"Kraby, leopardy, kilka maszyn bojowych, na które naszym zdaniem warto zwrócić uwagę" - tak dziennikarze z ul. Czerskiej zapraszają na dzisiejszą defiladę wojskową organizowaną przez Bronisława Komorowskiego. W 2007 roku, gdy defiladę organizował śp. Lech Kaczyński, "Gazeta Wyborcza" nazywała ją "dziką ekscytacją, jaką wzbudzają maszyny do zabijania". Atakował ją również bliski przyjaciel Komorowskiego, Leszek Moczulski.

W 2007 r., gdy prezydent Lech Kaczyński i Ministerstwo Obrony Narodowej wskrzesili tradycję defilad wojskowych, zostało to uznane za „pisowski pokaz kieszonkowego militaryzmu”. Kiedy w tym roku defiladę organizuje Bronisław Komorowski, dla mediów głównego nurtu okazuje się ona „pokazem siły polskiej armii” - pisze "Gazeta Polska Codziennie". W tekście pt. "Komorowski wchodzi w buty prezydenta Kaczyńskiego" Jacek Liziniewicz przypomina też reakcje mainstreamu, w tym jednego z obecnych współpracowników Komorowskiego: Leszka Moczulskiego.

W 2005 sąd lustracyjny I instancji stwierdził, że w latach 1969–1977 był on tajnym współpracownikiem SB i otrzymywał za to wynagrodzenie. Wyrok ten uprawomocnił 12 września 2006 sąd II instancji, odrzucając tezę lidera KPN o fałszowaniu dokumentów.

- Czy defilady organizowane z takim przepychem jak wczorajsza są Polsce potrzebne? - pytał Marcin Wojciechowski, dziennikarz "Gazety Wyborczej" obecnie rzecznik MSZ Radosława Sikorskiego. - Nie. Zdrowy rozsądek podpowiada, że tej imprezy nie powinno być - grzmiał Leszek Moczulski, bliski przyjaciel Bronisława Komorowskiego.

Dlaczego rządzący zdecydowali się na nią? - dopytuje Wojciechowski, a w odpowiedzi Moczulski stwierdza: "Chcieli podnieść swój prestiż, może skopiować obce wzory. Mamy wiele takich sytuacji w naszej historii".

Wczorajsza defilada miała chyba upodobnić Warszawę do Paryża w dniu francuskiego święta narodowego -
drwił przyjaciel jednego z liderów Platformy Obywatelskiej. - Jeżeli nie ma się argumentów, to używa się pokazówek – dodawał. 

Z kolei gen. Stanisław Koziej, prawa ręka Komorowskiego, obecny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego szkolony w Moskwie,  stwierdził wtedy, że "jakieś realne korzyści z tego polityczne, czy strategiczne żadne". Również "Gazeta Wyborcza" skorzystała, by w Święto Wojska Polskiego i rocznicę zwycięstwa na komunistami ogłosić, że patriotyzm jest jak rasizm

- Choć potrafię zrozumieć tę dziką ekscytację, jaką maszyny do zabijania wzbudzają u większości ludzi (przyznajmy ze wstydem: głównie mężczyzn), to nie potrafię pojąć, dlaczego jest ona nie tylko tolerowana, ale i promowana przez państwo - pisał na łamach dziennika Tomasz Żuradzki.
Autor postawił nawet tezę, że "masowa ekstaza warszawiaków na widok kilku maszyn do zabijania oraz wyjątkowe poważanie, z jakim traktuje się żołnierzy - ludzi, którzy dobrowolnie chcą zabijać innych - to jaskrawy przykład kultywowania skłonności morderczych".

- To tak, jakbyśmy zbiorowo podziwiali ociekającą krwią piłę, którą jakiś zwyrodniały morderca poćwiartował swoją ofiarę. I tak, jakby była ona wożona w specjalnej gablocie przez centrum stolicy na koszt państwa i ku uciesze gawiedzi - mogliśmy przeczytać 15 sierpnia 2007 r. na łamach "Gazety Wyborczej".

Atak na defiladę wojskową przypuściła wówczas również Platforma Obywatelska. - Pokaz kieszonkowego militaryzmu braci Kaczyńskich - drwił Sławomir Nowak - To tworzenie iluzji. To, że dwa samoloty przelecą po niebie, nie oznacza, że będziemy mieli świetne lotnictwo.


facebook.com/cotojapowiedzialem