„Najsłynniejszy polski lekarz walczy ze środowiskiem religijnym” – czytamy o Zbigniewie Relidze na stronie producenta filmu „Bogowie”. Nietrudno odnieść wrażenie, że poruszający film o genialnym lekarzu został stworzony nie tylko po to, by przybliżyć jego sylwetkę, ale również by uderzyć w konserwatywne środowisko. Uderzyć w nie osobą, która przecież politycznie związała się z prawicą… Sprytna manipulacja nie dziwi. Koproducentem filmu jest Agora - pisze Sylwia Krasnodębska w "Gazecie Polskiej Codziennie".

Polska, lata 80. XX w. Docent Zbigniew Religa to kardiochirurg, który po dwuletnim stażu w USA zaczyna się dusić w polskiej służbie zdrowia. Sen z powiek spędza mu niechęć środowiska medycznego do przeprowadzania przeszczepów. W końcu zaczyna kierować kliniką w Zabrzu, w której przeprowadza pierwsze transplantacje. Film pokazuje go jako pozytywnego szaleńca, który spontanicznie otwiera szpital, zatrudnia ludzi na pstryknięcie palcem i tak samo ich zwalnia. Nawet przy stole operacyjnym. „W jego szpitalu najzdrowsi są pacjenci…”. To żart wypowiedziany przez profesora odwiedzającego klinikę. Intencje lekarza są jednak jasne: ratować ludzi za wszelką cenę.

Polski pionier przeszczepów dostaje się jednak w ogień krytyki. Dostaje anonimy. Kolejna potransplantacyjna śmierć podcina mu skrzydła. Presja otoczenia coraz bardziej zbliża go do butelki…

Kreacje aktorskie są na medal (choć odtwórca głównej roli Tomasz Kot czasem wręcz karykaturalnie przedstawia mimikę Zbigniewa Religi). Fabuła jest bardzo dobrze prowadzona. Napięcie budowane jak trzeba.

W latach 80. przeszczepy były rewolucją. Nie tylko w Polsce. Obawy społeczeństwa były naturalne. Tak jak powszechne niezrozumienie tematu. Filmowcy chcieli jednak pójść na skróty. Pokazali kobietę, która pyta lekarza, czy jej mąż z innym sercem będzie ją jeszcze kochał… Tym samym zepchnęli sceptyków transplantologii na margines, pokazali jako ludzi nieinteligentnych i zabobonnych.

Kilka lat temu podczas pracy nad programem „Warto rozmawiać” w TVP2 przygotowywałam reportaże na temat rodzin, które chciały symbolicznie nadać „nowe życie” swoim bliskim. Które godziły się w najlepszej wierze i ze szlachetności serca ofiarować organy ukochanych osób komuś innemu. Włos jeżył się na głowie, gdy słyszałam opowieść ojca o tym, jak oszukano go, że dziecko można uratować jedynie w szpitalu w Warszawie, a tymczasem wieziono je tam tylko po to, by pobrać jego narządy. Gdy z niejasnych przyczyn łamano prawo, przekazując organy niewłaściwym szpitalom, pomijając ustaloną proceduralnie hierarchię. Gdy okazywało się, że komisje orzekające o śmierci pnia mózgu były niepełne, a tym samym decyzje o transplantacji, choć nieważne, wchodziły w życie. Gdy dziecko, u którego stwierdzono śmierć pnia mózgu, a jego rodziców proszono o zgodę na pobranie organów, jednak żyje i ma się świetnie. Takie były realne powody niepokoju związanego z przeszczepami w Polsce po 2000 roku. Wyrażał je również publicznie sam Religa. Warto o tym pamiętać.