Drobne uprzejmości ze strony PO dla SLD, czyli Miller może ocalić Komorowskiego

Jesteśmy w niebezpiecznym dla opozycji, być może kluczowym dla wyborów prezydenckich momencie.

Filip Blazejowski/Gazeta Polska
Jesteśmy w niebezpiecznym dla opozycji, być może kluczowym dla wyborów prezydenckich momencie. Kryzys w SLD związany z nietrafioną, jak się okazało, kandydaturą Magdaleny Ogórek sprawia, że Bronisław Komorowski już teraz, a nie dopiero w drugiej turze, ma szanse na poszerzenie swego poparcia o wyborców lewicy. Dla Andrzeja Dudy to zła informacja – trudno teraz, gdy kandydat PiS musi skupić się na mobilizacji wyborców prawicy i centrum, próbować sięgać jednocześnie po głosy lewicy - pisze w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska” Joanna Lichocka.

W ostatnich kilkunastu dniach stało się jasne, jak bardzo nieudany pomysł miał Leszek Miller, by wystawić w wyborach prezydenckich Magdalenę Ogórek. Sondaże nie dają szans na spełnienie nadziei o ponad 10-procentowym wyniku – a tylko taki mógłby uruchomić dynamikę do uzyskania przez SLD wyniku w wyborach parlamentarnych na podobnym poziomie. Poparcie od 2 do 4 proc., jakie ma dziś kandydatka popierana – przynajmniej wciąż teoretycznie – przez SLD, oznacza potężne kłopoty dla formacji. Może się nawet okazać, że SLD w ogóle nie wejdzie do Sejmu. A wcale tak być nie musiało. Magdalena Ogórek, atrakcyjna, młoda kandydatka mogła stać się symbolem nowej lewicy, zainicjować i dać impet do zagospodarowania pod skrzydłami SLD różnych środowisk, lewicowych ruchów miejskich czy ekologicznych. Wizerunkowa zmiana pokoleniowa – kontrolowana, rzecz jasna, przez Leszka Millera – mogła zatrzymać odpływ lewicowych wyborców do PO i odbudować po lewej stronie sceny politycznej ugrupowanie podmiotowe, które po wyborach mogłoby na prawach partnerskich negocjować koalicję z PO.

Negocjacje

Mogłoby, gdyby nie kilka spraw. Brak talentu politycznego, wiedzy i charyzmy kandydatki SLD widoczny jest gołym okiem – nie będę się więc nad dziewczyną znęcać. Ten kompletnie nieudany eksperyment Leszka Millera niesie jednak coś więcej niż rozczarowanie co do talentu politycznego jego samego. Efektem będzie ugruntowanie hegemonii Platformy Obywatelskiej na lewo od centrum. Miller dał PO, przy ordynacji proporcjonalnej, poważne szanse na dalsze rządy po wyborach do parlamentu, bez oglądania się na nikogo na lewicy. No i – a to jest dziś kluczowe dla postkomuny, której dziś właściwym reprezentantem jest właśnie PO – pozwolił na odżycie nadziei Bronisława Komorowskiego na wygraną w pierwszej turze. Wydaje się, iż sam lider SLD liczy, że nie oddał tego za darmo. Drobne uprzejmości, jakie PO wyświadcza SLD w ostatnich kilkunastu tygodniach, wskazują, że między Millerem i PO trwały negocjacje, być może właśnie teraz zakończone już zawartą ugodą, w czasie których lewica otrzymywała kolejne stanowiska. Widać to na przykład w Warszawie. Sebastian Wierzbicki, były kandydat SLD na prezydenta Warszawy, został mianowany przez PO wicedyrektorem Pałacu Kultury i Nauki. Z SLD – mimo że to Platformie z punktu widzenia większości niezbędnej do rządzenia do niczego nie jest potrzebne – powołano kilku wiceburmistrzów dzielnic. Widać to też w telewizji. PO ustąpiła z forsowania projektu jednoosobowego zarządu TVP, czemu sprzeciwiał się Miller. Już wiadomo, że zarząd, tak jak był, pozostanie trzyosobowy, jedno miejsce jest w nim zagwarantowane dla nominata SLD. Rozstrzygnięcie ma nastąpić w maju – akurat w czasie, gdy odbywać się będą obie tury wyborów prezydenckich. Na marginesie warto odnotować, że SLD, teoretycznie w opozycji, w najmniejszym stopniu nie protestuje przeciw obcesowemu wykorzystywaniu mediów publicznych do kampanii Bronisława Komorowskiego. Współrządząc mediami publicznymi, bynajmniej nie dopomina się podobnych praw dla kandydatki SLD. Tymczasem mniej więcej co drugi, co trzeci dzień prezydent pojawia się w jakimś programie (najczęściej jest to program prowadzony przez Piotra Kraśko albo przez Krzysztofa Grzesiowskiego z radiowej Jedynki, tego, który wsławił się pytaniem o hasło kampanii Komorowskiego: „Dlaczego musimy tyle czekać? My, czyli ci, którzy popierają pana osobę?”) i w ten sposób prowadzi wyborczą agitację. Po kolejnym takim występie Komorowskiego w „Dziś wieczorem” w TVP Info (u Piotra Kraśki) zaprotestował tylko PiS: szefowa sztabu Andrzeja Dudy Beata Szydło napisała list do prezesa TVP z pytaniem o łamanie ustaleń samej telewizji z przedstawicielami wszystkich sztabów. Według umowy każdy z kandydatów wylosował dni, w których będzie zaproszony do tego programu. Bronisław Komorowski ma dwa terminy – kompletnie jednak inne niż te, w których już bierze udział. „Kiedy kandydat Prawa i Sprawiedliwości będzie mógł gościć na antenie programu »Dziś wieczorem«, wyłączając wylosowany przez sztab termin?” – pytała Beata Szydło w imieniu PiS. A SLD? Cisza.

Najwyraźniej widać, że w SLD spoiwem, które jeszcze jakoś łączy, jest pragmatyzm w obejmowaniu stanowisk – nie jest wykluczone, że dla starzejącego się lidera SLD jest to już teraz najważniejsza przesłanka. Celem, właściwie marzeniem politycznym Leszka Millera, o którym mówi się w kuluarach, jest wprowadzenie lewicy do sejmu i objęcie stanowiska marszałka sejmu. To dość nierealistyczne marzenie polityczne – pogłoska ta wcale nie musi być więc prawdziwa. Jedno wydaje się pewne – kandydatura Ogórek ma być dziś środkiem do wynegocjowania z PO najlepszych warunków kapitulacji z niezależności politycznej Leszka Millera i jego ludzi. Na samodzielność, jak się okazuje, nie mają chyba ani siły, ani ochoty, ani być może możliwości – zbyt wiele spraw, a mówiąc wprost: różnych „haków”, którymi dysponuje obóz władzy, może je liderom SLD ograniczać.

Deal jest dopięty

Trwa więc panopticum w ramach kampanii lewicy. Magdalena Ogórek odmawia publicznej deklaracji, że głosuje na SLD, i mówi, że to jej prywatna sprawa. „Sztab prowadzi własną działalność” – ogłasza z kolei Jerzy Wenderlich, wicemarszałek sejmu z SLD, nie pozostawiając złudzeń co do charakteru relacji między partią a otoczeniem Ogórek. „Przyjęła własną koncepcję kampanii i weźmie za to pełną odpowiedzialność” – dorzuca rzecznik SLD Dariusz Joński. Konflikt między sztabem Ogórek a partią dynamicznie się rozwija. Kropką nad i stało się ogłoszenie SLD, że już ani złotówki nie przekaże na kampanię prezydencką. „Zakończyliśmy finansowanie kampanii. Pani Ogórek miała rozszerzać nasz elektorat, a na razie go zawęża” – oświadczyła Joanna Senyszyn w TVN. W tych warunkach trzeba liczyć się z tym, że Magdalena Ogórek zostanie zmuszona do wycofania się z kandydowania. A gdy słyszy się takie oto zdania prezydenckiego doradcy Tomasza Nałęcza o Leszku Millerze: „Jeden z najsprawniejszych, najwybitniejszych polskich polityków”, „Poradzi sobie z tą sytuacją”, „Myślę, że Leszek Miller stanie się patronem nowego projektu” – to można wnosić, że sprawa jest przesądzona, a jakiś pakt na linii Bronisław Komorowski i Leszek Miller został zawarty. Dla działaczy SLD oznacza to jasny wybór – albo przewrót w partii, stworzenie nowego przywództwa na lewicy, albo… wtopienie się w PO. Na razie wydaje się, że jedynym, który podjął próbę walki, jest Grzegorz Napieralski, reszta wyczekuje na rozwój sytuacji. I, dodam złośliwie, na ofertę miejsc na listach wyborczych i stanowisk od PO.

Oczywiście oficjalnie politycy SLD dementują spekulacje na temat wycofania Ogórek, choć ogłoszenie o zaprzestaniu finansowania jej kampanii taką pół-decyzją jest. Bez względu więc na to, czy kandydatura ta zostanie formalnie wycofana, czy tylko praktycznie – w ten sposób, że SLD, tak jak już to robi, będzie się od Magdaleny Ogórek do dnia wyborów publicznie dystansować – hamuje to spadek poparcia Bronisława Komorowskiego. Może to wręcz – przy jakichś bardzo niesprzyjających dla kandydata PiS okolicznościach – ocalić drugą kadencję Komorowskiego dzięki rozstrzygnięciu wyborow już w pierwszej turze. Cały wysiłek obozu władzy jest teraz zorientowany na próbę osiągnięcia tego celu – by obecny lokator Belwederu nie musiał konfrontować się z Andrzejem Dudą w drugiej turze. By uniknąć jasnej polaryzacji – między starym, przekrzykującym się na spotkaniach wyborczych z przeciwnikami, powtarzającym jakieś zdania o „specjaliście od kur” dotychczasowym prezydentem, symbolizującym dotychczasowe rządy PO, a młodym, dynamicznym, na wzór zachodni prezentującym się kandydatem opozycji. Na uniknięcie drugiej tury sztabowcy PO mają małe szanse – ale właśnie dzięki głosom lewicy nie jest to już zupełnie niemożliwe.

Kiedy się uda?

Z sondaży wynika niewesoła konstatacja. Jeśli pokazywane przez różne pracownie badania są choć trochę wiarygodne, to widać, że Bronisław Komorowski ma większe rezerwy głosów do zdobycia niż Andrzej Duda. Właśnie dzięki wyborcom lewicy czy szczątkowego już wprawdzie, ale wciąż istniejącego zasobu poparcia Janusza Palikota. Duda może zapewne liczyć na głosy wyborców Pawła Kukiza i być może narodowców. Czyli na mniej niż Komorowski. To da mu pewnie ponad 40 proc. głosów, ale nie zapewni zwycięstwa. Dlatego, na trzy tygodnie przed pierwszą turą, sztab Dudy stoi przed nie lada wyzwaniem. Nie tylko musi dążyć do zmobilizowania elektoratu PiS. Nie tylko próbować zdobyć głosy części wyborców Bronisława Komorowskiego, rozczarowanych jego kompromitującym stylem sprawowania urzędu i ostatnimi zachowaniami. Powinien jeszcze trafić do osamotnionych przez lewicę wyborców, którzy traktują głosowanie na PO jako „mniejsze zło”, jako wybór z braku innych możliwości. Jeśli sztabowcy Andrzeja Dudy znajdą jakimś cudem także klucz do lewicowych wyborców – wtedy się uda.

 


Źródło: Gazeta Polska

Joanna Lichocka
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo