„Gra tajemnic” pokazuje Brytyjczyka Alana Turinga, który złamał kod Enigmy, jako – dosłownie – kogoś lepszego od Boga, jako samotnego geniusza, który zakończył wojnę i ocalił miliony ludzi. A to już nie tyle nadużycie, ile propaganda. Bez wcześniejszego sukcesu Polaków Turing niewiele by osiągnął. Ale trudno mieć żal do Brytyjczyków. Adresatami pretensji powinni być polscy współcześni filmowcy, którzy wolą opowiadać o polskich grzechach (lub wyobrażeniach o nich), a nie o polskich osiągnięciach.

Ekscentryczny, arogancki, wyobcowany. Matematyk Alan Turing (Benedict Crumberbatch) ma wszystkie cechy człowieka, którego nazywamy dziwakiem. Nie przeszkadza mu to jednak w rozwijaniu swojego geniuszu, czyli matematycznych zdolności. Gdy trafia do zespołu Brytyjczyków, którzy mają złamać kod niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma, nie spotyka się ze zrozumieniem. Ani on, ani jego pomysły na rozwiązanie zagadki wszech czasów. Po długich miesiącach wytężonej pracy tworzy własny zespół pracowników, dla których testem kwalifikacyjnym jest rozwiązanie krzyżówki. W końcu konstruuje maszynę, która… okazuje się bezproduktywna. I dopiero – jak na filmową opowieść przystało – luźna rozmowa w knajpie nasuwa mu genialną myśl…

Wątek Polaków pojawia się w tym filmie dwa razy. Gdy mowa jest o przechwyconej przez nas szyfrującej maszynie i gdy mowa o autorach systemu, który jest przestarzały i wymaga udoskonalenia. Obie informacje są tu prawdziwe. Jednak pokazanie Brytyjczyka jako – dosłownie – kogoś lepszego od Boga, jako samotnego geniusza, który zakończył wojnę i ocalił 14 mln ludzi, jest już nie tyle nadużyciem, ile propagandą. Dla ścisłości faktograficznej warto podkreślić, że szyfrogramy zakodowane za pomocą Enigmy udało się rozszyfrować po raz pierwszy polskim kryptologom w 1932 r. Ojcami tego sukcesu byli genialni matematycy: Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski. Gdyby nie ich odkrycia, Turing nie miałby co robić! Nie miałby nad czym pracować. Turing kilka lat później, w czasie wojny, dysponując kolosalnymi rządowymi pieniędzmi, których Polacy nie mieli, mógł jedynie udoskonalać ich wynalazek.

Film ogląda się z przyjemnością, ale trudno mówić tu o rewelacji. W warstwie realizacyjnej jest tak poprawny, że aż nudny. Benedict Cumberbatch należy do grona wytrawnych aktorów i taki też okazał się w tej produkcji. Jednak wcielanie się w postać… 27-latka budzi uczucie politowania. Jego narzeczona Joan (Keira Knightley) ma niespójną sylwetkę psychologiczną, a depczący geniuszowi po piętach detektyw Robert Nock (Rory Kinnear) okazuje się postacią „letnią”. Filmowcy nie popisali się też niczym wyjątkowym, pokazując proces twórczy matematycznego geniusza. Poza rozwieszaniem karteczek na ścianie i zrezygnowanej miny bohatera bezradnie patrzącego na pracę skonstruowanej maszyny nie dostajemy zbyt wiele. Nie dane jest nam „posmakować” niewątpliwego geniuszu bohatera. Tym bardziej dziwi fakt, że Akademia Filmowa przyznała tej produkcji aż 8 oscarowych nominacji! Nie znajduję innego wytłumaczenia jak to, że stało się to dzięki rozdmuchanemu przez filmowców wątkowi homoseksualizmu Alana i dramatów, jakie w związku z tym w powojennej Anglii go spotykały. Sam finał filmu trąci wręcz gejowskim manifestem, co nasuwa hipotezę, że posypią się Oscary.