Aferę podsłuchową już nazwano „największą aferą”. To oczywiście przesada. Konkurencja jest duża. „Noc teczek”, afera Olina, afera Rywina... Nigdy nie zostały do końca wyjaśnione, ale prowadziły do wzburzenia opinii publicznej i zmiany politycznej, choć, niestety, nie strukturalnej – co wynika właśnie z tego, że wyjaśniano je tylko połowicznie, a nawet pozornie. Nigdy nie przeprowadzono skutecznej i szerokiej lustracji, nie dowiedzieliśmy się, kim są Minim i Kat, nie ukarano mocodawców Rywina itd. - pisze Zdzisław Krasnodębski w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

„Afera podsłuchowa” bulwersuje polską opinię publiczną podobnie jak poprzednie. Mechanizm jest podobny. Na chwilę spada zasłona i oczom oszołomionej publiczności ukazuje się realność, nieuszminkowana przez usłużne media, „nieubogacona” przez PR, nieprzefiltrowana w potoku słów prorządowych celebrytów i niezbyt dociekliwych socjologów i politologów. Ta zasłona była w przypadku rządów PO wyjątkowo szczelna i wyjątkowo ozdobna w hafty pseudosukcesów i pseudoosiągnięć.

Spostrzeżenia płynące z nagrań

A jaka jest realność? Po pierwsze, jeszcze raz się potwierdziło, że rządzące elity to ludzie o poziomie wyjątkowo niskim. Nie chodzi tylko o estetykę, jak pospiesznie zapewnił Donald Tusk. „Granice naszego języka są naszego granicami świata” – powiadają filozofowie z Wittgensteinem na czele. Językowi pełnemu wulgaryzmów, językowi „dealów” odpowiada w świadomości tych ludzi świat tak samo ukształtowany.

Po drugie, potwierdziła się diagnoza, że rządzi nami jeden układ polityczny, ludzie z tego samego środowiska, o tej samej mentalności. Nie ma przy tym żadnej różnicy między dwoma odłamami elity rządzącej. Odmienna genealogia nie ma już znaczenia. Postkomunista Belka i postopozycjonista Sienkiewicz, politycy postsolidarnościowi i postpezetpeerowscy, według akt zarejestrowani jako dawni TW oraz założyciele i operatorzy nowych służb, rozumieją się doskonale. Nie przypadkiem to Marek Belka został prezesem Narodowego Banku Polskiego po tragicznej śmierci Sławomira Skrzypka. Nie przypadkiem tak szybko obsadzono wtedy stanowiska ludźmi zupełnie dyspozycyjnymi lub takimi, z którymi doskonale „można się dogadać”.

Po trzecie, jedność mentalna i kulturowa tego środowiska, jedność jego żywotnych interesów, sprawia, że formalny podział władz państwowych, niezależność instytucji, nabiera charakteru fikcyjnego. Można bowiem zasadnie przypuszczać, że podobne uzgodnienia jak między Belką i Sienkiewiczem (który w dialogu prezentuje się ewidentnie jako pośrednik między swoim rozmówcą a premierem) mogłyby się odbywać także z osobami kierującymi innymi instytucjami państwowymi, i nie tylko państwowymi. I tak z kolejnej konferencji premiera oraz prokuratora generalnego dowiedzieliśmy się, że nie jest on niezależny na tyle, by nie odbierać telefonów od premiera z dobrymi radami.

Po czwarte, dowiadujemy się, że ci ludzie doskonale wiedzą, jaki jest prawdziwy stan naszej „zielonej wyspy”, jak naprawdę oceniają „fajną Polskę”, jej modernizacyjny sukces i jej rzekomą „potęgę”. Zarówno to, co mówią ci wspaniali reprezentanci naszej „elity” rządzącej, jak i ich sposób komunikowania się oraz sam fakt nagrania jeszcze raz pokazują, jak funkcjonuje państwo pod ich rządami.

Smutne jest tylko to, że trzeba dopiero nagrań, aby nastąpiło społeczne i medialne poruszenie – zapewne znowu tylko na chwilę. A przecież to, kim jest Tusk, jaka jest jego ekipa, wiemy od dawna. Po 10 kwietnia 2010 r. nie powinni rządzić; w kraju cywilizowanym i suwerennym szybko zostaliby odsunięci od władzy i pociągnięci do odpowiedzialności. Gra z obcym, nieprzyjaznym państwem przeciw własnemu prezydentowi, niezapewnienie mu bezpieczeństwa choćby w minimalnym stopniu, oddanie śledztwa owemu nieprzyjaznemu państwu, budowanie przyjaznych z nim relacji na śmierci tych, którzy zginęli w Smoleńsku, i sposób prowadzenia śledztwa w Polsce, który budzi najwyższe wątpliwości i zdaje się raczej być dążeniem do ukrycia niż ustalenia prawdy o przyczynach tej ogromnej tragedii – wszystko to jest ewidentne. Nie potrzeba do tego nagrań rozmów ministra Arabskiego w Moskwie czy rozmów premiera Tuska z premierem Putinem.

Upadek sojuszu z mediami „głównego nurtu”

Nagrane słowa ministra spraw wewnętrznych i prezesa banku narodowego trudno było zatrzeć nawet złotoustemu, mimo wady wymowy, premierowi. Ale wydawało się, że sprawa jest już na dobrej drodze. Zaprzyjaźnione media przystąpiły do wytężonej pracy interpretacyjnej, która miała wyjaśnić Polakom, że nic się nie stało. I nagle następuje kolejna katastrofa – groteskowa, głęboko kompromitująca akcja w redakcji „Wprost”. Decyzja wysłania ABW do tygodnika przyspieszyła cały proces rozpadania się wizerunku premiera, pogłębiła kryzys, dolała oliwy do ognia. Dlaczego Tusk zdecydował się na dokonanie politycznego harakiri? Bo przecież trudno przypuszczać, że akcja ta w jakiś sposób nie była z nim uzgodniona – przynajmniej w sensie ogólnej strategii. Na pewno nie kierował nim samurajski honor. Raczej strach, obawa przed ujawnieniem następnych nagrań, niepewność co do tego, co może jeszcze wypłynąć na powierzchnię. Nie miał więc czasu na PR-owskie finezje. Trzeba było dotrzeć do nagrań za wszelką cenę.

Afera podsłuchowa, choć nie największa w III RP, nabrała przez to charakteru europejskiej, międzynarodowej kompromitacji. W sposób ewidentny naruszone zostały dwie z zasadniczych, stanowczo deklarowanych europejskich wartości i zasad instytucjonalnych. Najpierw pojawiły się poważne wątpliwości co do tego, czy w Polsce przestrzega się zasady niezależności banku centralnego. A to znaczy, że w tej aferze już nie chodzi o pieniądze Polaków, o pieniądze naiwnych tubylców nabranych przez lokalnego naciągacza, jak w przypadku Amber Gold, lecz o portfel zachodnich inwestorów i finansistów, o solidność polskich finansów i interesy jego wierzycieli itd. A zaraz potem – co medialnie jeszcze gorsze – spektakularnie i jawnie podważono zasadę wolności mediów. Zdjęcia prokuratorów i funkcjonariuszy w redakcji „Wprost”, wyrywanie laptopa jej redaktorowi obiegły świat. Ich wymowa jest jednoznaczna. Żadne tłumaczenie tego nie zmieni.

W dodatku akcja w redakcji „Wprost” naruszyła również jeden z filarów „systemu Tuska”, mianowicie sojusz z mediami „głównego nurtu”. Gdyby akcja dotyczyła „Gazety Polskiej”, „Naszego Dziennika” czy jakiekolwiek innego medium „niegłównonurtowego”, reakcja byłaby zapewne inna. Działania przeciw „Wprost” wywołały odruch solidarności, bo nikt nie może być pewny, czy nie będzie następnym obiektem tego rodzaju operacji.

Wstrząs jest tak duży, że nawet w mediach głównego nurtu zauważono, iż Tusk i jego ludzie utożsamiają dobro państwa z dobrem swojej partii, ze swoim dobrem, ze swoimi rządami. I nic dziwnego, skoro przez cała lata byli do tego zachęcani przez „autorytety”, media, celebrytów. Przekonywano, że PO to partia przeznaczona do rządzenia, że nie można pozwolić, by utraciła władzę, by przejęło ją Prawo i Sprawiedliwość.

Dramatyczne odejście, czyli kiedy zbledną opowieści Belki

Można się pocieszać, że podobne mechanizmy życia politycznego i podobne postaci są wszędzie, także na tzw. Zachodzie. Można wskazywać na podobne sceny z filmów amerykańskich. Marek Belka i Bartłomiej Sienkiewicz na pewno mogliby w nich zagrać. Ale życie to nie film. I wszędzie w krajach cywilizowanych ujawnienie tego rodzaju materiału musiałoby doprowadzić do zmiany władzy, do gruntownej odnowy systemu władzy. Jeśli więc chcemy stać się państwem prawa i państwem demokratycznym, krajem cywilizowanym, Tusk musi odejść. Z drugiej strony, wiemy jednak, że odejść nie może. Od dawna stało się jasne, że jego rządy nie skończą się zwykłym, demokratycznym, płynnym sposobem przekazania władzy w demokratycznych wyborach. To odejście będzie dramatyczne. A wówczas zapewne dowiemy się rzeczy, w świetle których zbledną nawet opowieści i negocjacje Belki, Sienkiewicza et consortes.