Jak kupuje się media w bantustanie

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

  

Prezes Orlenu nazwał prezesa PZU „sk…lem”. Dlaczego, skoro obaj są z nadania PO? Bo PZU zamieściło reklamę w tygodniku opozycyjnym. Podsłuchane rozmowy pokazują, że wolna konkurencja w polskich mediach jest fikcją. Bo naprawdę obowiązują rosyjskie standardy: dominują ci, którzy dostają kasę od władzy. – To po prostu wyprowadzanie pieniędzy z państwowych spółek – mówi „Gazecie Polskiej” Wiktor Świetlik, szef Centrum Monitoringu Wolności Prasy.

Tym, któremu skarży się na kolegę prezes Orlenu Jacek Krawiec, jest Paweł Graś, sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej, były rzecznik rządu. Krawiec mówi: – Chłopaki są sprytne, k…, albo mają więcej czasu, albo mniej przyzwoitości, mi nie wpadło do głowy przez sześć lat, a tu k… widzisz, je…ni, jeszcze Klesyk (Andrzej Klesyk, prezes PZU – przyp. P.L.) sk…el, wiesz, że on „wSieci” ogłoszenia daje?

Na to Graś: – No, widziałem właśnie.

Krawiec chwali się współpracownikowi Tuska, jak nawyzywał zdrajcę z PZU: – Ja mówię, co ty, k…, odp…asz? A on, że to klienci potencjalni. Wiesz, już się ustawiają, k…, media, już widać.

Na co Graś przytakuje i stwierdza, że nie tylko media są tak podłe: – Tak, tak, prokuratura też już widać, coraz dziwniejsze te werdykty wydaje, już czeka, patrzy na sondaże.

Dlaczego Krawiec donosi wpływowemu liderowi PO na Klesyka? Zdaniem naszych rozmówców to próba uwiarygodnienia… własnej osoby. Bo za rządów PiS Krawiec intensywnie podlizywał się tej partii. Teraz, donosząc na kolegę, udowadnia swoją lojalność.

Rządowe spółki odmawiają udostępnienia danych

„Władza trzyma z tymi, co trzymają media. Gdy w połowie polskich rodzin jest zwykła tragedia, ich grube interesy schowane w medialnych bredniach” – te słowa rapera Tadka Polkowskiego z piosenki „Honor i Ojczyzna” przychodzą na myśl po odsłuchaniu rozmowy Grasia z Krawcem.

Fakt, że najbardziej prorządowe media utrzymywane są w Polsce przez władzę poprzez reklamy, ogłoszenia i prenumerowanie ich przez urzędy, potwierdzają raporty organizacji dziennikarskich i opozycji.

Wiktor Świetlik, szef Centrum Monitoringu Wolności Prasy, opowiada, jak jego instytucja próbowała ustalić, gdzie reklamują się spółki z udziałem skarbu państwa. – Wysłaliśmy do kilkunastu z nich pytania o to, gdzie i za ile się reklamowały. Wszystkie spółki odmówiły nam informacji, zasłaniając się m.in. tajemnicą handlową – mówi Świetlik.

Jak stwierdza, proceder finansowania mediów bywa starannie kamuflowany. – Spółki te de facto wyprowadzają pieniądze do prorządowych mediów przeważnie za pomocą różnych spółek zależnych i powiązanych z nimi podmiotów prawnych. To utrudnia złapanie ich za rękę. Wydaje się, że sprawa ta powinna być jedną z najpilniejszych, którymi powinien zająć się prezes NIK – uważa Świetlik.

Kasa z ministerstw dla TVN, „Wyborczej” i „Polityki”

Trudniej ukryć fakt finansowania mediów ministerstwom, bo mają one ustawowy obowiązek ujawniania takich informacji. Parlamentarny zespół ds. obrony wolności słowa opracował w ubiegłym roku raport, w którym przedstawił wydatki Kancelarii Premiera i ministerstw na reklamy i ogłoszenia w latach 2008–2012. Jak wynika z raportu, na cel ten urzędnicy Tuska wydali w tym czasie aż 124 mln zł. Informacje o ich rozdziale są porażające.

Aż 51,6 proc. z puli pieniędzy przeznaczonych na reklamy w dziennikach ogólnopolskich dostała „Gazeta Wyborcza”, 35,1 „Rzeczpospolita”, a 8,32 proc. „Dziennik Gazeta Prawna”.

W segmencie telewizji najwięcej pieniędzy popłynęło do kontrolowanej przez rządzące partie TVP, ale biorąc pod uwagę tylko rok 2012, widać było inną tendencję – górą był, i to zdecydowanie, TVN. Ministerstwa zamówiły w 2012 r. w Grupie TVN ogłoszenia i reklamy za prawie 6,5 mln zł (podczas gdy w TVP – 3,8 mln, a w Polsacie – 3,6 mln zł).

– Okazało się, że władza nie dostrzega w ogóle istnienia mediów katolickich, choć od lat najlepiej sprzedającym się tygodnikiem jest „Gość Niedzielny”. Nie widziała potrzeby, by np. kierować do odbiorców tych mediów tzw. kampanię informacyjną tłumaczącą potrzebę obowiązku szkolnego sześciolatków – zauważa poseł Adam Kwiatkowski, szef zespołu parlamentarnego ds. obrony wolności słowa. Jak mówi, po opublikowaniu rozmowy Grasia z Krawcem zapytał w sejmie Donalda Tuska, czy istnieje jakaś czarna lista mediów, w których nie wolno się reklamować, oraz urzędnik, który jest za nią odpowiedzialny. – Premier nie odpowiedział, czekam na odpowiedź na piśmie – skwitował.

Gdy chodzi o reklamy w tygodnikach, to w badanym okresie liczyły się tylko dwa najbardziej prorządowe: „Polityka” (47 proc.) oraz „Newsweek” (45 proc.). – Akurat poczytność tygodników niezależnych od władzy jest zbliżona do tych prorządowych. Dlatego nie ma innego wytłumaczenia dyskryminowania ich niż cel polityczny – mówi Teresa Bochwic z zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

– Warto byłoby zestawić zachowanie poszczególnych mediów wobec afery taśmowej z tym, na ile korzystają z zasobów publicznych – komentuje politolog dr hab. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Najbardziej kuriozalny okazał się budżet reklamowy Ministerstwa Zdrowia, który w 2008 r. na reklamę i ogłoszenia w mediach wydał niespełna 45 tys. zł. W roku 2012 ta kwota wzrosła do ponad 7,8 mln zł. I to wszystko w czasie, w którym rosną kolejki do lekarzy i zadłużenie szpitali.

Więcej w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Sztab ludzi czuwa w internecie! Wyłapują... krytyków Wałęsy. Jakich słów unikać?

Lech Wałęsa / fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

  

Były prezydent Lech Wałęsa wytacza walkę osobom, które mają go rzekomo obrażać w internecie. Jego najbliższy współpracownik Mirosław Szczerba dysponuje podobno nawet sztabem internautów, którzy "wychwytują" internetowych "śmieszków". Sam Szczerba na początku roku informował, jakie słowa są zabronione. Przypominamy ku przestrodze!

Współpracownik Lecha Wałęsy Mirosław Szczerba z początkiem 2019 roku zapowiadał nowe porządki w internecie. Krótko mówiąc, zero tolerancji dla osób nabijających się z Lecha Wałęsy. Kto napisze w sieci "Bolek" albo "OTUA", może spodziewać się bardzo przykrych konsekwencji... [polecam:https://niezalezna.pl/251654-wspolpracownik-walesy-ostrzega-dowcipnisiow-napiszesz-bolek-lub-otua-a-pozniej]

Okazuje się, że Wałęsa do wychwytywania osób, które tak drastycznie łamią prawo i mają czelność pisać obraźliwy - jego zdaniem - ciąg znaków "OTUA", ma cały sztab ludzi. Dowodzi nim niestrudzony Mirosław Szczerba.

Nawet jeżeli ktoś zdecyduje się na uderzenie "z tajniaka" i napisze "Bolek", a później wyciszy Szczerbę czy schowa się za prywatnym profilem - nic to nie pomoże. I tak zostanie złapany! Tak przynajmniej mówi dowódca akcji przeciwko OTUA-śmieszkom. Dziś poinformował na Twitterze, że pracuje nad tym cały sztab ludzi, ale ze zrozumiałych względów, nie może powiedzieć, kto dokładnie.

Tak więc, internauci - miejcie się na baczności. Słów "OTUA" i "Bolek" nadal używacie na własną odpowiedzialność!

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl