- Polacy dziś łakną sukcesów. Chcą być z czegoś dumni. To zresztą dotyczy nie tylko husarii, ale naszej przeszłości w ogóle. Mamy piękną historię i w końcu możemy nią się cieszyć - mówi w rozmowie z "Gazetą Polską Codziennie" Radosław Sikora, współautor albumu "Husaria Rzeczpospolitej".

Jest Pan ekspertem od spraw husarii. Autorem wielu naukowych publikacji i książek. Czy temat kawalerii XVI- i XVII-wiecznych nie jest już wyczerpany dla badacza?
To, co teraz powiem, może być banalne, ale im więcej wiem na temat husarii, czy w ogóle kawalerii staropolskiej, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak wielu rzeczy jeszcze nie odkryto. Jest to temat praktycznie nie do wyczerpania.

Jest Pan na tropie rozwiązania jakiejś konkretnej zagadki?
Ostatnio szczególnie interesuje mnie, jak to się stało, że tak wspaniała formacja w tak krótkim czasie, bo w ciągu zaledwie kilku pierwszych lat XVIII w., tak bardzo straciła na znaczeniu. Co prawda różni historycy wyrażali już swoje poglądy na ten temat, ale nie jestem do nich szczególnie przekonany. Na przykład zdecydowanie odrzucam jedno z proponowanych wyjaśnień, że stało się to z powodu wprowadzenia na pola bitew szybkostrzelnych muszkietów. Dlaczego? Choćby dlatego że kawaleria jako taka istniała aż do XX w., a efekty jej piorunujących szarż wykorzystywał taki geniusz wojny, jak Napoleon Bonaparte. Gdyby na początku XVIII w. broń palna spowodowała kryzys husarii, to wiek później, kiedy ta broń była jeszcze doskonalsza, nie byłoby możliwe zdobycie przez polskich szwoleżerów przełęczy Somosierra. Napoleona trudno nazwać dyletantem w sprawach wojskowych, a przecież swoich kirasjerów wykorzystywał do przełamujących szarż, podobnie jak Sobieski swoich husarzy. Nie o rozwój broni palnej więc tu idzie. A o co? Moim zdaniem odpowiedzi trzeba szukać w motywacji i morale ludzi służących w husarii. I to szukać znacznie głębiej, niż to do tej pory robiono.

Za co pokochał Pan husarię?
Trudne pytanie. Myślę, że na samym początku moje zainteresowanie husarią wynikało z innych źródeł, niż ma to miejsce dziś. Wówczas irytował mnie powtarzany za Jerzym Teodorczykiem całkowicie błędny obraz „rozstrzeliwanych przez salwy muszkietowe” husarzy. To jeden z mitów, z którym rozprawiłem się już ponad dekadę temu, a który powraca w wielu moich kolejnych pracach.
Dzisiaj fascynuje mnie bardziej co innego: ludzie i ich motywacja. Gdyż to nie tyle technika wojenna, co walczący ludzie decydowali o zwycięstwach czy porażkach.

Motywacją było szerzenie chwały Rzeczypospolitej?
Motywacje były złożone i różnorodne. Wśród nich także chęć zdobycia sławy. Nie tylko osobistej, lecz także sławy narodu i Rzeczypospolitej.

Aukcje internetowe zasypane są husarskimi gadżetami, w tym głównie koszulkami. Można nabyć też coś, co opisane jest jako szabla husarska. Skąd Pana zdaniem taka moda na husarię właśnie teraz?
Z coraz większej świadomości naszych rodaków. Do Polaków powoli dociera, że mieliśmy w swoich czasach coś takiego, czego przez bardzo długi czas zazdrościł nam cały świat.
Ludzie łakną sukcesów. Chcą być z czegoś dumni. To zresztą dotyczy nie tylko husarii, ale naszej przeszłości w ogóle. Mamy piękną historię i w końcu możemy nią się cieszyć. Efekty tego są takie, jak Pani opisała. Zresztą przewiduję, że to dopiero początek tej drogi. Proszę zobaczyć, że przemysł filmowy jeszcze nie „zagospodarował” husarii. Ostatni polski film z udziałem husarzy („Ogniem i mieczem”) nakręcono 16 lat temu. A i „skrzydlatych jeźdźców” przedstawiono w nim w nieciekawym świetle. Wbrew historycznym faktom pokazano, jak husaria w bitwie nad Żółtymi Wodami tonęła w błocie. Prędzej czy później jednak i filmowcy zrozumieją, że Polacy mają dość serwowanej nam dotąd martyrologii i że chcą oglądać również filmy o naszych nieprawdopodobnych wręcz sukcesach. A takowych, właśnie dzięki husarzom, mamy bardzo dużo. Przykładem jest choćby zajęcie przez Polaków Moskwy po spektakularnym zwycięstwie husarzy w bitwie pod Kłuszynem. Jeśli ktoś wreszcie zrobi pierwszy krok, okaże się on sukcesem komercyjnym. Moim zdaniem to prawdziwa „żyła złota”.

Całość wywiadu w "Gazecie Polskiej Codziennie"