​Morze Sargassa

Po Październiku 1956 r. nastąpił swoisty wysyp „literatury obrachunkowej”.

Po Październiku 1956 r. nastąpił swoisty wysyp „literatury obrachunkowej”. Tak nazwano płody pióra pisarzy, którzy wpierw gorąco wierzyli w komunizm, byli oddanymi współtwórcami nowego ładu, żeby po latach boleśnie rozczarować się sposobem wcielania tej wzniosłej idei w życie.
 
Były to dramaty apologetów systemu, cierpliwie i wiernie stosujących się do zaleceń rządzącej partii. Ci apologeci często sami podlegali okrutnym represjom jako ofiary odchyleń trockistowskich, prawicowych, nacjonalistycznych i innych. Wymuszano na nich przyznawanie się do niepopełnionych win, samooskarżenia i oskarżenia wyimaginowanych wspólników. Torturowani psychicznie i fizycznie przyjmowali ciężar niepopełnionych win i zbrodni, poświęcali się dla partii, byli jej karnymi, ślepo oddanymi żołnierzami. To były tzw. błędy i wypaczenia systemu komunistycznego. Samospalenie się na ołtarzu świętej sprawy. Takimi bohaterami zaludniła się „literatura obrachunkowa”. Komunistami, którzy przedtem tak samo bywali katami dla innych, tępili bezlitośnie wymyślonych wrogów, żeby zmienić rolę i zostać ofiarami innych katów. Mówiono więc o błędach i wypaczeniach systemu, który nadal pozostawał zbawieniem dla ludzkości; niektórzy z jego budowniczych pobłądzili i przesadzili z gorliwością. Symbolem pobłądzenia stał się Stalin.
 
W 2013 r. – przy stanie naszej wiedzy – brzmi to jak kpina wymyślona na użytek zaczadzonych głupców. Tak było i taka powstawała literatura. Odsłaniała ponurą rzeczywistość w ograniczonym zakresie. Szlochała nad losem szlachetnych, ideowych komunistów sponiewieranych i maltretowanych przez swoich partyjnych towarzyszy. Taką prozę zaprezentował Kazimierz Brandys w „Obronie Grenady” i „Matce Królów”, Andrzej Braun w „Piekle wybrukowanym” i Stanisław Wygodzki w „Zatrzymanym do wyjaśnienia”. Klasyczną pozycją w literaturze światowej stała się „Ciemność w południe” Arthura Koestlera. Jednak władza pozwoliła na swobodę wypowiedzi w ograniczonym tylko zakresie i na przykład „Zatrzymany do wyjaśnienia” został zdjęty przez cenzurę w „Twórczości” i nigdy w PRL u nie ukazał się drukiem. Stary wierny komunista Stanisław Wygodzki na zbyt wiele sobie pozwolił.
 
W owym literackim obrachunku ze stalinowską przeszłością nie powstał ani jeden utwór dotyczący losów uciemiężonego przez komunizm społeczeństwa, jego cierpień, tragedii, wyrzeczeń. Nie było miejsca dla opisania dramatu ludzi z AK, WiN, NSZ. Nie znalazła się nawet najmniejsza wzmianka o powojennym antykomunistycznym powstaniu i losach niezłomnych żołnierzy walczących bez nadziei, ale z honorem, o wolną Polskę. Ci bohaterowie pozostali z odium „bandytów”, „zdrajców”, nawet miejsca ich pochówku były nieznane. Pamiętam swoje wrażenia z lektury „Matki Królów” i innych tego typu utworów, które przeczytałem po 1956 r. Niedosyt. Fałszywy ton. Wrażenie amputacji. Cała splątana, wielostronna rzeczywistość Polski powojennej, którą jakoś poznałem i trochę doświadczyłem, pozostała „terra incognita”.
 
Mroczna proza
 
Ale był jeden wyjątek. Przeczytałem jeszcze w ówczesnej „Nowej Kulturze” opowiadanie, drukowane w dwóch kolejnych numerach. Tytuł: „Morze Sargassa”, autor: Aleksander Ścibor-Rylski. Było odmienne w stosunku do całej literatury obrachunkowej. Dotyczyło losów ludzi z AK w Polsce początku lat pięćdziesiątych. Poddani nieustannej inwigilacji bezpieki, tropieni i osaczeni, snują się jak cienie w Warszawie, o którą niegdyś walczyli w Powstaniu. Tekst uderzył odmiennością. Potem o nim zapomniałem. Byłem młodym, debiutującym pisarzem, pochłoniętym przede wszystkim swoim pisaniem. Przypadek spowodował, że latem 2013 r. mój przyjaciel Andrzej Zakrzewski, niestrudzony szperacz i badacz przeszłości utrwalonej w starych książkach i gazetach, odkrył w Bibliotece Publicznej na Koszykowej roczniki „Nowej Kultury”. Zrobił odbitkę „Morza Sargassa”, którą mi podarował. Po kilkudziesięciu latach przeczytałem ponownie. Rzecz wywarła mocne wrażenie. Mroczna, ponura proza, nasycona smutkiem i beznadzieją. Miasto już częściowo zbudowane na nowo, bloki, rusztowania, monumentalne gmachy publiczne, ale jeszcze tu i ówdzie resztki starego budownictwa, ocalałe czynszówki i oficyny, z liszajami odłażącego tynku, poznaczone ospą śladów po pociskach. Wysłużone tramwaje, tłok na przystankach i tłok w sklepach, mizerne przydziały mięsa, opału. Zapędzony szary tłum przechodniów, nocą skąpe oświetlenie ulic. Mało co z atmosfery zwycięskiego socjalizmu. Środowisko opisane przez pisarza to obywatele najniższej kategorii, podrzędne posady, zajęcia, mizerne zarobki, wegetacja. Stałym motywem życia tych ludzi jest niepewność, strach. Czują, wiedzą, że są pod ciągłą obserwacją. To byli akowcy, żołnierze z Powstania, zastępca dowódcy kompanii Husarz, jego łączniczka i siostra Czapla, podwładni Kobryń i Emir. Trzymają się razem, utrzymują dawną hierarchię rang, Husarz porucznik ich szefem, choć już nie konspirują. Egzystują jawnie, pracują, być może przedtem dosięgły ich represje, lecz już są wolni. Tak im powiedziano. Mimo to nie czują się pewnie. W knajpie, gdzie czasem popijają, jakieś wstrętne spojrzenia, ktoś siedzi zbyt blisko. Jakiś podpytywał dozorcę o lokatorów. Sylwetka w ciemnej bramie. Różne takie sygnały. Najchętniej więc wspominają tamte wojenne czasy, choć straszne, ze śmiercią za pan brat, wydają się im najpiękniejsze.

Cały tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"
 

 


Źródło:

Marek Nowakowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo