W Polsce 1500 karetek przypada na 38 mln obywateli. 445 tys. urzędników dysponuje 1700 służbowymi limuzynami. Te liczby mówią same za siebie – urzędnicy mają więcej samochodów niż chorzy, wymagający natychmiastowej pomocy ludzie.
 
80­-letni turysta zmarł na zawał w Świnoujściu, ponieważ zabrakło dla niego wolnej karetki. Kiedy postanowiono wysłać na ratunek helikopter, okazało się, że maszyna nie ma gdzie wylądować. Ostatecznie, z powodu nieudzielenia szybkiej pomocy, mężczyzna zmarł.
 
Mijający okres wakacyjny pokazał, że to, co dzieje się w służbie zdrowia od lat, także i w tym roku się nie zmieniło. Nadal brakuje karetek, zwłaszcza sezonowo podczas urlopów – zarówno latem, jak i zimą. Co więcej, jak wynika z informacji uzyskanych z poszczególnych województw, zamiast karetek coraz częściej wysyła się... wozy straży pożarnej. Tak było na przykład w tym roku w Kołobrzegu, gdzie stacjonują jedynie trzy zespoły wyjazdowe Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego na cały powiat.
 
W całym kraju jedna karetka przypada średnio na 25 tys. osób. Ale są takie powiaty, jak na przykład wielkopolski, gdzie jeden zespół musi obsłużyć 30 tys. obywateli. To jeden z najgorszych wyników w kraju.
 
Jak poinformował w piąte urząd wojewody małopolskiego, wprowadzone mają być dodatkowe dyżury karetek w godz. 19-23. Od 1 listopada w gotowości przez cztery godziny wieczorne będzie czuwało 15 zespołów.
 
Problemów z transportem nie mają za to wszelkiej maści urzędnicy, którzy za rządów Platformy Obywatelskiej „rozrośli się” w rekordowym tempie do 445 tys. osób. Dysponują liczbą ok. 1700 limuzyn i samochodów służbowych.