Ćwiczenia z arytmetyki (2)

Biel, czerń i różne odcienie szarości. Aparat fotograficzny musiał być umieszczony kilka metrów nad poziomem podłogi wyłożonej kafelkami – dużymi białymi ośmiokątami i małymi szarymi rombami.

Biel, czerń i różne odcienie szarości. Aparat fotograficzny musiał być umieszczony kilka metrów nad poziomem podłogi wyłożonej kafelkami – dużymi białymi ośmiokątami i małymi szarymi rombami. Białe są tu fartuchy młodych matek, białe beciki i białe troczki, którymi je przewiązano, białe czepki pielęgniarek i kitel lekarza (jego siwa głowa odbija światło, widocznie stoi tuż pod żarówką).
 
Z przodu, między środkiem a lewym dolnym rogiem zdjęcia, matka bliźniaków (jeden powijak spoczywa na jej lewym ramieniu, drugi na materacu – dobrze widać twarz dziecka pogrążonego we śnie). Kolejna kobieta gładzi główkę swojego malucha, jej piersi są do połowy odsłonięte, twarz pochylona, ciemny pukiel opada na prawy policzek. Czarne są włosy bliźniaków z pierwszego planu, czarne głowy kobiet w połogu i grzywki oddziałowych sióstr wymykające się spod czepków. Czarny jest but pielęgniarki, która przyklękła na jedno kolano i rozwiązuje becik tamtej kobiety przykrytej czarnym kocem, pod ścianą po prawej. Nieco wyżej czarne płaszczyzny w białym obramieniu, chyba okna zaklejone papierem, w myśl zasad zaciemnienia (białe światło wskazuje cel pilotom czarnych bombowców).
Problemat arytmetyczno-geometryczny: ile kobiet i ile niemowląt może się zmieścić na podłodze korytarza w szpitalnej piwnicy? Odpowiedź: dużo, o wiele więcej, niż możecie sobie wyobrazić.

Tragedia czy komedia?

Fotografię, o której mowa, wykonaną 9 września 1939 r. w podziemiach Szpitala Ginekologicznego Świętej Zofii przy ul. Żelaznej 90 róg Nowolipia, amerykańscy czytelnicy prasy ilustrowanej mogli obejrzeć w jednym z grudniowych wydań magazynu „Life”. Zdjęcie opatrzono komentarzem: „[…] Niektóre z tych dzieci, najpierw o mały włos nie umarły przy swoich narodzinach, a następnie ranione odłamkami pocisków wyzdrowiały dzięki poświęceniu lekarzy. Innym nie udało się przetrwać”.

Fotoreportaż Juliena Bryana nosił tytuł „Last Days of Warsaw”.

Życie i śmierć. Ostatnie i pierwsze dni. Agonia i narodziny. Te pary pojęć przeciwstawnych dobrze oddają dramat, którego niewielki epizod przedstawia znakomite zdjęcie Bryana.

W pierwszym miesiącu wojny Szpital św. Zofii był bombardowany dwukrotnie. Po raz wtóry – 14 września. Zapewne nie wszystkim, których twarze uwiecznił Amerykanin, udało się przetrwać do końca oblężenia. Ci, którzy wyszli cało, przez pięć kolejnych lat mieli przeżywać tragedię okupacji, wreszcie – zaplanowane i zrealizowane z żelazną konsekwencją unicestwienie miasta, które jeszcze raz odważyło się rzucić wyzwanie totalitarnej machinie Hitlera. Zanim to jednak nastąpiło, warszawiaków czekały kolejne dni i tygodnie oblężenia, aż do kapitulacji w ostatnich dniach września.

Julien Bryan wydostał się z Warszawy razem z grupą obcokrajowców, m.in. pracowników zagranicznych ambasad, którym Niemcy pozwolili się ewakuować. W tym celu ogłoszono trzygodzinne zawieszenie broni. Gdy kolumna uciekinierów dotarła do pierwszej linii polskiej obrony, przyszedł czas na pożegnania. „Mieliśmy łzy w oczach, a kiedy ściskaliśmy ręce polskim żołnierzom […] i życzyliśmy im szczęścia, w pewnej chwili poczułem wstyd. Wiedzieliśmy bowiem, że choć równie jak my chcieliby się znaleźć w bezpiecznym miejscu, prawdopodobnie zostają tu na pewną śmierć”. Po stronie niemieckiej Bryan i inni mieli doświadczyć teatralnej troskliwości i serdeczności: „Młodzi mężczyźni w nowych, szarych mundurach, uśmiechając się szeroko, wyszli na spotkanie uciekinierom i pomogli im nieść bagaże. Zobaczyłem, jak jeden żołnierz zajmuje się niemowlęciem, inni uprzejmie biorą walizki, a kilku proponuje swoje płaszcze kobietom, które sprawiały wrażenie zziębniętych. Same uśmiechy, kurtuazja i rycerskość. Ostrzeliwali nas i bombardowali od tygodni, a teraz nieśli nasze torby, głaskali dzieci. Żołnierze najwyraźniej byli pod dużym wrażeniem własnej uprzejmości, ponieważ mieli pod ręką sprawnych fotoreporterów prasowych i operatorów filmowych, aby zarejestrować to wydarzenie. Przypominało to wojnę z komedii muzycznej”.

Zagłada miasta

Śmierć ludzka w Warszawie nie była, niestety, śmiercią wodewilową. Bohaterowie nie podnosili się z desek sceny i nie kłaniali (z szerokim uśmiechem) wiwatującej publiczności. W gruzy waliły się nie dekoracje z papieru i tektury, lecz prawdziwe domy. Kurtyna nie zapadała. Każdego dnia niemieccy stratedzy obliczali liczbę obiektów przeznaczonych do zburzenia, a załogi heinkli i dornierów wcielały ich plany w czyn, zasypując miasto gradem bomb burzących i zapalających.

„Wesoła wojna niemiecka! – ironizował w swoich zapiskach Stanisław Rostworowski. – Jak ona burzy nasz polski dorobek w każdej z poszczególnych dziedzin!”. Halina Regulska notowała: „Zmęczeni niedosypianiem, wyczerpani wrażeniami, pozbawieni nadziei przeżycia, codziennie rano otwieramy oczy, by rozpocząć znowu dzień gehenny”. „Nie wiadomo, jak mija ten czas – pisała Monika Żeromska, córka wielkiego prozaika, autora „Ludzi bezdomnych” i „Popiołów” – bo jest to równocześnie bezrealne trwanie, a także najwyższe napięcie oczekiwania tego, co przecież musi nadejść, w końcu musi nadejść i przerwać to, co się dzieje, bo myśmy tylko jakby zapomnieli, że to jest nie do zniesienia. My jeszcze żyjemy, ale czy jeszcze godzinę, czy jeszcze aż dzień – dookoła śmierć i ogień. Nie ma wody, telefonu, jedzenia, światła. Siedzimy skuleni pod tą ścianą kapitalną, na materacach i kołdrach, ściśnięci na podłodze. Dzień, noc, dzień, ale który to dzień, nie wiemy”.

Płoną Nalewki, uboga, gęsto zaludniona dzielnica żydowska – pod ruinami kamienic setki ludzkich ciał, skręconych, zdruzgotanych, zmiażdżonych. Gromki szloch uderza w strop niebieski, po którym fruwają stalowe ptaki. We wnętrzu każdego z nich czteroosobowa załoga – pilot, nawigator i strzelcy. Właśnie przelatują nad Zamkiem Królewskim. Od spadających bomb zapala się wieża zegarowa. Wielka dziura zieje w przedniej ścianie „Zachęty”, balkon w katedrze św. Jana pęka i spada na głowy ludzi zgromadzonych na nabożeństwie. Konają przywaleni kamiennym murem. Ogniem zajmują się Teatr Wielki, Politechnika Warszawska, gmach Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych i pałac Krasińskich. Płoną Szpital Świętego Ducha i Szpital Dzieciątka Jezus, Muzeum Przemysłu i Rolnictwa oraz siedziby Ministerstwa Skarbu i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Półtonowy pocisk uderza w ratusz, przebija strop gabinetu Jana Około-Kułaka. Ciała wiceprezydenta i jego współpracowników lecą w dół, przykrywa je warstwa gruzu, tynku i szkła.

Kiedy oddziały Wehrmachtu wkroczą już do Warszawy, generał brygady Helmuth Stieff, przerażony skalą zniszczeń, napisze do żony, że wstydzi się być Niemcem. „Mieszkańcy przeżywają trudny do opisania dramat – będzie donosił. – Nawet bogaty naród i bogate państwo miałoby trudności z odbudowaniem tego wszystkiego, co wymagało wieloletniej pracy całego narodu, by w ogóle powstać. Tymczasem państwo polskie już nie istnieje, nie ma też żadnych możliwości zarobku, gdyż wszystkie zakłady produkcyjne zostały zniszczone. Jeśli nawet ktoś ma jeszcze pieniądze i kapitał, to ledwie starcza mu na chwilę obecną. [...] Kto ma pieniądze na wstawienie nowych szyb do okien, na naprawę przewodów świetlnych w domach, na zreperowanie uszkodzonych dachów? Nikt! Warszawa to miasto i ludność skazane na zagładę”.

Postscriptum (z wyobraźni)

Sierpień 2014, podberliński dom spokojnej starości. Opa Franz, pogodny staruszek dobiegający setki, wierci się w fotelu przed telewizorem. Drżą mu ręce, gdy odstawia na nocny stolik kubek z herbatą. Uśmiecha się do dziewczyny, która pochylona szczelnie okręca jego artretyczne stopy kraciastym wełnianym pledem. Opa Franz jest sklerotykiem – utracił pamięć kilka lat temu. Czegóż potem nie wyczyniał! Trzeba go było oddać pod opiekę specjalistów, wynająć osobistą pielęgniarkę, tę dziewczynę z Warszawy. Polki są pracowite, w lot chwytają, czego od nich się wymaga. I najważniejsze: żądają za swoją pracę mniej niż Niemki. A Opa Franz? Nie wie już nawet, czy nazywa się Müller, Schmidt czy Schneider. Nie rozpoznaje swoich dzieci i wnuków. Cała przeszłość stała się dlań białą kartą.

Czasem śni mu się jeszcze dziwaczny sen, ten sam co zawsze, teraz jednak całkowicie niezrozumiały. Ma dwadzieścia lat, w czarnej skrzynce ze skrzydłami unosi się nad płonącym miastem, wypatruje dachów ze znakiem krzyża, czerwonego krzyża. Kiedy znajdzie się tuż nad budynkiem oznaczonym w taki sposób, pociąga za dźwignię, a z czarnej skrzynki wypadają kawałki metalu i fruną w dół. Teraz leci nad ulicą, bardzo nisko. Dobrze widzi postacie ludzkie. Nie wie, dlaczego chowają się w bramach kamienic. Chciałby do nich pomachać, zawołać: „Hej, tu jestem! Przed kim uciekacie?”. Za swoimi plecami słyszy rytmiczny klekot, ludzie na ulicy padają. Właśnie wtedy Franz jęczy przez sen, a pielęgniarka zrywa się ze swojej kozetki i gładzi go po rozpalonym czole, po starych, kościstych dłoniach.

Co tydzień dzwonią do niej z Polski. „Jak ci tam jest, wnusiu? – odzywa się w słuchawce drżący kobiecy głos. – Nie wolałabyś do nas wrócić?”. I zawsze coś o drugiej wojnie, o powstaniu. „Babciu, przeszłość to przeszłość, liczy się tu i teraz – odpowiada wnuczka. – Przecież trzeba jakoś żyć”.

Teraz, kiedy pomogła Franzowi umościć się w fotelu, kiedy zawinęła mu nogi w koc, włącza telewizor. Staruszek lubi transmisje sportowe. Nie wiadomo, ile pojmuje z tego wszystkiego, ale zawsze się uśmiecha i mruczy pod nosem. Dziś początek mistrzostw świata w pływaniu. Spiker przedstawia drużyny. Kobieta chwyta kubek z nocnego stolika i wychodzi do kuchni. Na ekranie ekipa polskich pływaków. W tle wesoły głos spikera: „Przyjeżdżają tu rowerami, pływają i wracają do domu naszymi samochodami”. Gromki śmiech publiczności. Brawa.

„Naszymi samochodami” – powtarza bezmyślnie Opa Franz. Ot, arytmetyka historii.

 

Źródło:

Przemysław Dakowicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo