„Bronisława Komorowskiego w takim wydaniu jeszcze nie widzieliście” - tak prezydencką debatę w formule AMA (ask me anything – pytaj o cokolwiek) reklamował serwis naTemat.pl. Trzeba przyznać, że to jedno zdanie stanowi idealną kwintesencję całej debaty, bowiem poziom wielu wypowiedzi ubiegającego się o reelekcję prezydenta był skandaliczny.

W pewnym momencie debaty Bronisław Komorowski zasugerował nawet, że jeśli Prawo i Sprawiedliwość wygrałoby wybory parlamentarne, wcale nie jest jasne, czy on jako prezydent zdecydowałby się na powierzenie misji tworzenia rządu Jarosławowi Kaczyńskiemu.
 
- Czy jeśli PiS wygra wybory, to Kaczyński dostanie misję tworzenia rządu? To konstytucja mówi jednoznacznie, że prezydent nie jest kompletnie niczym skrępowany. Trzeba zobaczyć, jaka będzie sytuacja po wyborach - tłumaczył Komorowski.
 
Dalej było jednak jeszcze „ciekawiej”. Pytany o to, jakie jedno pytanie zadałby Andrzejowi Dudzie, Bronisław Komorowski stwierdził, że z kandydatem PiS w zasadzie w ogóle nie chce rozmawiać:

- Nie widzę powodu, żeby zadawać pytania typu wyborczego, któremukolwiek z kontrkandydatów - bo ich jest dziesięciu. Dlaczego miałbym jednego wyróżniać - jak ktoś chce uznać - pozytywnie czy negatywnie. To nie jest szacunek dla demokracji, że się wybiera jedną partię, której się odpowiada. We wszystkich dojrzałych demokracjach nie ma formy debaty przed pierwszą turą. Czym innym jest debata pretendentów, a czym innym jest debata z obecnością głowy państwa. To jest ta zasadnicza różnica, która jest respektowana wszędzie (...) W żadnym kraju nie ma tego rodzaju debat – twierdził Komorowski.
 
W pewnym momencie Bronisław Komorowski, rozwodzący się do tej pory nad majestatem urzędu prezydenta zdecydował się na doprawdy żenujący żart. Gdy jeden z prowadzących debatę dziennikarzy zadał krążące w internecie i pojawiające się przy okazji wszelkich spotkań ze znanymi ludźmi pytanie: „Wolałby Pan walczyć z setką koni wielkości kaczki, czy jedną kaczką wielkości konia?” Komorowski odparł:
 
- Z jedną kaczką już walczyłem i wygrałem... a z koniem kopać się nie warto – mówił z ironicznym uśmiechem.
 
Gdyby tego było mało, ubiegający się o reelekcję prezydent niemal z rozrzewnieniem wspominał swoje spotkania z ówczesnym prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem, z którym Komorowskiego połączyła... miłość do muzyki.

- Zaprosiłem go tu. Praktycznie wyglądało to tak, że rozmowy były drętwe i w pewnym momencie powiedziałem, że jest zaproszenie - pojedziemy do fabryki na Pragę. Miedwiediew był zaniepokojony... Wjeżdżamy w mało eleganckie rewiry Warszawy, a tam słychać piosenki Okudżawy. Wychodzimy na scenę i on słyszy, że ja również Okudżawę śpiewam, bo to bard mojej młodości... a tam dwa tysiące osób! Dla niego to był sygnał bardzo ważny - a potem była bardzo dobra rozmowa w Belwederze, ale ta tendencja została zahamowana po zmianie prezydenta - wspominał Komorowski.