Katarzyna Bratkowska - znana feministka, córka wspierającego Platformę Obywatelską Stefana Bratkowskiego, chce pokazać czym dla lewicy jest "sztuka". Aktywistka zaangażowała się w organizację inscenizacji "Morze krwi", którą napisał krwawy dyktator Korei Północnej, Kim Ir Sen. - Opera jest rewolucyjna, socjalistyczna i feministyczna, i nie ma nic wspólnego z polityką KRLD - tłumaczy Bratkowska.

Na stronie facebookowej, zapraszającej na inscenizację czytamy:

„Morze krwi”, to rewolucyjna opera koreańska, opowiadająca o walce koreańskich kobiet z uciskiem japońskich okupantów i patriarchatem. Akcja toczy się w latach 30-tych, w okresie japońskiej okupacji Półwyspu Koreańskiego. Główna bohaterka, zwana Matką, po śmierci męża, Jun Soba (spalonego żywcem przez Japończyków), bierze sprawy w swoje ręce i zostaje przewodniczącą lokalnego oddziału Związku Kobiet, organizacji łączącej walkę z okupantem z walką o prawa kobiet, które w ówczesnym społeczeństwie koreańskim nie miały nawet nazwisk. Związek Kobiet przełamuje tradycyjny podział, wedle którego walka zbrojna zarezerwowana jest dla mężczyzn, a rewolucyjne działania kobiet ograniczają się do zadań pobocznych i pomocniczych. Pod wodzą Matki kobiety odegrają kluczową rolę w walce o zdobycie japońskiego garnizonu. W ślady Matki idzie również jej córka, Gap Sun. 

Pokaz fragmentów "Morza krwi" odbył się 28 czerwca w Dzielnicowym Ośrodku Sportu i Rekreacji na warszawskiej Pradze. Przy próbach do inscenizacji pomagali pracownicy ambasady Korei Północnej: attaché kulturalny Ri Chun Su oraz zastępca ambasadora Kim Ju Doka. Ich udziałem chwaliła się na Facebooku sama Bratkowska. O tym, że Kim Ju Dok jest funkcjonariuszem północnokoreańskiej bezpieki jednak nie wspomniała.

Po protestach w tej sprawie głos zabrały marginalne organizacje lewicowe takie jak Polska Partia Socjalistyczna, Młodzi Socjaliści i Zieloni. - Ta rewolucyjna opera koreańska, jak opisują ją organizatorzy wydarzenia, jest niczym innym jak apoteozą ideologii Dżucze - napisali w liście otwartym. Jak podkreślają, "współpraca z koreańską bezpieką przy okazji wystawienia dzieła Umiłowanego Przywódcy nie różni się niczym od współpracy z neonazistami przy wydawaniu dzieł Adolfa Hitlera."

Co na to sama Bratkowska? na Facebooku zaatakowała protestujących, którzy "oczywiście przedstawienia nie obejrzeli. - Zostaliśmy publicznie potępieni i obszczekani przez kretynów, którym wszystko myli się ze wszystkim, bo wolą burzę w szklance wody (autopromocja i promowanie się na lewicę zarazem) niż wysiłek pomyślenia i nauczenia się czegoś - pisze lewicowa działaczka na facebookowej stronie przedstawienia. W rozmowie z portalem Tomasza Lisa stwierdza, że "nie będzie dyskutowała z partyjnymi politykami, którzy odtwarzają postawę prawicy wobec „Golgota Picnic”.

- Część z nich to osoby, z którymi mogłabym współpracować w sprawach priorytetowych, ale mnie generalnie opinie rozmaitych partii nie interesują. A tam podpisali się ludzie, którzy uprawiają działalność partyjną i przez to nie mogą już być (o ile byli kiedyś) intelektualistami (...) Poza tym to nie są żadne „środowiska lewicowe”, tylko partia Zieloni i satelity z kręgu jej sojuszu politycznego - stwierdza Bratkowska, podkreślając, że "masa osób na pozaparlamentarnej lewicy" owszem jest oburzona... ale faktem opublikowania listu protestacyjnego.