"Szokiem stało się dla mnie zachowanie kolegów po fachu. Nie chcę ich oskarżać, wystarczy, że przypomnę. Gdy upubliczniliśmy tę historię, to (...) większość mediów skupiła się na tym, co zrobiliśmy źle, a nie na samej sprawie" - to nie jest fragment dotyczący afery taśmowej. Tak redaktor "Gazety Wyborczej" Paweł Smoleński pisał o aferze Rywina. Przypomnijmy, co w grudniu 2005 r. mówił w wywiadzie dla magazynu "Press".

Organ z ul. Czerskiej od wybuchu afery nie ustaje w staraniach, by atakować tych, którzy ją ujawnili, oraz tych, którzy ją opisują i zadają skompromitowanym politykom trudne pytania. Ciężko nie odnieść wrażenia, że "Gazeta Wyborcza" stara się, by niechęć opinii publicznej zamiast na treści i bohaterach taśm, skupiła się na ujawniających kompromitację władzy. - Dziennikarze próbują obalić legalne rządy demokratyczne (...) Uruchamiają mechanizm podejrzliwości, którą zawsze da się wzbudzić, nawet bez dostatecznych powodów - pisze dziś w "GW" Marcin Król w tekście o wymownym tytule "Diabeł ma nas w swych objęciach"

W tej samej gazecie Jerzy Jedlicki ubolewa, że dziennikarze ujawniający kompromitujące władzę materiały nie mogą zostać uznani za przestępców. - Pismacy, którym przyzwoity człowiek brzydziłby się podać rękę, zasłaniają się "dobrem publicznym" i kupczą honorem i interesami państwa, a ich szanowni koledzy zbierają podpisy w obronie ich zagrożonych swobód - oburza się w "Wyborczej" Jedlicki.

Tymczasem Anna Gielewska z "Wprost" przypomina, co po aferze Rywina pisał autor słynnej publikacji "Ustawa za łapówkę. czyli przychodzi Rywin do Michnika" - Paweł Smoleński z "Gazety Wyborczej". Po licznych pytaniach magazynu "Press" o pominięte przy spisywaniu nagrania fragmenty rozmowy Michnik-Rywin, o czas przetrzymywania publikacji, o sposób jej opisania itp. Smoleński przechodzi do kontrataku i załamuje ręce nad brakiem dziennikarskiej solidarności.

Od początku miałem wrażenie, że jest to jedna z największych historii III Rzeczypospolitej. (...) Szokiem stało się dla mnie zachowanie kolegów po fachu. Nie chcę ich oskarżać, wystarczy, że przypomnę. Gdy upubliczniliśmy tę historię, to - może z braku innych materiałów - większość mediów skupiła się na tym, co zrobiliśmy źle, a nie na samej sprawie. (...) Byłem tym dotknięty, uznałem to za elementarny brak solidarności - mówił dziennikarz "Wyborczej".

- Nie miały żadnych materiałów, więc zajmowały się poboczami, nie Rywinem, ale "Gazetą" i mną. Żałuję, że z początku pisały o mojej zdolności odsłuchiwania propozycji Rywina, a nie o samej aferze - żalił się Paweł Smoleński. Jak podkreślał redaktor "GW", błędy tekstu, niesprawdzenie wątków, które pojawiały się w rozmowie Michnika z Rywinem, wynikały, z faktu, iż skupiał się tylko na jednym temacie. - Pisałem o konkretnej sprawie, na którą mieliśmy żelazny dowód: taśmę - stwierdza Smoleński w wywiadzie. O tym, że nagranie mogło być nielegalne albo obalić rząd - co dziś tak przeszkadza "Wyborczej" ws. taśm PO - Smoleński oczywiście nie wspomniał ani słowem.