Dziś do kin wchodzi film „Disco polo” Macieja Bochniaka z Dawidem Ogrodnikiem, Joanną Kulig i Tomaszem Kotem w rolach głównych. Miał być hit, a jest kit. W filmie bowiem najlepsza jest chyba… muzyka disco polo - pisze "Gazeta Polska Codziennie".

Tomek (Dawid Ogrodnik) marzy o karierze gwiazdy disco polo. Mimo że prowadzi nudne życie na prowincji, nie chce się pogodzić z brakiem perspektyw. Jego muzyczny dryg przejawia się nie tylko rytmicznym drganiem odzianych w – a jakże – białe adidasy stóp. W głowie Tomka trwa wciąż proces twórczy, który każe mu pisać teksty o tym, że „miała matka syna” albo że chciałby „być gąbką, która myje twoje ciało”. Jak wkrótce się przekonamy, talent naszego bohatera nie da się dłużej tłumić w jego wątłym i bladym ciele okrytym białym T-shirtem i jeansami z wysokim stanem. Pojawi się bowiem moment, kiedy chłopaka olśni genialna myśl: „skoro nic nie mam, to nic nie mogę stracić”. Tomek śmiało podąża za tym przeświadczeniem, werbuje do pomocy swojego kumpla „Rudego” (Piotr Głowacki) i zakłada discopolową grupę Laser. I tak oto mamy muzycznego Nikosia Dyzmę. Tomek z obklejonego plakatami zapyziałego pokoju na przedmieściach trafia do centrum nagraniowego, rządzonego przez charyzmatycznego producenta Daniela Polaka (Tomasz Kot).

Widzowie, którzy mieli nadzieję, że w tej – już głośnej – produkcji poznają genezę fenomenu popularności muzyki disco polo w latach 90. w naszym kraju, boleśnie się zawiodą. Zamiast choćby ziarna prawdy na temat mechanizmów muzycznego rynku i popytu na produkcje lekkie, łatwe i przyjemne, dostajemy pełną absurdów, odrealnioną do granic możliwości, historyjkę pewnego zespołu. Absurdy mieszają się tu z przenośniami, tak jak cekiny z serpentynami. W warstwie wizualnej mamy zabawę konwencjami oraz przerysowania postaci i sytuacji – to akurat się tłumaczy. Ale w warstwie fabularnej nie mamy wiele. Historię zespołu, który z remizy strażackiej w ciągu chwili trafia do największej stacji telewizyjnej disco polo, można wymyślić w trzy minuty i opisać w trzech zdaniach. Nietrudno odnieść wrażenie, że tak powstała oś scenariusza. Jednym słowem film jest scenariuszową katastrofą, którą pogłębiają zdjęcia jachtu na pustyni (sic!), golfistów morderców czy kabrioletu z obklejoną różowym puchem kierownicą. Jeśli miałkością formy filmowcy chcieli oddać miałkość disco polo, to efekt jest odwrotny do zamierzonego. W tym filmie broni się tylko muzyka, która mimo naiwności tekstów i tragicznego wykonawstwa ma w sobie jakiś element szczerości.

Więcej w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie".