Narodziny Solidarności. Sierpień ’80 – polska komunia

Mówi się, że my, Polacy, uwielbiamy celebrować nasze klęski.

arch., Msza w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r.
Mówi się, że my, Polacy, uwielbiamy celebrować nasze klęski. Sierpień podważa tę opinię – potrafimy cieszyć się z naszych sukcesów, z wymarszu strzelców Komendanta z Oleandrów w 1914 r., z „cudu nad Wisłą” w 1920 r. i z nadzwyczajnej rewolucji Solidarności
 
Coraz mniej jest osób, które pamiętają, czym był PRL aż do lat 80. Nawet tym, którzy przeżyli tamte czasy, z trudnością przychodzi przypominanie sobie w pełni owego bezalternatywnego świata.

Żyliśmy w powszechnym przekonaniu, że zarówno my, jak i nasze dzieci dożyją swoich dni w tym „najlepszym z możliwych systemów”, łudząc się co najwyżej, że konwergencja systemów przyniesie choć zelżenie reżimu. Związek Sowiecki wydawał się wszechpotężny i zagarniał kolejne połacie globu. Tylko nieliczni Polacy stawiali opór, płacąc za to więzieniem i wykluczeniem z głównego nurtu życia. Inni próbowali wykorzystywać szansę, jaką dawał skrawek wolności, który tu i ówdzie udało się uzyskać. Kilka kabaretów, paru pisarzy i artystów, nasza „Sześćdziesiątka” w Radiu usiłowały stukać głową w mur, ten jednak, niestety, wydawał się jedynie tężeć i rosnąć.

Większość jakoś się przystosowała, udawała, że wierzy w slogany, w które nikt nie wierzył, funkcjonowała w dwóch obiegach – oficjalnym i prywatnym, w Boże Ciało zapalając Panu Bogu świeczkę, a diabłu na 1 maja ogarek. Próbowano robić swoje i nie przejmować się resztą. Uciekano w prywatność, zamykając się w wąskim kręgu rodzinnym i stroniąc od spraw publicznych, na które i tak monopol mieli inni.

Gdy Duch usłuchał

I wśród tej beznadziei stał się cud. Byłem tamtego dnia na placu Zwycięstwa w Warszawie i słyszałem słowa polskiego Papieża, który wezwał Ducha, aby odnowił oblicze ziemi. Duch go usłuchał, w ciągu dni czerwcowej pielgrzymki Karola Wojtyły do Ojczyzny rzeczywistość pojaśniała, ludzie stali się piękniejsi, życzliwsi wobec siebie, nagle zdali sobie sprawę, że są wspólnotą, a nie zatomizowanym archipelagiem niewolników. Potem jednak ożywienie zdało się przygasać i pozornie wszystko wróciło do normy. Nie na długo! Rok później za sprawą sierpniowego strajku ziarno Wielkiego Siewcy zakiełkowało i rozkwitło. Garstka zbuntowanych ze Stoczni im. Lenina przemieniła się w miliony.
I nieważne, że początkowo był to wewnątrzpartyjny spisek rozkręcony przy udziale tajnych współpracowników. Miliony Polek i Polaków obserwujących w telewizji moment podpisania Porozumień Gdańskich intuicyjnie poczuło, że to jest ten moment. Chwila, na którą czekali całe swoje skundlone życie. W ciągu paru tygodni do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego (zrazu nie miał on nazwy ani struktury) zapisało się 10 milionów obywateli, którym nie chodziło wyłącznie o chleb z szynką i dodatek drożyźniany.

Nikt w tej „jawnej konspiracji” nie wypowiedział głośno, że bierze udział w ogólnonarodowej bezkrwawej rewolucji, największym z polskich powstań, przeciwko systemowi wyzysku i niesprawiedliwości, ale przede wszystkim przeciw sowieckiej hegemonii (z czym zdradzono się dopiero, uchwalając na I Zjeździe NSZZ „Solidarność” Przesłanie do Narodów Europy Wschodniej (często o wiele bardziej zniewolonych niż my!).

Staliśmy się wspólnotą

Na pewno wnikliwej oceny zjawiska dokonało KGB, podejmując 13 maja 1981 r. próbę zgładzenia tego, który był niekoronowanym królem Polaków – Karola Wojtyły.

Na szczęście Opatrzność miała wobec niego inne plany. I był to cud drugi. Wymodlony przez miliony Polaków, pełnych ufności i przekonania, że on musi żyć!

Czy zdawaliśmy sobie sprawę, dokąd ostatecznie zmierzamy? Nie wiem. Uczestniczyliśmy w czymś wielkim, nieznanym, uczyliśmy się na co dzień zapomnianych procedur demokratycznych, wyłanialiśmy własnych przywódców, tak odmiennych od partyjnych bonzów przywożonych w teczkach, i dzień po dniu badaliśmy, jak daleko można poszerzać granice naszej wolności. Na antenie radia pojawiła się msza św., w niektórych tytułach, mniej zależnych od partii, zaczęto zaznaczać ingerencje cenzorskie. Wielu pisarzy i dziennikarzy skorzystało z okazji i wypluło knebel. Rynek zalały dziesiątki podziemnych wydawnictw, przybliżając literaturę emigracyjną, publicystykę antykomunistyczną, tworząc rzeczywiste pole dialogu.

Jeśli wizytę Jana Pawła II można przyrównać do oczyszczającego chrztu, w czasie powstawania Solidarności dokonaliśmy rachunku sumienia, żałowaliśmy za grzechy i przyjęliśmy komunię. Staliśmy się wspólnotą. Wielu przewartościowało całe swoje życie, setki tysięcy przeszły z ciemnej strony mocy na jasną. Legitymacje partyjne sypały się jak jesienne liście... Czy wszyscy do końca przemyśleli swój wybór, czy zdawali sobie sprawę, że przekroczyli Rubikon, mieli świadomość ogromu ryzyka wynikającego z wyzwania rzuconego swojskim sługusom Imperium Zła?

Historia nie jest sprawiedliwa

Pewnie wielu, którym koniunkturalizm podsunął zapisanie się do związku, żałowało po kilkunastu miesiącach swojego kroku, niemało 13 grudnia 1981 r. przeraziło się nie na żarty. I trudno po ludzku tego strachu nie rozumieć, dziwić się lojalkom szarych, znękanych ludzi, którzy mieli rodziny i coraz trudniej przychodziło im związać koniec z końcem.
Ale jednocześnie nie wolno zapomnieć tych, którzy wytrwali, jak ongiś ich ojcowie i dziadkowie, zeszli do podziemia, wydawali i kolportowali tajne gazetki i publikacje. I chyba prawie u wszystkich w głębi ducha pozostał smak tego największego przeżycia, jakiego przyszło im doświadczać tamtego lata, uczucia porównywalnego z odzyskaniem niepodległości w 1918 r. i pierwszymi, jeszcze pełnymi optymizmu dniami Powstania Warszawskiego. „Ja jedną taką wiosnę miałem w życiu” – pisał wieszcz. Nasza trwała aż 16 miesięcy.

Mówi się, że my, Polacy, uwielbiamy celebrować nasze klęski. Sierpień  podważa tę opinię – potrafimy cieszyć się z naszych sukcesów, z wymarszu strzelców Komendanta z Oleandrów w 1914 r., z „cudu nad Wisłą” w 1920 r. i z nadzwyczajnej rewolucji Solidarności.

Tę batalię jako naród wygraliśmy. Mimo stanu wojennego! Mimo wielu połamanych żywotów, emigracyjnego upływu krwi. To my nadwątliliśmy „więzienie narodów”, to polski robotnik zdemaskował kłamstwo o „dyktaturze proletariatu”.

Mur berliński zaczął się walić pod bramą Stoczni Gdańskiej...
Ukraińcy z Majdanu z naszych doświadczeń czerpali inspirację!

A że czasami w rocznicowych wspominkach pojawia się gorycz, kiedy się okazuje, że jedni porobili kariery, a drudzy stracili w walce o wolną Polskę zdrowie, a jeszcze częściej  szansę na życiowy sukces i dostatnie życie...
Historia nie jest sprawiedliwa, dlatego powinniśmy robić wszystko, aby naprawiać jej błędy. Tym bardziej że w ostatecznym rozrachunku Polacy wznosić będą pomniki i otaczać wdzięczną pamięcią swoich bohaterów, zdrajcom i hochsztaplerom pozostawiając wzgardę i zapomnienie.

Tekst ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska"

 

Źródło: Gazeta Polska

Marcin Wolski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo