Maciej Marosz o dodatkach do resortowych emerytur za zabijanie Żołnierzy Wyklętych

Resortowe emerytury komunistycznych funkcjonariuszy aparatu represji ustalane w PRL były wyższe, gdy odchodzący z czynnej służby legitymował się zasługami w walce z „bandami” i „reakcyjnym pod

CC
Resortowe emerytury komunistycznych funkcjonariuszy aparatu represji ustalane w PRL były wyższe, gdy odchodzący z czynnej służby legitymował się zasługami w walce z „bandami” i „reakcyjnym podziemiem” – jak określano w propagandzie reżimowej Żołnierzy Niezłomnych. O sprawie pisze w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska” Maciej Marosz.

Zasada uwzględniania walk z „reakcyjnymi bandami” przy ustalaniu stawek emerytalnych obowiązywała przez dziesięciolecia komuny i nie ustała nawet na krótko przed jej upadkiem. Jeszcze w końcówce lat 80. odchodzący na emeryturę twórcy aparatu represji potwierdzali swoją walkę z wewnętrznym wrogiem. Od tego uzależniano wysokość emerytur, które oprawcy ofiar komunizmu pobierali i pobierają nadal. Nie zmienia tego huczne świętowanie 25-lecia wolności. W grę wchodzą emerytury z górnej półki, także te najwyższe.

Przypadek jednego z takich beneficjentów opisywała w kwietniu „Gazeta Polska Codzienie”. Chodzi o płk. Mariana Flemminga, wieloletniego śledczego Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Tak się składa, że jest on ojcem obecnej prezes Sądu Najwyższego Teresy Flemming-Kuleszy, stojącej na czele Izby Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych. W 2011 r. zasłynęła ona wydaniem wyroku, który odbierał w praktyce mandaty poselskie Dariuszowi Barskiemu i Bogdanowi Święczkowskiemu z PiS-u. Powołała się ona wówczas na zakaz pełnienia mandatów parlamentarnych przez prokuratorów w stanie spoczynku, jakimi byli świeżo wybrani posłowie. Obaj prokuratorzy uznali odsunięcie ich od pełnienia mandatów za decyzję polityczną wymierzoną w opozycję.

Ojciec sędzi, Marian Flemming, od 1947 r. pełnił w jednostkach wojskowych zainstalowanego przez Sowietów aparatu władzy funkcję oficera zwiadu, a później oficera śledczego. W 1953 r. Flemming rozpoczął swoją długoletnią karierę w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, piastując tam kolejne stanowiska kierownicze. Był m.in. szefem oddziału nadzoru sądowego w NPW, gdy pracowała tam Helena Wolińska, nigdy nieosądzona komunistyczna zbrodniarka. Prokurator Flemming był również członkiem POP PZPR, w której Wolińska pełniła funkcję sekretarza. Zbierał pochlebne oceny działalności służbowej wydawane przez przełożonych. W jednej z nich zapisano, że szef Oddziału IV prezentował, zwłaszcza w 1968 r., „potrzebę domagania się od sądów pryncypialnej represji, uzasadnionej potrzebami karności i dyscypliny wojskowej”.

Po 1979 r. Marian Flemming kontynuował karierę w Sztabie Generalnym WP. W aktach zachowanych w IPN zostały kilkakrotnie podkreślone jego osiągnięcia w walce z „bandami” i „reakcyjnym podziemiem” – jak określano Żołnierzy Niezłomnych.

Kombatant walk z „bandami”

Po artykule w „Codziennej”, który ujawnił przeszłość pułkownika, jego córka, prezes SN Teresa Flemming-Kulesza, nadesłała do redakcji pismo, w którym zarzuciła artykułowi rzekome nieścisłości i niezgodność z rzeczywistością. „Nie jest prawdą, że mój śp. Ojciec zasłużył się w walce z »Żołnierzami Niezłomnymi«” – stwierdziła.

Co ma o tym świadczyć, zdaniem sędzi? To, że w dokumentach archiwalnych nie przytoczono konkretnych nazwisk poszkodowanych żołnierzy niepodległościowego podziemia. Co więcej, pułkownik miał, zdaniem sędzi, nie prześladować ich, lecz rehabilitować. Wie to, jak twierdzi, od córki jednego z nich.

Prezes SN wspomina w piśmie również o uprawnieniach kombatanckich, jakie jej ojciec miał w III RP.

Zmarły w 2000 r. pułkownik nie został pozbawiony po 1989 r. uprawnień kombatanckich, co zdaniem prezes SN dowodzi, że „nigdy nie uchybił honorowi kombatanta”.

Jaruzelski, Siwicki, Baryła

Jak wynika z akt IPN, do których dotarliśmy, gen. Józef Baryła, inny współtwórca stanu wojennego, członek Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, szef Głównego Zarządu Politycznego WP, jeszcze w 1988 r. podkreślał swoje zasługi w walce z „bandami”. Chcąc zapewnić sobie miejsce na placówce ambasadora PRL w Syrii, w dołączonym przez siebie życiorysie podkreślał, że w 1946 r., będąc zawodowym żołnierzem LWP i członkiem PPR, „brał udział w zabezpieczaniu referendum w 1946 r. i w walkach o umacnianie władzy ludowej”.

Z kolei inny współtwórca stanu wojennego, gen. Florian Siwicki, druga po Jaruzelskim osoba w państwie, w życiorysie z 29 października 1953 r. podał, że w czasie od 1945 do 1946 r. uczestniczył w likwidowaniu oddziału Józefa Kurasia „Ognia”. Siwicki w okresie od grudnia 1942 do maja 1943 r. służył w Armii Czerwonej. Od 1943 r. – w Ludowym Wojsku Polskim utworzonym w ZSRS.

Również sam szef junty, która wprowadziła stan wojenny w 1981 r., gen. Jaruzelski, w latach 1945–1947 uczestniczył w walkach z polskim i ukraińskim podziemiem na Lubelszczyźnie. Zwalczał także opór niepodległościowy w okolicach Radomska i Piotrkowa. Napisał o tym w maju ubiegłego roku dr Piotr Gontarczyk. Historyk zdemaskował wówczas fałszerstwo, jakiego dokonano około 1989 r., a więc w momencie transformacji systemowej, w aktach Jaruzelskiego, by ukryć jego dokonania w „walkach z bandami”. Czas transformacji systemowej rozpoczął powszechny w kręgach dawnych aparatczyków proces wyparowywania z ich pamięci dawnych „zasług” w zwalczaniu oporu antykomunistycznego. Nie oznaczało to bynajmniej podważania w III RP wysokości emerytur wysłużonych w walce z tzw. reakcją.

 

 


Źródło: Gazeta Polska

Maciej Marosz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo