Fabuła filmu Łukasza Barczyka pt. „Hiszpanka” jest tak udziwniona, że najzwyczajniej w świecie aż głupia. Producent, scenarzysta i reżyser w jednej postaci chciał zrobić film o seansach spirytystycznych, ale wtedy dotację mógłby uzyskać jedynie od przaśnych telewizji ezoterycznych. Filmowiec postanowił więc udać, że robi film o Powstaniu Wielkopolskim i mistrzu Ignacym Janie Paderewskim.

Przerysowane postaci w baśniowej wręcz scenerii. Obfite biusty, bajeczne maszyny latające i nadmiar brzydkich bohaterów charakterystycznych. I centrum tej nierzeczywistej opowieści – maszynka do zabaw w czary-mary. Takimi środkami wyrazu Barczyk postanowił opowiedzieć o Powstaniu Wielkopolskim i Ignacym Janie Paderewskim (w tej roli Jan Frycz). Pomysł odważny, ale niosący duże ryzyko posądzenia pomysłodawcy o kpinę z narodowego zrywu i naszego bohatera. Szczególnie że rozdającymi karty w tej grze nie są stratedzy wojenni i najwybitniejszy polski dyplomata, tylko… czarodzieje. Media ze złymi mocami kryjącymi się w ich ohydnych głowach i ukrytych pod skórzanymi rękawicami palcach. A ponieważ mają też wątpliwe morale, pracują dla tego, kto więcej im zapłaci. Walka czarodziejów toczy się o zdrowie i życie Paderewskiego. I właściwie więcej o fabule nie ma co pisać, bo jest tak udziwniona, że najzwyczajniej w świecie aż głupia, jak pomysł dorzucenia do fabuły choroby, na którą ma zapaść Paderewski – hiszpanki.

Być może Łukasz Barczyk miał ambicje zrobienia artystycznego filmu o seansach spirytystycznych. Jednak kto dałby mu pieniądze na taką produkcję? Może jedynie przaśne kanały telewizji ezoterycznych. Podpinając więc swoją artystyczną wizję pod wątek historyczny, zyskał bardzo wiele. Dosłownie. Produkcja kosztowała 24 mln zł. Ćwierć tej kwoty, czyli 6 mln zł, pochodzi z budżetu województwa wielkopolskiego. W finansowanie „Hiszpanki” włączył się też Polski Instytut Sztuki Filmowej kwotą 2 mln zł. A Ignacemu Janowi Paderewskiemu pozostało przewracać się w grobie