„Bóg nie umarł” to amerykańska filmowa opowieść, w której student chrześcijanin musi udowodnić swojemu profesorowi filozofii, że Bóg istnieje. Ciekawy zamysł fabuły nie przełożył się jednak na sukces końcowy. Powstał bowiem kolejny chrześcijański film dla przekonanych. Co nie zmienia faktu, że jest to film bardzo potrzebny. Film Harolda Cronka od piątku w kinach.

Josh (Shane Harper) nie będzie miał łatwego startu na studiach. Na pierwszych zajęciach z filozofii jego charyzmatyczny profesor Raddison (Kevin Sorbo) każe napisać swoim studentom, że Bóg umarł. Taka deklaracja na samym starcie pomoże grupie studentów uniknąć niepotrzebnych jego zdaniem dylematów przy analizowaniu mądrości kolejnych filozofów, którzy są na tapecie u profesora. Filozofów, których łączy to, że… są ateistami. Sumienie i serce Josha nie pozwala jednak na złożenie takiej deklaracji. Uczelniany belfer zniesie ten opór Josha z dużym niezadowoleniem i rzuci niepokornemu studentowi wyzwanie. Podczas trzech dwudziestominutowych prelekcji ma on przekonać studentów do tego, że jednak Bóg istnieje. W tej „grze” Josh przyjmuje rolę adwokata Boga, profesor jest prokuratorem, a blisko 80-cioosobowa grupa studentów – ławą przysięgłych. Od samego początku chłopak jest na przegranej pozycji. Niezwykle inteligentny profesor, by chronić swój autorytet, będzie musiał obalić każdą tezę chłopaka, podpierając się wywodami największych myślicieli.

Równocześnie poznajemy kilku innych, niezwiązanych ze sobą bohaterów, którzy podobnie jak Josh muszą stawać po stronie swojego Boga i dla których taka deklaracja kończy się wykluczeniem z grupy przyjaciół czy nawet konfliktami rodzinnymi. I tu dotykamy bardzo realnego problemu współczesnych czasów. Deklarując wiarę w Jezusa Chrystusa, narażamy się na śmieszność albo stajemy się ofiarami ataków tych, którzy koniecznie chcą wykazać hipokryzję chrześcijan, tak jakby grzech miał ich nie dotyczyć. Dlatego jest to ważny film. Ma też mocny przekaz. Opowiadając się za Bogiem, zawsze zwyciężysz. Choć zwycięstwo to nie będzie objawiało się wygodami czy majątkowymi korzyściami.

Film jest odważny. To nie ulega wątpliwości. Wątpliwości raczej rodzą się, gdy się zastanowimy, kogo ten film przekona. Myślę, że ateistów nie. Myślę też, że w wielu z nich nie zrodzi nawet żadnych głębszych pytań. A szkoda. Bo taki film na pewno jest potrzebny. Szczególnie dziś, kiedy nasze zaangażowanie w życie religijne jest przez współczesnych czymś nie do końca rozumianym i akceptowanym.