Mam wrażenie, że każdy chciałby pobyć przez chwilę Frankiem Underwoodem z „House of cards” czy moim Wiktorem Wolskim – bezwzględnym człowiekiem, który osiąga sukces, nawet po trupach – mówi w „GPC” Nikodem Pałasz, autor kryminałów sportowych.

Przystawił Pan kiedyś komuś berettę do głowy?
Nie, ale na targach policyjnych trzymałem w dłoni glocka.
 
Jakie wrażenia?
Szczerze, żadne (śmiech).
 
Nie wierzę. Autor kryminałów nie fascynuje się bronią? Pana bohater, eksglina Wiktor Wolski, w książce „Sam na sam ze śmiercią” chętnie przystawia ludziom pistolet do głowy. Czasami zdecydowanie nadużywa tego gestu.
Miałem szansę postrzelać na profesjonalnej strzelnicy, ale nie skorzystałem. A co do Wolskiego... jest zdeterminowany, lekko sfrustrowany, momentami na granicy szaleństwa. Działa jak ktoś, kto nie ma nic do stracenia. Często puszczają mu nerwy. Jedna z czytelniczek powiedziała mi, że jest dużo bardziej mroczny niż w „Brudnej grze”. I o to mi chodziło.
 
Myślałam, że na strzelnicy mężczyźni realizują chłopięce marzenia.
Mnie to nie dotyczy. Dla Wolskiego pistolet to przedłużenie ręki. To glina w starym stylu. Taka mieszanka Colombo z Brudnym Harrym. Rozwiązując zagadkę, korzysta z intelektu jak ten pierwszy, ale też potrafi nieźle przyłożyć jak ten drugi.
 
Musiał Pan jednak w tego swojego bohatera się wczuć.
Fascynowała mnie determinacja mojego bohatera. Na drodze do celu nie waha się przekroczyć granic. Ja bym tak nie postąpił w normalnym życiu. Mam wrażenie, że każdy chciałby pobyć przez chwilę Frankiem Underwoodem z „House of cards” czy moim Wiktorem Wolskim. Bezwzględnym człowiekiem, który osiąga sukces, nawet gdyby musiał iść po trupach. To intryguje i kusi.

„Sam na sam ze śmiercią” to Pana drugi kryminał sportowy. Opisuje Pan świat dopingu, ustawianych meczów, nieczystej rywalizacji i zbrodni… Na co dzień pracuje Pan ze sportowcami jako doradca od wizerunku. Strach zapytać, ile w tych książkowych opowieściach jest prawdy.
Pierwsza książka „Brudna gra” opierała się na moich doświadczeniach zawodowych w świecie tenisa ziemnego. Druga o piłce nożnej była już tylko czystą zabawą. Choć jako chłopak grałem w piłkę w warszawskim Marymoncie.
 
I tak jak młodzi piłkarze w Pana książce musiał Pan płacić za dodatkowe treningi, żeby zagrać w ważnym meczu?
Na szczęście nie. Liga juniorów czy niższe ligi seniorów to była zabawa, dobra przygoda. Przypadki, które opisuję w książce, dotyczą wyższych poziomów rozgrywek. Mam tę wiedzę od zawodników grających na zapleczu ekstraklasy. Piłkarze ci dostają się do składu za łapówki. To ważne szczególnie przed meczami, w których mogą się pokazać scoutom, czyli poszukiwaczom talentów. Piłka nożna to takie bagno, że bez przerwy można pisać o tym świecie książki. Pytanie, czy kibice chcą o tym wiedzieć.
 
Choć opisuje Pan w książce mordy rytualne, to nie epatuje Pan przemocą. Tymczasem coraz więcej autorów robi to z upodobaniem. Dlaczego?
Bo nikt już nie chce czytać, że ofiara dostała kijem bejsbolowym w głowę. To zbyt proste. Czytelnicy potrzebują silniejszych wrażeń.
 
Skoro zajmuje się Pan marketingiem sportowców, zna Pan ich grzeszki?
Nie znam i nie interesują mnie. Zajmuję się budowaniem wizerunku sportowców i pozyskiwaniem dla nich sponsorów. Mamy wielu sportowców, którzy po zakończeniu kariery nie mają co ze sobą zrobić. Mało jest takich, którzy odpowiednio wcześnie zdali sobie sprawę, że muszą zadbać o relacje z mediami, kibicami czy właśnie sponsorami.
 
Pracuje Pan z mistrzami.
Tak. Olimpijskimi i świata.
 
Przepraszam, w czym może Pan pomóc mistrzowi świata?
Paradoksalnie mistrz świata potrzebuje najwięcej pomocy, bo często wydaje się mu, że po osiągnięciu sukcesu może usiąść z założonymi rękoma i czekać, aż znajdzie się sponsor.
 
Mogę się założyć, że takim sportowcom urywają się telefony!
I przegrałaby pani zakład. Sponsorzy nie wydzwaniają do sportowców. To sportowiec musi ich pozyskiwać! Pracowałem kiedyś z medalistami igrzysk olimpijskich, którzy po pół roku od zdobycia medalu zorientowali się, że wszyscy o nich zapomnieli. Sam Robert Korzeniowski musiał kiedyś walczyć o sponsorów. To normalne. Agnieszka Radwańska przez wiele lat nie miała żadnego sponsora. W tym czasie zajmowałem się innymi tenisistami, którzy mieli kontrakty z kilkoma firmami. A ona, utytułowana zawodniczka z czołówki, nie miała nikogo. Prawdopodobnie był to wynik specyficznej postawy jej ojca. Zdecydowała się na zmiany w swoim otoczeniu i dziś jest znacznie lepiej. Jakkolwiek to brzmi, mistrz musi być produktem, na który ktoś musi chcieć wydawać pieniądze.
 
Może kontrakty ze sponsorami mają coś wspólnego ze sprzedawaniem dusz? Radwańska może nie walczy podręcznikowo o sponsorów strategicznych, ale jak widać radzi sobie.
Radzi sobie, bo na korcie można nieźle zarobić. Kontrakty ze sponsorami nie mają nic wspólnego ze sprzedawaniem duszy. To element pracy sportowca.
 
Pan nie może inaczej odpowiedzieć. A ja mówię, że ktoś może nie chce reklamować na przykład pigułek antykoncepcyjnych.
I nie musi zostać twarzą takiego produktu. Sportowiec zawsze ma wybór, nie każdy sponsor czy produkt może odpowiadać strategii wizerunkowej sportowca lub jego przekonaniom. Problem w tym, że sportowcy zapominają, że to, co robią na treningu i boisku to jedno, a drugie to zadbanie o wizerunek, dzięki któremu później, gdy skończą się sukcesy, można dobrze żyć.
 
A czy o naszego mistrza olimpijskiego nie powinno dbać np. Ministerstwo Sportu albo Centrum Olimpijskie?
To tak nie działa. Długofalowe dbanie o wizerunek sportowca jest jego prywatna sprawą.
 
W ogóle nie działa, skoro medaliści na emeryturze głodują.
Takich wypadków jest wiele. Jakiś czas temu stworzyłem projekt pomocy dla bezrobotnych sportowców, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Zwróciłem się z nim do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego. Nikogo nie interesuje angażowanie się w takie inicjatywy. Wyszedłem na szalonego człowieka.