Utworzenie tzw. nowego rządu otwiera kolejny rozdział budowy reżimu prezydenckiego. Tym razem działania Belwederu były na tyle jawne, że nawet piewcy „żyrandolowej prezydentury” dostrzegli poważną rolę Bronisława Komorowskiego i uznali, że ma on udział w stworzeniu tej groteskowej konstrukcji. Jednak tylko pozornie wydaje się ona pozbawiona sensu - pisze Aleksander Ścios w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”.

Marionetkowy premier i niekompetentni ministrowie dają gwarancję, że nikt nie będzie przeszkadzał w realizacji planów Belwederu. Dotyczy to szczególnie obszarów: zarządzania armią, zwiększenia nakładów na przemysł zbrojeniowy, polityki zagranicznej oraz kontroli nad służbami specjalnymi. Nominacja Schetyny, pozostawienie Siemoniaka oraz powierzenie MSW osobie całkowicie przypadkowej dowodzi, że lokator Belwederu zapewnił sobie realny wpływ na najważniejsze resorty i stał się faktycznym decydentem w sprawach bezpieczeństwa. Jeśli nie musi już tego ukrywać, oznacza to, że zbliżamy się do momentu, w którym przechodzi do ofensywy.

Plan gry

Taka sytuacja nie powinna zaskakiwać. Odsunięcie nadto skompromitowanego Donalda Tuska i kilku innych osób szczególnie zaangażowanych w sprawę kłamstwa smoleńskiego jest zabiegiem od dawna planowanym i korzystnym dla triumwiratu III RP. O strategii „nowego rozdania” pisałem już przed dwoma laty. W tle obecnej roszady znajdziemy bez wątpienia interesy środowiska belwederskiego, ale ma ona również szerszy wymiar, dotyczący interesów rosyjskich i niemieckich.

Dotychczasowa ekipa nie tylko traciła poparcie Polaków, ale też stawała się coraz bardziej nieskutecznym i uciążliwym przedmiotem w rozgrywkach europejskich. Ludzie Donalda Tuska współdziałali z Putinem przeciwko polskiemu prezydentowi i stali się zakładnikami kłamstwa smoleńskiego. Wiedza o tych działaniach dawała Rosjanom potężne narzędzia nacisku i mogła być wykorzystana w rozgrywkach międzynarodowych. Informacje o spotkaniach z wysłannikami Putina czy ustalenia dotyczące współpracy w obszarze służb specjalnych są jednak mocno niewygodnym depozytem. Oczywiście nie dlatego, iżby Tusk i spółka odważyli się wykorzystać tę wiedzę lub próbowali się uwolnić spod kurateli Moskwy. Jest to raczej kłopot, jaki sprawia skompromitowany i wyeksploatowany wspólnik przestępcy, który potrzebuje nowych twarzy i ludzi nieobarczonych „błędami przeszłości”.

W takiej konfiguracji szef rządu III RP – rozdarty między moskiewskimi powinnościami, apetytem na unijną posadę i rolą „chłopca do poklepywania” przez Merkel – był nie tylko kłopotliwym, ale i mało wydajnym pomocnikiem. Odsunięcie go na pozycję unijnego figuranta pozwoliło zadowolić ambicje Angeli Merkel i zagwarantowało nienaruszalność wpływów rosyjskich.

Kto pociąga za sznurki

Błędem jednak byłoby sądzić, że mamy do czynienia z „rosyjską grą”, w której ekipa Tuska odgrywa rolę ofiary. W takiej koncepcji, chętnie wspieranej przez niektórych publicystów, kryje się szczególnie wredna sugestia. Bo jeśli za obecną hucpą stoi Moskwa, w doskonałym świetle stawia to ekipę Tuska, jako tę, która byłaby niewygodna dla Putina. Tymczasem Rosja wprawdzie miesza w naszym politycznym kotle, jednak jej gry i kombinacje operacyjne są dokonywane rękami rodzimych kreatorów. Wymiana jednej grupy na mniej skompromitowany model nie wymaga angażowania moskiewskich przyjaciół. Wystarczy, by akceptowali takie działania.

W rozdaniu obowiązującym po 10 kwietnia 2010 r. to lokator Belwederu i budowany przezeń reżim mają stać się najmocniejszym gwarantem interesów rosyjskich. Hierarchia została ustalona na początku 2010 r., a ówczesna rezygnacja Tuska z ubiegania się o prezydenturę nadal determinuje ten podstawowy podział. Bez uwzględnienia roli Belwederu jako ośrodka decyzyjnego nie można zrozumieć logiki dzisiejszych zmian.

Mocnym preludium zapowiadającym te roszady była bez wątpienia tzw. afera podsłuchowa, w której dozowanie komprmateriałów powierzono środowiskom medialnym działającym na rzecz Komorowskiego. Opowieści o odważnych biznesmenach i kelnerach rzucających wyzwanie „systemowi Tuska” trzeba włożyć między bajki. Rzecz wyglądała na klasyczną kombinację, w której kierowany przez jedne służby biznesmen miał podżyrować pochodzenie nagrań, a następnie wiedzą na ten temat obciążyć ludzi z konkurencyjnych formacji. Taka zagrywka zapewniała bezpieczeństwo faktycznym decydentom. Odejście Tuska oraz schemat tzw. rządu Ewy Kopacz są dowodem, że groźba ujawnienia dalszych nagrań została właściwie zrozumiana.

Strategia Belwederu

Prezydentura Komorowskiego to rzecz bez wątpienia najgorsza, jaka mogła przydarzyć się Polakom w czasie zagrożenia rosyjską agresją. Chodzi nie tylko o stan polskiej armii (obezwładnionej już reformą dowodzenia i poczynaniami „czerwonej” generalicji) czy prorosyjskie sympatie środowiska Belwederu, ale o zasadnicze cele tej prezydentury oraz działania służące zabezpieczeniu kolejnej kadencji.

Umocnienie reżimu prezydenckiego będzie możliwe wówczas, gdy w powszechnym przekonaniu środowisko to stanie się gwarantem naszego bezpieczeństwa. Skierowanie przez Komorowskiego projektu ustawy o „kompetencjach naczelnego dowódcy na czas wojny” stanowi istotny element tych zabiegów. Po pierwsze – to prezydent ma odtąd określać, „w którym dniu rozpoczyna się czas wojny” i „w którym czas wojny się skończył”. Po drugie – prezydent ma kierować obroną państwa (we współdziałaniu z RM). Po trzecie – wszystkie plany obronne i organizacyjne mają podlegać zatwierdzeniu przez prezydenta. Po czwarte – Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych zostanie wyznaczony przez prezydenta, organem doradczym będzie zaś Szef Sztabu Generalnego WP (powoływany również na wniosek Belwederu).

Według podobnych zasad skonstruowano także „reformę służb”, której wykonawcą był rząd Tuska. Komunikat BBN z czerwca br. głosił, że „w zakończonym w 2012 r. Strategicznym Przeglądzie Bezpieczeństwa Narodowego wskazano pożądane kierunki reform służb specjalnych w Polsce (…). Proponowane [przez rząd – dop. A.Ś.] przepisy w przeważającej części są zbieżne z tymi rekomendacjami, z wyjątkiem proponowanego modelu koordynacji służb”.

Ów wyjątek dotyczył aktu pewnej niesubordynacji ze strony ówczesnego premiera. Projekt rządowy przewidywał, że w nowym organie ds. kontroli służb – Komisji Kontroli Służb Specjalnych – przedstawiciel prezydenta powoływany byłby w zależności od woli premiera. W konsekwencji Komorowski zostałby pozbawiony możliwości wpływu na niektóre decyzje oraz uzyskiwania istotnych informacji o funkcjonowaniu służb specjalnych. Z chwilą utworzenia tzw. rządu Kopacz ta przeszkoda przestała istnieć.

Umocnieniu reżimu prezydenckiego służą także rozliczne zabiegi ośrodków propagandy, w tym sączenie w umysły Polaków lęku przed rosyjską siłą i bliską agresją militarną. Przed tym zagrożeniem ma nas chronić „doktryna Komorowskiego” i pomysły jego światłych strategów. Rozgrywanie „strachów na Lachy” powierzono nie tylko „niezależnym publicystom” i domorosłym analitykom, ale też grupie ekspertów i generałów, których rozprawki o rychłym „konflikcie zbrojnym na terytorium Polski” konkurują z poradami udzielanymi Ukrainie, by racjonalnie przyjęła „cichą kapitulację”.

Efektem tych zabiegów ma być m.in. zwiększenie środków na zbrojenia (kto w tej sytuacji zaprzeczy, że armia potrzebuje pieniędzy?) oraz poszerzenie uprawnień służb wojskowych. Dokonywana według projektu Belwederu tzw. konsolidacja przemysłu zbrojeniowego oraz powiązane z nią zapisy ustawy offsetowej pozwolą na odsunięcie MON od decyzji dotyczących zakupów i przeniesienie tych uprawnień na przedstawicieli zbrojeniówki. Tam też trafią pieniądze przeznaczane na „modernizację sił zbrojnych” i surrealistyczne pomysły w ramach „doktryny Komorowskiego”. Można się spodziewać, że przy umiejętnym rozgrywaniu rozmaitych straszaków i demagogicznych haseł będą to największe pieniądze, jakie wypłyną z budżetu III RP w najbliższych latach. Posłużą one nie tylko umocnieniu lobby zbrojeniowego (w którym główną rolę odgrywają ludzie związani z byłymi WSI), ale też staną się jednym z najważniejszych „grantów” stabilizujących reżim prezydencki.