Marszałek Śmigły-Rydz nie zdradził

  

Czy naczelny wódz miał prawo wyjechać z kraju i zostawić armię? Jakie były tego konsekwencje? Te pytania powracają w 75. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Propaganda niemiecka nazywała Śmigłego-Rydza tchórzem. Kampanię oszczerstw kontynuowali po wojnie władający Polską komuniści, twierdząc, że uciekając do Rumunii, dopuścił się zdrady stanu i razem z „sanacyjną kliką” był winny upadku Polski.
 
W III RP coraz częściej słychać jednak opinie, że marszałek postąpił słusznie – wyjechał, gdyż nie chciał kapitulować przed Niemcami. Przyświecała mu jedna myśl – kontynuowanie walki dzięki odbudowanemu na Zachodzie wojsku.
Poglądy o zdradzie, tchórzostwie, pogrążeniu Polski przez sanację, której uosobieniem był marszałek Śmigły, głosiła część antysanacyjnej opozycji, która utworzyła w Paryżu pierwszy emigracyjny rząd Władysława Sikorskiego. Powoływano komisje do wykrycia winnych, składano wnioski o ich rozliczenie, z pozbawieniem obywatelstwa i postawieniem przed sądem włącznie. Jakże przypominało to propagandę stosowaną w tym samym czasie przez niemieckiego okupanta. Atmosfera linczu wobec przedwrześniowych władz ułatwiła skazanie po wojnie wielu polskich patriotów z dekretu o „faszyzacji kraju i odpowiedzialności za klęskę wrześniową”.

Najwyżej pośród generałów polskich

W grudniu 1922 r. Józef Piłsudski napisał o Śmigłym-Rydzu: „...nie zawiódł mnie ani w jednym wypadku... pod względem mocy charakteru i woli stoi najwyżej pośród generałów polskich... jeden z moich kandydatów na Naczelnego Wodza”. Ówczesny pierwszy marszałek Polski miał jedno „ale” wobec przyszłego, drugiego marszałka Polski: „Nie jestem pewien jego zdolności operacyjnych w zakresie prac naczelnego wodza i mierzenia sił nie czysto wojskowych, lecz całego państwa, swego i nieprzyjacielskiego”. W przeciwieństwie do PRL-owskich fałszerstw, odkłamywana w III RP historia jest wobec Śmigłego coraz bardziej łaskawa. Główna teza na jego obronę brzmi: we wrześniu 1939 r. dowodził dobrze. Stosując technikę manewru, przedłużył opór polskiej armii. Późniejsza klęska Francji pokazała, że nie mieliśmy czego się wstydzić. Szef francuskiej misji wojskowej w Polsce, gen. Faury, porównując opór Polaków w 1939 r. i Francuzów w 1940 r. wykazywał, że Śmigły-Rydz lepiej prowadził wojnę niż gen. Maurice Gamelin, francuski wódz naczelny. Z kolei gen. Herman Pokorny podkreślał, „jak fachową i gruntowną pracę wykonały polskie dowództwa wojskowe z okresu przedwojennego – pracę, która w swej wzorowości może służyć za przykład każdej armii świata”.

„Z bolszewikami nie walczyć...”

Nie oznacza to, że we wrześniu nie popełniono błędów w dowodzeniu. Piłsudczyk płk Wacław Lipiński (krytyczny wobec przedwojennej polityki Rydza) w opracowaniu „Wojna polsko-niemiecka” napisał: „Uniknięcie tych błędów i zaniedbań nie odmieniłoby stosunku sił gospodarczych i militarnych i nie odwróciłoby katastrofy...”.

Największym błędem było nieogłoszenie stanu wojny z ZSRS. Słynny rozkaz Śmigłego do wojska z 17 września 1939 r.: „Z bolszewikami nie walczyć...” miał dalekosiężne skutki. Nie tylko nie wzywał do oporu przeciwko najeźdźcy, ale w praktyce usankcjonował sowiecką agresję. Rozkaz ten ograniczył również późniejsze działania polskich władz. Gdyby Rzeczpospolita była od 17 września w stanie wojny ze Związkiem Sowieckim, to po agresji Hitlera na swojego byłego sojusznika 22 czerwca 1941 r., rozmowy polsko-sowieckie musiałyby dotyczyć układu pokojowego. Dopiero potem można byłoby formułować koncepcje współpracy i działań sojuszniczych. Układ pokojowy wtedy zawarty (Hitler maszerował już na Moskwę) musiałby jednoznacznie odrzucić aneksje terytorialne Rosji z 1939 r., a nie – jak w układzie Sikorski-Majski (30 czerwca 1941 r.) – zawierać mgliste sformułowanie: „Rząd ZSRR uznaje, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 r., dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swoją moc”. W zaistniałej sytuacji polski rząd nie mógł jednak wymóc na Stalinie, aby potępił zdradziecki najazd i zrezygnował z pretensji do naszych ziem.

Postawa władz RP w 1939 r. ułatwiła również sytuację Rumunii, która stwierdziła, że nie ma podstaw prawnych dla zadziałania sojuszu obronnego zawartego w 1921 r. z rządem polskim przeciw Rosji. Rumuni chcieli pójść jeszcze dalej – pod naciskiem III Rzeszy domagali się (całe szczęście bezskutecznie), aby po przekroczeniu granicy polskie władze zrzekły się swoich konstytucyjnych uprawnień, a więc podały się do dymisji. Jerzy Łojek w „Agresji 17 września 1939” pisał, że deklaracja rządu, mówiąca o zaistnieniu stanu wojny z drugim najeźdźcą, była konieczna: „Wyjaśniłaby rolę ZSRR wobec Niemiec całej światowej opinii publicznej, a to ogromnie utrudniłoby później rządom Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych szukanie porozumienia ze Związkiem Radzieckim za tzw. wszelką cenę. [...] Być może losy Polski w Drugiej Wojnie Światowej wyglądałyby wtedy inaczej”.

Dylemat na Czeremoszu

18 września 1939 r., około godziny 4.00, Edward Śmigły-Rydz przekroczył graniczny most z Rumunią na Czeremoszu. Podobno do końca się wahał, rozważał możliwości przedzierania się do walczących. Podczas ostatniej odprawy w Kutach miał powiedzieć do Ignacego Mościckiego: „A więc, Panie Prezydencie, jak umówiliśmy się – ja zostaję z wojskiem”. Już po przejściu granicy chciał wrócić do kraju, ale jego otoczenie – zarówno politycy, jak i wojskowi – nalegali na szybki wyjazd do Francji. Nikt nie przypuszczał, że za chwilę zostaną internowani, że wpadną w „rumuńską pułapkę”.

We wspomnieniach Śmigły-Rydz zapisał: „Dnia 17 września znalazłem się w sytuacji, w której o jakimkolwiek dowodzeniu nie mogło być mowy. Postanowiłem, mając przy tym zapewnienie rumuńskie, przedostać się do Francji lub Anglii... Nie było dla mnie rzeczy łatwiejszej, jak znaleźć śmierć w drodze z Kosowa ku granicy. Nie było nic łatwiejszego, jak udać się do któregoś z najbliższych oddziałów czy też samolotem do oblężonej Warszawy lub grupy Kutno, lecz gdy [...] pomyślałem, kto będzie tę wojnę polską nadal prowadził i sprawy polskiej bronił nie tylko wobec nieprzyjaciela, lecz i wobec Sprzymierzonych – postanowiłem nie ulec sentymentom osobistym, łatwym do wykonania i prowadzić walkę nadal...”.

Polityczne porachunki

Czy naczelny wódz mógł liczyć na przedostanie się do Francji? „Droit de passage”, czyli prawo tranzytu przez Rumunię miały tylko cywilne władze II RP. Internowanie obcego wojska przez kraj neutralny, jakim była wówczas Rumunia, było zgodne z konwencją haską z 1906 r. Zatrzymano nawet, całkowicie bezprawnie, prezydenta i rząd. Faktem jest jednak, że wielu wojskowym udało się wydostać z Rumunii. Generał Władysław Sikorski np. przekroczył granicę na Czeremoszu półtorej godziny po marszałku, ale nie został internowany. Po kilku spotkaniach z przedstawicielami francuskich władz politycznych i wojskowych... przyjął propozycję tworzenia polskiej armii i rządu we Francji. Wiele kreciej roboty wykonała ambasada polska w Bukareszcie, która poparła internowanie naczelnego wodza.
Śmigły pisze dalej: „Na decyzję moją [wyjazdu z kraju – TP] wpłynęło poza tym to, że otrzymałem informację, iż pewna grupa weszła w pertraktacje z niektórymi politycznymi i wojskowymi czynnikami francuskimi, by – wykorzystując nieuniknioną porażkę Polski – dojść za cenę tak właściwego tym czynnikom oportunizmu politycznego do zrzeczenia się praw do całego szeregu zobowiązań – do opanowania władzy i przeprowadzenia porachunków politycznych...”.

Dodać trzeba, że Sikorski miał słuszny żal do sanacyjnych polityków. Odsunięty od władzy po przewrocie majowym, nie został również zmobilizowany we wrześniu 1939 r. Kilkakrotnie prosił Śmigłego-Rydza o jakikolwiek przydział, oferował nawet swoje kontakty we Francji, ale marszałek nie odpowiadał.

Pogwałcenie prawa

Śmigłego-Rydza przetrzymywano najpierw w Craiowej (daleki, południowo-zachodni zakątek Rumunii), a potem w małej miejscowości na południu Karpat. W listopadzie 1939 r., pod wpływem nacisków urzędującego już premiera Władysława Sikorskiego, musiał zrzec się funkcji naczelnego wodza (choć w ówczesnej sytuacji nie było to konieczne). Nowa ekipa rządowa, w emigracyjnych warunkach, rozpoczynała rozprawę z sanacją. To nie wyjazd marszałka z Polski był zdradą, ale przejęcie władzy przez gen. Sikorskiego w niemałym stopniu nosiło znamiona zamachu stanu. Sikorski zdecydował się tworzyć rząd w momencie, kiedy legalne władze cały czas istniały. Bezpardonowa walka z przeciwnikami politycznymi (szukanie winnych klęski, zamykanie sanatorów w obozach na terenie Francji i Anglii, brak interwencji w sprawie internowanych w Rumunii) skończyło się dla niego tragicznie – zdaniem niektórych zginął w zamachu w Gibraltarze, dokonanym prawdopodobnie przy udziale Polaków.

Można oczywiście twierdzić, że zmiana ekipy rządzącej odbyła się zgodnie z normami konstytucyjnymi. Ponieważ internowane władze polskie nie mogły pełnić swoich obowiązków, musiały podać się do dymisji. Na mocy konstytucji prezydent miał prawo wyznaczyć swojego następcę. Początkowo mianował jednak nie Władysława Raczkiewicza, ale gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego (wcześniej – od 1 września – obowiązki następcy pełnił Śmigły-Rydz), ale pod wpływem opozycji skupionej wokół Sikorskiego nie zgodzili się na niego Francuzi. Była to brutalna ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne z pogwałceniem prawa międzynarodowego. Z kolei najstarszym rangą generałem służby czynnej, który powinien objąć zwierzchnictwo nad polskim wojskiem na Zachodzie, był Kazimierz Sosnkowski, ale Władysław Sikorski nie przekazał mu władzy. Naczelnym wodzem Sosnkowski został dopiero po tragedii w Gibraltarze.

Ciągłość państwa

Niezależnie od oceny Władysława Sikorskiego i sposobu przejęcia przez niego władzy, gabinet, którym kierował, był w pełni legalnym reprezentantem polskich interesów wobec państw sojuszniczych i całego świata. Umożliwiła to właśnie decyzja władz II RP i naczelnego wodza Edwarda Śmigłego-Rydza o opuszczeniu kraju 18 września 1939 r. Rząd londyński, nie wchodząc tu w spory o jego rolę, przez 50 lat stał jednoznacznie na straży niepodległości Polski, podważając układy jałtańskie, a w 1990 r. przekazał insygnia władzy prezydentowi Lechowi Wałęsie. Dzięki „sanacyjnej klice” ciągłość państwa – choć przede wszystkim w warstwie symbolicznej – została zachowana.

Autor jest publicystą, szefem działu Opinie „Super Expressu”, autorem książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2”, „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, „Lista oprawców”, prezesem Fundacji „Łączka”.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts