Ikona politycznego obciachu

Pięć lat prezydentury Bronisława Komorowskiego to wystarczająco długi okres, by utwierdzić się w przekonaniu, że mamy do czynienia z wielką wizerunkową mistyfikacją.

Pięć lat prezydentury Bronisława Komorowskiego to wystarczająco długi okres, by utwierdzić się w przekonaniu, że mamy do czynienia z wielką wizerunkową mistyfikacją.

Sam prezydent przedstawia się i bywa przez innych przedstawiany jako reprezentant dobrej polskiej tradycji szlachecko-dworkowej, polsko-kresowej, litewsko-koroniarskiej. Wspomina się często działalność opozycyjną młodego Bronisława, który w tamtych opozycyjnych czasach raczej sytuował się po stronie tradycyjno-patriotycznej niż po stronie tak zwanej lewicy laickiej. Ale niezależnie od rodzinnych paranteli i działalności opozycyjnej obecny Bronisław Komorowski prezentuje dokładne przeciwieństwo tamtego wizerunku.
 
Prostak we własnej osobie
 
Zacznijmy od stylu, bo, podobno, styl to człowiek. Otóż Komorowski kontynuuje styl Wałęsy, a po części także Kwaśniewskiego. Rzecz nie tylko w tak zwanych wpadkach, które często nie są wpadkami, a wręcz zawstydzającymi kompromitacjami. Ogólne wrażenie tej prezydencji to przaśność: kiepskie, nudne wystąpienia, zwykle czytane z kartki, prymitywne dowcipy, prostackie zachowanie. Wygląda to tak, jakby opiekunowie prezydenta od savoir-vivre’u albo nie istnieli, albo mieli do czynienia z przypadkiem absolutnie odpornym na naukę. Trudno go nauczyć, że nie siada się jako pierwszy, gdy przyjmuje się oficjalnych gości, takich jak szefowie państw i rządów, albo że nie włazi się z buciorami na fotel. To zresztą są takie formy zachowania, które powinno się przynosić z domu i z życia towarzyskiego. Kiedy przychodzą goście, to gospodarz najpierw usadawia ich, a następnie siada sam; odwrotna kolejność ciągle jeszcze uchodzi za chamstwo. Podobnie gdy przychodzimy do kogoś w gości, nie chodzimy mu po meblach. I tak dalej, i tak dalej.
 
Ostatnio Kancelaria Prezydenta RP wyjaśniała, że Komorowski w parlamencie japońskim nie wszedł na fotel, lecz na podest, na którym zwykle się staje. Dobrze jednak jest obejrzeć film z tego zdarzenia, na którym widać zakłopotanego urzędnika japońskiego, który gestami wskazuje, by prezydent zszedł z mebla, na który się wdrapał. Ktokolwiek spędził chociaż pięć minut w Japonii, wie, że reguły grzeczności są tam niezwykle wyśrubowane. Jeśli urzędnik japoński ośmiela się wizytującej głowie państwa wskazać, żeby zeszła z miejsca, na którym się znalazła, oznacza to, że owa głowa znalazła się tam, gdzie nawet przy największej tolerancji dla gości i uprzejmości gospodarzy znaleźć się nie powinna. Urzędnik japoński prędzej popełniłby seppuku, niż uchybił gościowi. Tłumaczenie Kancelarii więc jedynie pogrąża prezydenta.
 
Kara Opatrzności
 
Wszystko, co robi Komorowski, trąci prezydentem Wałęsą. Ale ten, jak wiemy, był robotnikiem i z takiej też rodziny pochodził, więc wiele można było mu wybaczyć. Komorowski nie był robotnikiem, a nawet wywodzi się z rodziny o tradycjach szlacheckich, a jednak Wałęsę przypomina. To, że swoim ministrom w czasie oficjalnych wizyt każe robić „focie”, to przecież czysty Wałęsa. Wprawdzie jeszcze nie zdiagnozowano u niego choroby filipińskiej, z której zasłynął Kwaśniewski, ale u Komorowskiego znajdujemy tę samą nieprzewidywalną w skutkach skłonność do robienia rzeczy głupich i niesmacznych, która jakkolwiek z natury niealkoholowa, wygląda wszak na przywarę organiczną. W każdym razie nawet najwprawniejsze oko nie może w zachowaniach i słowach prezydenta Komorowskiego odkryć wpływów polskiej tradycji szlacheckiej i wiekowego dziedzictwa. Prezydent sprawia raczej wrażenie faceta bez żadnej wychowawczej przeszłości, ukształtowanego na kiepskich serialach i podłych, opowiadanych przy piwie dowcipach.
 
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że prezydent Komorowski to kara, jaką Opatrzność wymierzyła tej licznej gromadzie Polaków, którzy obsługiwali „przemysł pogardy” przeciw Lechowi Kaczyńskiemu. Za to, że zachowywali się tak wrednie, że nie rozpoznali i nie uszanowali prawdziwego męża stanu, że próbowali ośmieszyć to, co zasługiwało na szacunek, dostali swojego prezydenta, który obciachem może obsłużyć połowę polityków europejskich i jeszcze mu sporo zostanie. Milczą więc i bez słowa połykają kolejne żaby.
 
Maestro świniowatości
 
Ale Komorowski odznacza się nie tylko brakiem dobrych manier. Ów brak kryje coś jeszcze gorszego, co nie powinno jednak nas zaskakiwać. Komorowski do 2010 r. był przecież jednym z głównych nienawistników politycznych, rywalizującym z Niesiołowskim w największych inwektywach wobec Prawa i Sprawiedliwości, a także wobec prezydenta Kaczyńskiego. Po roku 2007 został marszałkiem Sejmu i do tej pory bywa przez posłów wspominany jako najbardziej małostkowy i złośliwy, a mówiąc dosadniej, najbardziej świniowaty marszałek Sejmu w historii III RP, nawet bardziej świniowaty od Radosława Sikorskiego, który w tej konkurencji jest przecież wyjątkowo mocnym zawodnikiem.
 
Ten brak klasy Komorowskiego widać było w stylu, w jakim przejmował urząd prezydenta po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego. Nie czekał na oficjalne potwierdzenie śmierci, nie okazywał współczucia rodzinom i współpracownikom smoleńskich ofiar, ale natychmiast zapragnął władować się do Pałacu Prezydenckiego, a kiedy już się władował, to zatarł po swoim poprzedniku wszelkie ślady, jego mieszkanie zmienił w biuro, a na dodatek bardzo szybko rozpoczął konflikt z żałobnikami z Krakowskiego Przedmieścia.
 
Patologia holistyczna
 
Ale i to nie wszystko. Wystarczy spojrzeć na Kancelarię Prezydenta RP, by łatwo dostrzec, jak jest ona oblepiona PRL em, który z tą burakowatą całością świetnie współgra. Mamy tam szogunów po kursach GRU, wieloletnich członków PZPR-u, ludzi zarejestrowanych jako tajnych współpracowników. Jak na człowieka, który w przeszłości walczył z komuną z pozycji narodowych i katolickich, trzeba przyznać, że Komorowski przebył szokująco długą drogę. Ta zmiana zresztą była widoczna od dłuższego czasu. Kancelaria i jej szef uprawiali prorosyjskie lizusostwo przez dobrych kilka lat, a i teraz specjalnie w sprawach rosyjskich się nie wychylają. Sam prezydent ma za uszami problem afery marszałkowej i niejasne związki z WSI. A na dodatek na swoim koncie ma również zaangażowanie się w akcję budowy pomnika ku czci bolszewików poległych w walce przeciw Polsce.
 
Gdyby nie te wszystkie mało chwalebne dokonania, chodzenie po japońskich meblach – mimo dużego szumu, jaki wywołało – mogłoby się wydać cokolwiek prymitywną, lecz mimo wszystko mało szkodliwą ekstrawagancją. Widzimy jednak, że to fragment większej, znacznie większej całości.

 

 



Źródło:

Ryszard Legutko
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo