TW „Tamiza” i powrót oskarżeń o nieczyste intencje

Wypada zapytać, cóż to za autorytet, dla którego szacunek uda się utrzymać jedynie wówczas, gdy pochowamy niekorzystne dla niego dokumenty czy fakty?

Adrian Grycuk; creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/deed.en
Wypada zapytać, cóż to za autorytet, dla którego szacunek uda się utrzymać jedynie wówczas, gdy pochowamy niekorzystne dla niego dokumenty czy fakty? III RP stoi na wciskanych autorytetach, wobec których nie można stawiać niewygodnych pytań. Dziwnym trafem znakomita większość z nich to ludzie zarejestrowani w kartotekach bezpieki - pisze Katarzyna Gójska-Hejke w tygodniku „Gazeta Polska”.

Upublicznienie dokumentów dotyczących tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie Tamiza wywołało nadzwyczaj gorące dyskusje. Autorom artykułu w tygodniku „Do Rzeczy” zarzucono nieczyste intencje, bezduszność, celowe niszczenie autorytetu i uderzenie w pamięć o Powstaniu Warszawskim. Niemal żaden z oskarżycieli nie pochylił się nad sprawą absolutnie kluczową – czy napisano prawdę?

Po co nam lustracja

Już sam fakt, że po ćwierćwieczu od zakończenia PRL (świadomie nie używam określenia „upadek komunizmu”, bo kompletnie nie opisuje ono naszej najnowszej historii) zastanawiamy się nad celowością przeprowadzenia w Polsce lustracji, bardzo źle świadczy o naszej determinacji w odkłamywaniu najświeższych dziejów i budowaniu państwa uczciwego. Posługując się pierwszą osobą liczby mnogiej, myślę o środowisku niepodległościowym. Głosu apologetów pojednania z komunistami i utajnienia przeszłości w ogóle nie biorę pod uwagę.

Często słyszę argument, że lustracja bez dekomunizacji jest ułomna. To zupełny nonsens. Inny jest bowiem cel ujawnienia zasobów archiwalnych bezpieki i uczciwe ich zbadanie, a inny odsunięcia od pełnienia funkcji publicznych ludzi, którzy tworzyli aparat komunistycznego państwa. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że niedokonanie w Polsce dekomunizacji było niezwykle niekorzystne dla przyszłości nowej Rzeczypospolitej. Jednak to nie może być argument blokujący lustrację. Bo jej cele są zupełnie inne. Dzięki lustracji mamy poznać najnowszą naszą historię, zdobyć wiedzę o uwikłaniu osób publicznych we współpracę z bezpieką i na tych podwalinach budować prawdziwie demokratyczne, wolne, respektujące zasadę jawności państwo. Tym bardziej że przeszłość, którą odkrywamy z dokumentów UB czy SB, dotyczy nie tylko OZI, ale i funkcjonariuszy, którzy organizowali mechanizm represji.

Powtórzę przesłanie artykułu Doroty Kani opublikowanego na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” – nie ma „naszych” i „ich” agentów. Jeśli chcemy państwa uczciwego, w którym jawność życia publicznego jest jedną z najistotniejszych wartości, to publikujmy prawdę o wszystkich, a nie tylko o tych, których nie cenimy i z którymi polemizujemy. Jeśli zaczniemy oszczędzać „swoich”, odkłamywanie najnowszej historii RP stanie się niewiarygodne. I będzie demolować życie publiczne, zamiast je wzmacniać.

Argumenty z listy Kiszczaka

Przeciwnicy lustracji od samego początku dezawuowali ją, przypisując jej zwolennikom niezdrowe emocje. I tak od początku lat 90. tysiące razy opinia publiczna karmiona była wywodami o nienawiści, szaleństwie, awanturnictwie, zapiekłości tych, którzy ujawniali zasoby archiwów bezpieki. Cel był jasny – Polacy nie mieli zajmować się informacjami, lecz skupić na emocjach. Mieli uznać, iż prawda o najnowszej historii Polski równa jest niegodnemu grzebaniu w ludzkich losach, organizowanemu przez oszalałych z nienawiści wariatów. Takie dictum powstało w gabinecie Kiszczaka i jego ideowych zwolenników, również tych, którzy mianowali go człowiekiem honoru. Niestety, mechanizm zajmowania się emocjami i domniemanymi pobudkami ujawnienia materiałów o TW wdrukował się w głowy części środowiska niepodległościowego. Pokazała to również sprawa „Tamizy”. Gros ataków na autorów publikacji z „Do Rzeczy” dotyczył bowiem ich domniemanych intencji, a nie zawartości ujawnionych przez nich dokumentów. Dlaczego teraz? Dlaczego akurat oni? Czy ich ocena Powstania Warszawskiego miała wpływ na decyzję o zajęciu się sprawą tego konkretnego tajnego współpracownika? Można oczywiście odwrócić te pytania i dociekać, jaki interes mieli pytający, by tak bezpardonowo zaatakować autorów, których bezkompromisowość i profesjonalizm sami jeszcze do niedawna doceniali? Czy aby nie postanowili poświęcić prawdy dla chwilowej korzyści z osłabienia konkurencji? Czy pod pretekstem obrony profesora Kieżuna nie ugrywali swoich czysto komercyjnych zysków? Rzucam te pytania, by pokazać, iż w sytuacji upublicznienia ważnych społecznie informacji należy się przede wszystkim skupić na ich treści i prawdziwości. Podążanie drogą nakreśloną przed laty przez Kiszczaka i uczęszczaną jakże ochoczo przez wszystkich jego antylustracyjnych sojuszników jest szkodliwe i podważa sens odkłamywania najnowszej historii.

Lojalność wobec bezpieki

Kompletnie nie mogę się również zgodzić z powtarzanym przez krytyków artykułu o TW „Tamizie” zarzucie niszczenia autorytetu. Wypada zapytać, cóż to za autorytet, dla którego szacunek uda się utrzymać jedynie wówczas, gdy pochowamy niekorzystne dla niego dokumenty czy fakty? III RP stoi na wciskanych autorytetach, wobec których nie można stawiać niewygodnych pytań. Dziwnym trafem znakomita większość z nich to ludzie zarejestrowani w kartotekach bezpieki. Histerię pod tytułem „nie obalajcie autorytetu” widzieliśmy aż za dobrze po publikacji książki o Lechu Wałęsie. Wszystkim, którzy dzisiaj rzucają gromy na autorów artykułu o TW „Tamizie”, polecam uważne przeczytanie wstępu, którym śp. Janusz Kurtyka opatrzył tę głośną książkę IPN.

Jest jednak pytanie o lojalność byłych tajnych współpracowników wobec Służby Bezpieczeństwa. Co sprawia, że po tylu latach od rozwiązania bezpieki zwerbowani przez nią ludzie nie potrafią po prostu przyznać się do współpracy i przeprosić? Dlaczego nawet po ujawnieniu dokumentów postępują zgodnie z instrukcją podaną przez funkcjonariusza (w razie dekonspiracji zaprzeczaj), a nie z własnym sumieniem? Sprawa profesora Kieżuna jest arcybolesna. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w czasie wojny odznaczył się ogromnym hartem ducha i wielką odwagą. Również przez ostatnie lata nie obawiał się iść pod prąd i szczerze stawiać niepopularne diagnozy stanu naszego państwa. Jestem przekonana, że publikacja obciążających go dokumentów paradoksalnie mogła wzmocnić jego autorytet, gdyby otwarcie przyznał się do współpracy z bezpieką. Byłby pierwszym, który pokazał, że dzisiaj nie ma miejsca na lojalność wobec komunistycznego aparatu represji, iż wolność wymaga odcięcia się od tego totalitarnego więzienia o nazwie „PRL”, bo nie ma i nie może być żadnej ciągłości między nim a Polską. Tak się nie stało. Wydarzyło się nawet coś gorszego – część krytyków autorów artykułu o TW „Tamizie” posługuje się argumentem podnoszonym do tej pory wyłącznie przez komunistów i ich ideowych spadkobierców: taka była nasza rzeczywistość, innej Polski nie było. Jeśli chcą w ten sposób bronić prof. Kieżuna, to oddają jemu i nam wszystkim niedźwiedzią przysługę. Wzmacnianie aparatu państwa o nazwie „PRL” nie było pracą na rzecz Polski. Odwrotnie – było działaniem opóźniającym odzyskanie przez Polskę wolności.

Dyskutując o publikacji ujawniającej informacje o TW „Tamizie” trzeba mieć w tyle głowy, że w tej sprawie, jak i we wszystkich innych, liczy się wyłącznie prawda historyczna i jawność życia publicznego. Kierowanie debaty na inne tory jest wpisywaniem się w scenariusz, który został dopracowany w Magdalence.

 

 


Źródło: Gazeta Polska

Katarzyna Gójska-Hejke
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo