Rok Pawlika i... Violetty

  

Minął nam muzyczny rok 2014. Rok wzlotów, rok wpadek, ale i rok nadziei. Dla mnie rok ucieleśniający słuszność twierdzenia, że trudno być prorokiem we własnym kraju.

Jeśli kiedyś będziemy szukali naturalnej cezury, pewnego charakterystycznego znaku połączonego z liczbą 2014, to będzie to pierwsza nagroda Grammy dla naszego jazzmana. Przykład Włodka Pawlika i jego lauru otrzymanego od amerykańskiego przemysłu muzycznego to jaskrawa emanacja naszej popkulturowej zaściankowości. Oczywiście, jeśli jazz uznać za wykwit kultury masowej. Pawlik, genialny pianista i kompozytor, twórca-autor wielu wspaniałych płyt, trafił do głównego muzycznego krwiobiegu dopiero, kiedy jego talent uhonorowali za Atlantykiem. Do tego momentu był ceniony, poważany, ale przez koneserów i wąskie grono zorientowanych melomanów. Znakomity album „Night in Calisia” zmienił to radykalnie. Środowisko zaczęło nadrabiać zaległości, próbować ogrzać się w blasku sukcesu słynnego mieszkańca podwarszawskiej Podkowy Leśnej. Nagrody zaczęły sypać się jedna za drugą, wszelakie tytuły artysty roku, prasowe laurki, nawet tabloidy i pisma kobiece poznały się na jazzie. I tu powstaje pytanie, czy stałoby się tak, gdyby nie sukces w jaskini lwa? Rok 2014 uzmysłowił mi, jak bardzo wirtualny jest świat naszego muzycznego biznesu, jak bardzo podlega on sztucznej kreacji, mdłej promocji, a prawdziwy, oszlifowany po mistrzowsku diament zaczyna mienić się feerią barw brylantu dopiero, gdy odkryją go na szeroką skalę inni. Szczęśliwie my z Włodkiem Pawlikiem byliśmy od zawsze. Ten brylant cieszy nas od kilku dekad.

Wirtualny byt

Kiedy spojrzymy wstecz w miniony rok, muzycznie był potwierdzeniem całkowitej zmiany rzeczywistości. Podtrzymał – co potwierdza trend – wyższość plików nad tradycyjnymi nośnikami (tzw. kopie fizyczne). Ot, namacalna, zapakowana w pudełko płyta ostatecznie przegrała z elektronicznymi ściągnięciami. Pokolenie facebookowe nie chodzi do sklepu, a klika w necie, ładując pliki na przenośne urządzenia muzyczne, przepraszam – do pamięci masowych smartfonów i playerów plików. Ale... Gdy liczba wirtualnie pobranych płyt czy pojedynczych utworów z internetowego oceanu bitów rośnie, fenomenem jest podwajająca się z roku na rok liczba sprzedawanych płyty winylowych! Wielkie tytuły ze sklepowych półek czy internetowych sklepów z plikami wręcz muszą mieć inkarnację na czarnej płycie.

Nomen omen, słynny album Pawlika doczekał się również wydania na winylu! Ale skoro mowa o wirtualnym bycie, to można zauważyć, że w Polsce mamy klika samoistnych muzycznych światów. Rządzą się swoimi realiami, a działają wyłącznie pod dyktando radiowych playlist, idąc na pasku tzw. fokusów, czyli wyników badań rynkowych z tak zwaną słuchalnością na czele. Główne rozgłośnie stają się demiurgami, kreują własne gwiazdy, z kapelusza wyciągając już nawet nie gwiazdeczki jednego sezonu, a kometki. Lśnią chwilę i nikną w ciemności. Napędza je reklama i częstotliwość odtworzeń na antenie. Wciskana papka, jak kłamstwo powtarzane po wielokroć, staje się prawdą, a gniot hitem. A co z prasą? W wersji „papierowej” wygląda to tak: reklama płyty opłacona przez wydawcę, wywiad z artystą będący częścią umowy promocyjnej (zgadnijcie, kto zazwyczaj płaci?) i wreszcie recenzja gdzieś na kolumnach kulturalnych. Ręka rękę myje... No i jak tutaj oceniać muzycznie rok, gdy większość odbiorców nieświadomie staje się marionetkami w rękach wielkich kreatorów muzycznych mód?

Prawda leży obok

Za nami rok zamykający rozdział Pink Floyd, płyta tej legendy rocka zatytułowana „The Endless River” dopełnia ikonicznego obrazu brytyjskiego fenomenu. Za nami również rok świetnych albumów z koncertową multimedialną wersją „Biophilii” Björk i „Migracjami” Meli Koteluk na pierwszym planie. Zapadnie nam on również w pamięci dzięki Kazikowi i jego zakażonym frazom, Wojtkowi Konikiewiczowi („Free Cooperation” w serii Polish Radio Jazz Archives), Braciom Figo Fagot (to dla wtajemniczonych), Milo Kurtisowi i jego formacji Naxos (zjawiskowa „Podróż Dookoła Mózgu”) oraz mądrym muzycznie i poetycko-lirycznie albumom Grażyny Auguścik „Inspired by Lutosławski”, Piotra Bukartyka „Kup sobie psa” i jak zwykle rewelacyjnemu Grzegorzowi Turnauowi – „7 widoków w drodze do Krakowa”. To był też rok genialnych nowości. Ot, choćby Marcina Wasilewskiego („Spark of life”), Adama Cohena („We Go Home”) czy zjawiskowej Annie Lenox z „Nostalgią”. Przez 12 miesięcy królowała niezależność, jak choćby w wypadku Artura Rojka „Składam się z ciągłych powtórzeń” („Beksa” i „Syreny” – absolutne tytuły aspirujące do miana hitu minionego roku), płyt spod szyldu wytwórni Innersong z „11” Lari Lu i „Wounds and Bruises” Kari Amirian (choć ten ostatni ma na okładce datę 2013, to w naszej świadomości zaistniał dopiero w 2014 r.). I wreszcie dla mnie to rok megadebiutu szwedzkiej formacji Dirty Loops. Ich „Loopified” (upraszczając, mieszanina Earth, Wind & Fire, Take 6 i Elektric Band Chicka Corei) to mój osobisty numer jeden roku 2014. Płyta, która raz włożona do odtwarzacza pozostaje w nim przez wiele tygodni. Tak jak „Honey Trap” Johna Portera, „Dawne tańce i melodie” Woobie Doobie czy do krwi jazzowa „Stalgia” genialnego trębacza Jerzego Małka.

A na koniec coś o koncertach. Polska przestała być obrzeżem wielkich tras koncertowych. Owszem, nie da się Warszawy, Wrocławia czy Łodzi porównać do Berlina, ale wielkie nazwiska trafiające do nas z całą otoczką gigantycznych produkcji muzycznych to codzienność. Namacalnym dowodem jest koncertowy album megagwiazdy muzyki – formacji TOTO, zarejestrowany w... Łodzi. Do Polski przybywają postacie z okładek wszystkich muzycznych magazynów, tych popowych, rockowych, jak i jazzowych. Klasyczni melomani też nie mogą narzekać, odwiedzają nas najlepsi (orkiestrowa superliga), a występ Krystiana Zimermana z Filharmonikami Narodowymi z muzyką Lutosławskiego to przykład na to, że kanon naszej sztuki potrafi być doceniony i kultywowany.

Ale... Niestety, w tym szaleństwie dyktatu biznesu nad sztuką jest też coś zdumiewającego. O ile na wszystkie najważniejsze koncerty minionego roku bilety można było kupować przez kilka dni, to na marcowy tegoroczny występ Violetty, gwiazdy papkowatego, choć sympatycznego cyklu w jednej z komercyjnych telewizji dziecięco-młodzieżowych, bilety na dwa koncerty (łódzka Atlas Arena) uleciały w mig! Cóż, może mnie to dziwić, ale czy powinno, skoro widzę, jak córka ogląda Violettę? Oczywiście bilet na ten show dostała „pod choinkę”. Popyt jest tak wielki, że latem Violetta zawita na Stadion Narodowy. Cóż, między wielkością a śmiesznością – jak mawiał Napoleon Bonaparte – jest jeden krok.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie


Wczytuję komentarze...

Co przemilczano w produkcji Sekielskich? W "Końcu systemu" o agenturalnej przeszłości bohaterów filmu

Zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com/CC0/Senlay

  

Trzech bohaterów filmu braci Sekielskich "Tylko nie mów nikomu" - Alfreda Cybulę, Jana A. oraz Eugeniusza M. - łączy jeden wspólny mianownik. Wszyscy trzej byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa. Tej informacji w filmie jednak próźno szukać. Prof. Jan Żaryn w programie Doroty Kani "Koniec systemu" mówił o zasadzie "korek, rozporek i worek", stosowanej bezwzględnie w komunistycznej bezpiece. - Chodziło o alkoholizm, wszelkie formy rozpusty, jak pederastia czy posiadanie nieślubnych dzieci, oraz pieniądze, które są pewną formą uznania przez SB, że po rozpoznaniu danego kapłana można mu zaproponować duże pieniądze – wszystko po to, aby księża stali się posłusznymi narzędziami - tłumaczył historyk.

Znajdujące się w Instytucie Pamięci Narodowej dokumenty dotyczące księży – Alfreda Cybuli, Jana A. oraz Eugeniusza M.- bohaterów filmu Sekielskich, mają wspólny mianownik – byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa. Informacje na temat duchownych trafiły do zajmującego się walką z Kościołem Katolickim Departamentu IV komunistycznego MSW.

Jan A. został zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa jako TW „Paweł”. W jego teczce znajduje się informacja o skłonnościach duchownego do młodych dziewcząt, jednak o tym w dokumencie nic nie ma.

W zasobach IPN znajdują się także dokumenty dotyczące kolejnych bohaterów filmu Tomasza Sekielskiego – księdza Alfreda Franciszka Cybuli – zarejestrowanego jako TW „Franek” oraz Eugeniusza M. - zarejestrowanego jako TW „Sikorski”. Wymienieni księża utrzymywali homoseksualne kontakty z ministrantami; o swoich traumatycznych przeżyciach ich ofiary – już jako dorośli mężczyźni -opowiedzieli w filmie.

Z dokumentów dotyczących Alfreda Franciszka Cybuli (ur. 10 sierpnia 1940 – zm. 21 lutego 2019 r.) wynika, że został on zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Franek” 28 listopada 1969 roku na zasadzie dobrowolności do zagadnień dotyczących kleru. Materiały dotyczące ks. Cybuli – jak czytamy w notatce SB – zostały 21 lutego 1990 roku „komisyjnie zniszczone we własnym zakresie ze względów operacyjnych” .

Ksiądz Cybula od 1981 roku utrzymywał bliskie kontakty z Lechem Wałęsą, podobnie ksiądz Henryk Jankowski - w filmie jest pokazana scena obalenia jego pomnika w Gdańsku i jest on wymieniony w kontekście księdza Cybuli. Według ustaleń historyków, ksiądz Henryk Jankowski został zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa jako kontakt operacyjny.

W rozmowie z Dorotą Kanią w programie "Koniec systemu", prof. Jan Żaryn stwierdził, że "nie tylko Wałęsa wiedział o agenturalnej przeszłości ks. Cybuli". 

- Przypomnijmy, że jako pierwsza komisja, która weszła na teren akt SB składała się z takich osób, jak Bogdan Kroll, prof. Jerzy Holzer historyk z PAN, historyk prof. Andrzej Ajnenkiel i Adam Michnik, ówczesny poseł OKP oraz jednocześnie redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Ta czwórka zdobyła pewną wiedzę, którą będzie do końca życia obciążona. Ta decyzja, i kolejnych ludzi, którzy weszli do tych akt, mogła uzdrowić nasze życie społeczno-polityczne. Tamci ludzie podjęli decyzję, że będzie można wykorzystać różne postawy z przeszłości do tego, żeby wygrywać w bieżącym życiu politycznym. Niezależnie od tego, czy widzieli wszystkie akta, to przez to, że zdecydowali się wykluczyć innych w latach '90, my Polacy nie mieliśmy odpowiedniej wiedzy. Próba lustracji nie powiodła się nie dlatego, że była źle przygotowana, tylko dlatego, że ówczesna strona posiadająca władze nie dopuściła do tego

- powiedział prof. Żaryn.

Wcześniej gość Doroty Kani tłumaczył zasady działania bezpieki przy werbowaniu duchownych i zobowiązywania ich do współpracy. Powiedział o stosowanej - najpierw przez UB, potem przez SB - zasadzie "korek, rozporek i worek".

-  To były zasady brutalnie nazwane przez aparat bezpieczeństwa. Chodziło o alkoholizm, wszelkie formy rozpusty, jak pederastia czy posiadania nieślubnych dzieci oraz pieniądze, które są pewną formą uznania przez SB, że po rozpoznaniu danego kapłana można mu zaproponować duże pieniądze – wszystko po to, aby księża stali się posłusznymi narzędziami

- ocenił Jan Żaryn.

Więcej o tym, co zostało przemilczane w filmie Sekielskich - w tekście Doroty Kani w środowym wydaniu tygodnika "Gazeta Polska" - NIE PRZEGAP

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: telewizjarepublika.pl, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl