Wiara, walka i poświęcenie. To rzeczy unikatowe na skalę europejską i światową. Teraz, gdy Ukraińcy zostali napadnięci i bronią się przed inwazją ze Wschodu, jestem z nimi całym sercem - z Wojciechem Muchą, dziennikarzem, korespondentem z Ukrainy, autorem książki „Krew i ziemia”, rozmawia Sylwia Krasnodębska.

We wstępie do Twojej książki Paweł Kowal pisze „nie jesteśmy ukrainofilami”. Skąd pomysł na taki początek publikacji?
Ja również nie jestem ukrainoflilem, podobnie jak Włodzimierz Bączkowski i Paweł Kowal. Nie jestem też ukrainofobem. Te dwie postawy, tak częste w polskiej debacie publicznej i de facto ją determinujące, to „zło”, które nie pozwala nam realnie spojrzeć na sytuację na Wschodzie. Oczywiście, mam na Ukrainie przyjaciół, mam piękne wspomnienia i sporo planów. Staram się jednak patrzeć realnie. I pomimo zastrzeżeń zarówno do postaw samych Ukraińców, jak i państwa ukraińskiego, których w książce pełno, doświadczenie i realizm polityczny (zbudowany na bazie doświadczeń historyczno-politycznych naszej polskiej wspólnoty, obserwacji, wielu miesięcy analizy tego, co się dzieje nad Dnieprem) każe stanąć w tym konflikcie po stronie Ukraińców. Zwykłych, prostych ludzi, chcących zmian w swoim życiu i kraju dla swoich rodzin i dzieci. To oni są ofiarą tej wojny.

W ciągu roku byłeś na Ukrainie 12 razy. W tym m.in. podczas najkrwawszych walk na majdanie, wyborów prezydenckich w opanowanym przez terrorystów Doniecku czy w strefie działań antyterrorystycznych w bazie przyfrontowej (wraz z konwojem w ramach akcji „Jestem Polakiem – pomagam Ukrainie”). Czy zakochałeś się w ukraińskim pragnieniu wolności?
Pragnienie wolności jest uczuciem uniwersalnym. Nie ma jakiegoś specyficznego „ukraińskiego” pragnienia wolności. Jest ono oczywiście zdeterminowane przez sytuację bieżącą i realia polityczne, ale to takie samo pragnienie, jak polskie lat 80., węgierskie roku 1956, czechosłowackie ’68, tureckie, egipskie etc. Pragnienie zwykłego człowieka, który zobaczył samego siebie w oczach brata, i postanowił razem z nim przystąpić do walki o lepsze jutro dla swoich dzieci.

Czy podczas pobytu na Ukrainie wydarzyło się coś szczególnego, co wyjątkowo zapadło Ci w pamięć?
Takich rzeczy jest mnóstwo. Majdan i wojna na Ukrainie to jedne z najsilniejszych
doznań w życiu. Możliwość uczestnictwa we wspólnocie ludzi pochodzących z różnych środowisk, a tymczasowo godzących się ze sobą co do celu i dążących do niego. Wiara, walka i poświęcenie. To rzeczy unikatowe na skalę europejską i światową. Teraz, gdy Ukraińcy zostali napadnięci i bronią się przed inwazją ze Wschodu, jestem z nimi całym sercem.

Twoja książka jest też o hipokryzji polityków UE. Jerzy Buzek mówi Ci na majdanie o solidarności z Ukraińcami, ale zaraz przyznaje, że wszystko w ich rękach, a Unia niewiele może im pomóc. Byli też tacy politycy, którzy robili sobie selfie na barykadach...
Tak właśnie jest. Zwróć uwagę, jak często w przekazie medialnym pojawia się zdanie: „Zachód trzęsie się z oburzenia i wyraża zaniepokojenie”. Analiza wydarzeń na Ukrainie to studium hipokryzji, bierności, ale i strachu „sytego” Zachodu. Strachu przed historią, która może wyjść z muzeum. A tak się stało. Konflikt ukraińsko-rosyjski to najpoważniejszy kryzys w Europie od czasów zimnej wojny. Ani Polska, ani reszta Zachodu nie powinni zostać bierni. Cieszy, że przynajmniej Polacy bierni nie zostają i chętnie pomagają Ukrainie.