, kulturowo, gdy chodzi o system wyznawanych wartości od Kuby Wojewódzkiego i jemu podobnych. Dlatego mimo gigantycznej przewagi medialnej te wybory są do wygrania. Ale to zależy od zaangażowania w ostatnich dniach każdego z nas.

Cały tekst w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska"