Dżungla jest gęsta. Nie ma ścieżek jak w Kampinosie (śmiech). Nawet nie ma na czym usiąść, a nawet jak już znajdziesz taki skrawek, to zaraz coś po tobie zaczyna pełzać. Tam jest mnóstwo naprawdę obrzydliwego robactwa. Które wchodzi... wszędzie – mówi podróżnik Stefan Czerniecki, autor książki „Czekając na Duida. Śladem szeptu amazońskiego potoku”, w rozmowie z Sylwią Krasnodębską.

Skąd był pomysł wyjazdu do Wenezueli? Do zakazanych terenów Amazonii? Czytając Pana książkę „Czekając na Duida. Śladem szeptu amazońskiego potoku” można dojść do wniosku, że zdecydował się Pan na podróż tylko dlatego, że wszyscy uznali, że jest niemożliwa. Od czasów Chaveza biały człowiek nie w płynął w górną część Orinoko. Chciał Pan chciał zrobić wszystkim sceptykom na przekór?
To też (śmiech). Jako dziecko byłem marzycielem. Zresztą, chyba wciąż nim jeszcze jestem. Chciałem być Piotrusiem Panem, czyli kimś, kto lata między obłokami, zniża się, chmury się rozstępują i w tej dziurze dostrzega zarys jakiegoś tajemniczego lądu. Skrawek bezludnej ziemi, dżungli, czy pustyni, na której ląduje. Przez dwadzieścia lat takie miałem marzenia. Chciałem dotrzeć tam, gdzie nikogo nie było.

Po co?
Rozumiem, że dla dobra wywiadu powinienem teraz odpowiedzieć, że „dla urzeczywistnienia dziecięcych marzeń”, „dla spełnienia siebie”. I poniekąd pewnie tak też było. Uczciwość jednak nakazuje dodać, że także z próżności, z pychy. Człowiek już tak ma, że próbuje się wybić, zrobić coś, czego innym się nie udało. To takie typowe dla nas, panów zwłaszcza. Myślę, że jedną z największych prac Pana Boga nad nami jest właśnie uklepywanie z tej naszej dumy i próżności czegoś dobrego. Przemienianie. Ciężka robota.

Pana wyjazd mógł się skończyć tragicznie. Poza śmiercionośną zwierzyną tereny Amazonii strzeżone są przez wojsko. Ile razy chciał się Pan wycofać z tej podróży?
Wiele, był nawet moment, że chciałem oddawać pieniądze sponsorowi.



Udajemy się w dziewicze tereny. Nie jedzie Pan tam sam. Jest z Panem kolega Kuba. To, co mnie uderzyło w opowieści o tym, jak dobierał Pan sobie kompana do podróży było to, że musiał to być chłopak, który będzie mógł... pana nieść.
Jak mnie coś na przykład w dżungli użądli. Albo jego. Jeden musi być w stanie fizycznie pomóc drugiemu. Bez Kuby ten wyjazd by się nie udał. Bardzo mi pomógł. Już nie żyje. W książce proszę o modlitwę za jego duszę.

Zastanawiam się nad pokusą, którą ma autor podróżnik, by w swojej książce koloryzować rzeczywistość. Był Pan w tak niedostępnym miejscu, że nikt właściwie nie jest w stanie zweryfikować tego, co Pan napisał...
Staram się uczciwie podchodzić do swojej pracy. Oczywiście dokonuję pewnych skrótów. Jeśli chodzi o dżunglę, to nie ma co koloryzować. Dżungla jest po prostu nieprzyjemna.

Jak to nieprzyjemna? Widziałam w telewizji i mi się podobała!
Widziała Pani lasek, a nie dżunglę. Dżungla jest gęsta, nie ma ścieżek jak w Kampinosie (śmiech). Nawet nie ma na czym usiąść, a nawet jak już znajdziesz taki skrawek, to zaraz coś po tobie zaczyna pełzać. Tam jest mnóstwo naprawdę obrzydliwego robactwa. Które wchodzi... wszędzie.