Jeżeli wierzyć liczbom, w Ameryce jedna na trzy kobiety będzie miała w ciągu swojego życia aborcję. Nie chciałem filmem „Doonby. Każdy jest kimś!” prawić kobietom kazań. Po prostu chcę, żeby każdy głęboko zastanowił się nad tematem aborcji i jej konsekwencjami - z Peterem Mackenzie, scenarzystą i reżyserem filmu „Doonby. Każdy jest kimś!”, rozmawia Sylwia Krasnodębska.
 
Film „Doonby. Każdy jest kimś!”, który wejdzie na ekrany polskich kin w najbliższy piątek, to mądra opowieść o wartości życia. O tym, że życie to cud. Odnoszę wrażenie, że zrobił Pan ten film nie tylko po to, by opowiedzieć jakąś historię, czy wzruszyć widza, ale przede wszystkim po to, by trafić do świadomości młodych kobiet i po prostu ratować dzieci. Czy taki był Pana cel?
Dziękuję za miłe słowa. Tak, ma pani rację. Nie chciałem prawić kazań ani podchodzić do sprawy krytycznie. Po prostu chcę, żeby ludzie się zastanowili oraz rozmawiali bez presji politycznej i dezinformacji. Film jest o konsekwencjach wyborów, których dokonujemy, oraz o wartości każdego życia i o naszym wpływie na otaczających nas ludzi, nawet jeśli nie jesteśmy w danym momencie świadomi tego wpływu.

Słyszałam o kobietach, które po dokonaniu aborcji potwornie cierpiały. Chodziły wielokrotnie do spowiedzi, choć wcześniej dostały rozgrzeszenie. Na potrzeby pracy nad filmem spotykał się Pan z kobietami, które dokonały aborcji? Jakie są Pana spostrzeżenia?
Jeżeli wierzyć liczbom, w Ameryce jedna na trzy kobiety będzie miała w ciągu swojego życia aborcję. Nie bardzo temu wierzę, ale załóżmy, że jest to jedna na dziesięć. Bardzo dużo kobiet doświadcza tego osobiście, na pewno spotkałem na swojej drodze wiele z nich. Spotkałem się z kilkoma wypadkami żalu i wyrzutów sumienia. Jeden z nich dotyczył pewnej kobiety z Jackson w stanie Missisipi, która nie mogła mieć dzieci po tym, jak poddała się procedurze aborcji mniej więcej dwadzieścia lat temu. Teraz patrzy na rodzinę i przyjaciół z dziećmi, widzi radość, jaką im przynoszą i mimo że jest wspaniałą ciocią, sama nie może doświadczyć tej osobistej radości, poczucia dumy i spełnienia. Niemniej jednak starałem się nie być nastawiony krytycznie i bardzo współczuję dziewczynom i kobietom, które znalazły się w trudnej sytuacji. Możliwe, że to właśnie Lucy Mae jest bohaterką filmu budzącą u widzów największe współczucie, mimo że zachowuje się bardzo egoistycznie, uciekając z żonatym mężczyzną, który ma kilkoro dzieci.

Bohater filmu, Sam, to bardzo szlachetna postać. Samo dobro. Jego postawa kontrastuje z, wydawać by się mogło, „normalnym” codziennym i złym światem. Pokazuje Pan tym samym, że choć dobrzy ludzie mogą być w liczebnej mniejszości, to są w stanie uczynić w swoich środowiskach ogromne dobro. Dlaczego tak właśnie zbudował Pan postać Sama? 
Jest bardzo tajemniczy i sam do końca nie wie, dlaczego tam się znalazł. Trzykrotnie mówi, że nie jest nikim ważnym, używając słowa „nobody”, czyli „nikt”, co jest wskazówką, bo anagramem tego słowa jest właśnie „Doonby”. Obecność Sama w miasteczku daje lekarzowi i jego rodzinie szansę na odkupienie win, na zmianę na lepsze. Dzięki temu, że się tam pojawił, kilka razy uratował ginekologa przed katastrofą, ale rodzina i tak go odrzuca i Sam znika. Okazuje się wówczas, że wszystkie te złe rzeczy tak naprawdę się wydarzyły, ponieważ nie było go tam i nie mógł im zapobiec. Chciałem zademonstrować, jak każdy z nas w pewien sposób dotyka otaczających go ludzi oraz że każde życie jest ważne.

Bardzo poruszająca jest scena, w której kobieta żegna się ze swoim nienarodzonym dzieckiem tuż przed aborcją. Jak realizowało się tę scenę? Czy ona była szczególna dla aktorki podczas kręcenia filmu?
To był bardzo wzruszający moment na planie filmowym. Był to pierwszy film długometrażowy w karierze Erin Way, a jej gra aktorska była pod każdym względem niesamowita. Jestem z niej bardzo dumny, była bardzo poruszona podczas kręcenia tej sceny.

Film za moment wchodzi na ekrany polskich kin. Polska jest krajem katolickim, gdzie aborcja dopuszczona jest w trzech wyjątkowych wypadkach (wady dziecka nienarodzonego, ciąża wskutek gwałtu i zagrożenie życia matki). Mimo to wiele kobiet decyduje się na urodzenie dziecka. Czy wiąże Pan jakieś szczególne nadzieje z premierą filmu właśnie w Polsce?
Chciałbym dotrzeć do szerokiej publiczności, nie tylko do zagorzałych chrześcijan. Dlatego właśnie w całym filmie nie ma żadnych nawiązań do religii. Jak już mówiłem, nie chciałem prawić kobietom kazań, po prostu chcę, żeby każdy głęboko zastanowił się nad tematem aborcji i jej konsekwencjami.

Nie obawia się Pan, że w dzisiejszych czasach widzowie wolą łatwe kino akcji, które nie dotyka bolesnych problemów, takich jak aborcja?
Myślę, że ludzie chcą oglądać oba rodzaje filmów. Na każdy nowy film pokroju „Mission: Impossible” przypada nowa „Teoria wszystkiego”. Jest wiele zmuszających do myślenia filmów, poruszających temat homoseksualizmu, na przykład „Obywatel Milk” czy „Filadelfia”, i oczywiście film „Wbrew regułom” o prawie kobiet do aborcji. „Doonby” patrzy na tę ważną kwestię z innej perspektywy, aczkolwiek podobnej do „Belli” i „Juno”, które odniosły sukces kasowy na całym świecie.