Tomasza Lisa i ojca Marysi życiorysy równoległe. Prawdziwa opowieść o tacie 17-latki z Gorzowa

Grozili, że jeśli nie powie, kto mu dał ulotki, wypadnie z okna komendy. A oni ogłoszą, że to było samobójstwo. Przesłuchanie trwało cały dzień, bez jedzenia i picia.

arch.
Grozili, że jeśli nie powie, kto mu dał ulotki, wypadnie z okna komendy. A oni ogłoszą, że to było samobójstwo. Przesłuchanie trwało cały dzień, bez jedzenia i picia. W końcu, po uderzeniu pałką w kark, 19-letni Kazik udał, że stracił przytomność. Wtedy przestali. Potem za odmowę przysięgi wojskowej na wierność Związkowi Sowieckiemu siedział w więzieniu w Rawiczu, w jednej celi z mordercami - pisze Piotr Lisiewicz w „Gazecie Polskiej”.

„Przysięgam stać wiernie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką” – tak brzmiała przysięga wojskowa w latach 80. w PRL, państwie wedle propagandy niepodległym. – Bardzo niewielu stać było na to, by odmówić jej złożenia i iść dobrowolnie za kraty. Wśród tych nielicznych to Kazimierz Sokołowski stał się największą legendą. Może przez to, że trafił do najcięższego więzienia – wspomina Sławomir Wieczorek, działacz gorzowskiej Solidarności Walczącej.

Dwaj panowie z ziemi lubuskiej, rocznik 1966

„Rozumiem, że tatuś i mamusia są z córeczki dumni. Nie uznali, że zachowała się niestosownie. Nie kazali przeprosić” – zaatakował na swoim portalu rodzinę 17-letniej Marysi z Gorzowa za jej słowa o premierze Tusku Tomasz Lis.

Tak się składa, że „tatuś” Marysi Kazimierz Sokołowski i Tomasz Lis wywodzą się z tej samej ziemi lubuskiej. Na dodatek obaj są z tego samego rocznika – 1966.

Obaj mają też nastoletnie córki. Tylko że bardzo różne. Marysia pisze wiersze i zasłynęła z „niestosownego” potraktowania premiera. Natomiast Pola Lis zaczęła karierę celebrytki na portalu Pudelek.pl od publikacji wzorcowo „stosownych” – o tym, że weekend bez sushi jest weekendem straconym oraz o wycieczce na drugą stronę Atlantyku.

W równoległych życiorysach Sokołowskiego i Lisa odbija się jak w zwierciadle prawda o III Rzeczypospolitej.

Daching, czyli jak Kazik wnerwił milicję

– To Kazik wymyślił daching – wspomina Marek Rusakiewicz, który do matury przygotowywał się, siedząc w zielonogórskim areszcie. Sokołowski wymyślił ten daching w drugiej połowie lat 80., gdy manifestacje opozycji słabły, a milicja nauczyła się sprawnie wyłapywać „prowodyrów chuligańskich zajść”.

Jeden z pierwszych dachingów odbył się w Międzyrzeczu. Tamtejsi mieszkańcy, wspierani przez gorzowskich młodzieżowych buntowników, protestowali przeciwko decyzji komunistycznej władzy, by z bunkrów tamtejszego Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego zrobić składowisko radioaktywnych odpadów.

SB zastraszała mieszkańców, za posiadanie choćby jednej ulotki o składowisku groziły represje. Ci zaczęli się bać, marsze protestacyjne były coraz mniej liczne.

Ale pewnej niedzieli grupa trzech opozycjonistów z Gorzowa wdrapała się na daszek międzyrzeckiego baru i stamtąd zaczęła zrzucać tysiące ulotek. – Na początku pomysł Kazika wydał nam się głupi, ale szybko okazało się, że jest świetny – wspomina Rusakiewicz. Na ulicy zrobiło się biało od nielegalnych ulotek. Tłumy mieszkańców Międzyrzecza roznosiły je po cały mieście. Niektórzy wyrzucali je potem z własnych okien.

Milicja zgłupiała, bo nie potrafiła wdrapać się na dach. Wezwano straż pożarną. – Ale strażacy powiedzieli, że oparcie drabiny o ten bar grozi zawaleniem jego konstrukcji i że w związku z tym ryzykiem nie podejmują się nas zdjąć – opowiada Kazimierz Sokołowski.

A oni stali na dachu już od trzech godzin. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Miejscowi rzucili na dach wiązankę biało-czerwonych goździków. – Nagle bariera strachu została przełamana. Okazało się, że tu, w centrum miasta, kilka osób odważyło się rozrzucić tysiące ulotek, pokazało swoje twarze, stojąc na daszku, i nic się strasznego nie stało. Ze skóry nas nie obdarli. To było dodanie otuchy tym ludziom, że diabeł nie taki straszny – mówi wynalazca dachingu.

Powód zakończenia akcji był prozaiczny – jeden z uczestników musiał iść się wysikać. Zeskoczyli więc z baru przekąskowego na dach pobliskiego kiosku, a stamtąd na dół. Tam czekała milicja, by ich wreszcie zwinąć. Ale ściśnięty tłum nie pozwolił.

Wobec tego rozwinęli transparenty i ruszył marsz główną ulicą miasta do kościoła. Starzy, młodzież, dzieci. Dopiero w drodze na PKS milicja odważyła się zatrzymać ich i zamknąć na 48 godzin.

Wieść o sukcesie akcji rozeszła się wśród młodej opozycji i dziesiątki dachingów stały się zmorą milicji w całym kraju.

Wtedy był 17-latek z Gorzowa

O nastoletnim Tomaszu Lisie wiadomo, że był synem prominentnego działacza PZPR oraz dyrektora Stacji Hodowli Zwierząt oraz krewnym jednego z tajnych współpracowników Wojskowej Służby Wewnętrznej. Potem, w latach 80., odbywał praktyki studenckie w NRD na Uniwersytecie im. Karola Marksa w Lipsku.

Jego rówieśnik Kazik Sokołowski zaczął swój bunt wobec systemu w tym samym wieku, w którym dziś jest jego córka Marysia. W czasie nauki w gorzowskim Technikum Elektrycznym. Razem z kolegami ze szkoły Grzesiem i Jarkiem Sychlami jeździli na rowerowe wycieczki do lasu. Zatrzymywali się i na przystankach PKS malowali kredą znaki Polski Walczącej i Solidarności Walczącej. Bunt młodego Kazika związany był z wartościami wyniesionymi z domu – rodzice byli spod Grodna i ucierpieli wiele od komunistów.

W szkole młodzi buntownicy zrywali propagandowe plakaty ze ściennych gazetek. Bojkotowali 1 maja i mimo zakazów dyrektora nosili znaczki z Matką Boską Częstochowską na tle narodowej flagi.

Za chwilę popełnisz samobójstwo

Gdy nawiązali kontakt z Ruchem Młodzieży Niezależnej, zaczęli robić to samo, tylko w sposób zorganizowany. Kazik miał 19 lat, gdy namierzyła go SB. Brutalnie bity i zastraszany kolega przyznał, że dawał mu ulotki. Wcześnie rano usłyszał mocne walenie w drzwi. Potem była rewizja, przewracanie wszystkiego do góry nogami, przerażenie rodziny.

Znaleźli ulotki. Na komendzie przesłuchanie trwało cały dzień. Nie dostał jeść ani pić. 19-latek usłyszał, że esbecy za chwilę otworzą okno i może wypaść. – A przesłuchiwali mnie na Kwiatowej, na trzecim lub czwartym piętrze. Sugerowano, że będzie to „samobójstwo”, że oni będą tłumaczyć, że ja po prostu wyskoczyłem, jeśli nie powiem, od kogo te ulotki dostałem – wspomina Sokołowski.

Nie powiedział, więc zaczęło się bicie. Po uderzeniu pałką w kark, w okolice głowy, poczuł się źle, ale udawał, że jest znacznie gorzej. Symulował, że mdleje i nie ma z nim kontaktu. Esbecy chyba się wystraszyli, bo przynieśli jakieś tabletki.

Potem była „nocka” na dołku i od nowa. Po tym wydarzeniu kolejne wezwania stały się codziennością.

Członkowie RMN zaangażowali się też w protesty przeciwko przysiędze wojskowej. – To było nie do pogodzenia z naszymi sumieniami. Wojsko powinno stać na straży pokoju i obrony granic Polski. A było wykorzystywane do „trzymania społeczeństwa za mordę” – mówi Sokołowski.

W skali ogólnopolskiej protestami przeciwko wojsku zajmował się Ruch Wolność i Pokój. Przedstawiciele RMN postanowili nawiązać z nim kontakt. Ale zaskoczył ich klimat WiP – alkohol i palenie trawki. Koledzy Sokołowskiego powiedzieli, że do takiej organizacji nie wstąpią. – Na polu bitwy musiałem zostać sam – wspomina. Rozumiał, że choć klimaty są odmienne, bez wsparcia ogólnopolskiej struktury niewiele zwojują. I został przedstawicielem WiP w Gorzowie. Z tym że urządził go po swojemu – WiP Sokołowskiego organizował protesty w obronie dzieci nienarodzonych.

Wejście w WiP wiązało się z podaniem w nielegalnych pismach jego numeru telefonu i adresu. Lokalna SB długo nie mogła tego zrozumieć, o co chodzi z tą jawnością. „Syn pcha się do więzienia” – usłyszeli rodzice.

Dwóch do Rawicza: Kazik i podziergany małolat

„Bilet” do wojska dostał jesienią 1987 r. Było to krótko po amnestii wobec innych WiP-owców. Wypuścili ich, bo władza chciała uniknąć niewygodnego dla siebie kłopotu. Gdy Sokołowski odmówił przysięgi, panowie z WKU z uśmiechem poinformowali go, że Zakłady Mechaniczne „Ursus” wystąpiły o odroczenie mu służby wojskowej, ponieważ jest… bardzo cenionym fachowcem (w wieku 21 lat!). Potem jednak przyszło wezwanie do służby w Obronie Cywilnej. Sokołowski odmówił tym razem złożenia junackiej przysięgi na wierność socjalizmowi.

Tego już było władzy za wiele. Wyprowadzono go z zakładów „Ursus” w kajdankach. Dostał 2,5 roku więzienia. Powinien jako niekarany siedzieć w zakładzie półotwartym, ale pobyt w Areszcie Śledczym w Zielonej Górze się przedłużał. Jak się okazało, przekwalifikowano go w międzyczasie z kategorii „otwartej” na „zamkniętą”. Uznano bowiem, że może być szkodliwy dla otoczenia.

Dowiedział się o tym w czasie transportu. – Z całego dużego transportu więźniów – a tak było tam ciasno w tej „kabarynie”, że niektórzy się wręcz podduszali, a nawet wymiotowali w tym ścisku, tłoku i dymie papierosów – tylko ja i jakiś „podziergany małolat” trafiliśmy do Rawicza – wspomina Sokołowski.

Trafił do celi z ludźmi, którzy mieli wyroki po 25 lat więzienia, byli karani za gwałty i morderstwa. Dla „recydywy” to, że mają siedzieć z kimś, kto dostał tylko dwa i pół roku, było podejrzane. Może to jakaś wtyka? Gdy udawało mu się w końcu w celi zaaklimatyzować, celę rozbijano, trafiał gdzie indziej i wszystko zaczynało się od nowa.

My z ZSMP

Gdy Tomasz Lis studiował i jeździł na zagraniczne praktyki, Sokołowski w Rawiczu szył piłki do nogi. Najpierw jedną dziennie. Potem doszedłem do wprawy i szyłem dwie. Dziś mogę ostrzec, że w wielu ręcznie szytych piłkach są w środku igły – śmieje się. Za „drobne” zarobione przy tej okazji kupował cebulę, smalec czy margarynę.

W pewnym momencie w więzieniu z ust występującego w telewizji Jerzego Urbana dowiedział się, że wygrali – rota przysięgi została zmieniona. Wyszedł po dwustu paru dniach odsiadki, w wyniku kolejnej amnestii. Na wolności znalazł się 21 lipca 1988 r.

Od razu wrócił do działalności opozycyjnej. Dostał pracę w szpitalu, więc usiłując poza przydziałem kupić papier w sklepie papierniczym, mówił, że to dla szpitala. Pewnego razu usłyszał, że ten szpital już papier brał. – Kazik powiedział, że jak nie na szpital, to weźmiemy na ZSMP – Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. I wydali nam. Nie było żadnego problemu – wspomina działacz RMN Norbert Żal.

Flagi przed myjnią „Szaniec”

W III RP Tomasz Lis stał się medialnym celebrytą inkasującym rekordowe honoraria. Natomiast Kazimierz Sokołowski założył myjnię samochodową. Ale niektóre służby i teraz nie dawały mu spokoju. Myjni nadał bowiem nazwę „Szaniec”, a przed nią – w stylu amerykańskim – załopotały na masztach polskie flagi.

W 1997 r. policja postanowiła skierować przeciwko bohaterowi podziemia sprawę do Kolegium ds. Wykroczeń. Powołała się na stary komunistyczny paragraf, zgodnie z którym flagi wywieszać można tylko w... święto państwowe.

Sprawę nagłośniła „Gazeta Polska”, a za nią inne media, i policjanci podkulili ogony. A w sejmie grupa posłów doprowadziła do zmiany kuriozalnego paragrafu. Już drugi raz w życiorysie Kazimierza Sokołowskiego…

Dziś przed myjnią flagi dumnie łopoczą, a przed domem ojca sławnej Marysi stoi Maryjna kapliczka. Zaangażowanie Sokołowskiego w sprawy wiary należy do jednego z najważniejszych.

Wieczorek pamięta zabawną anegdotę, jak to wybrał się wspólnie z Sokołowskim i najbliższymi mu ludźmi na spotkanie z Janem Pawłem II w Skoczowie w 1995 r. Po uczestnictwie we mszy św. wracali do domu przez całą Polskę samochodem, a współpasażerowie fundowali hot dogi. – Na jednej ze stacji benzynowych kupiłem więc wszystkim, oprócz oczywiście kierowcy, piwo. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że wszyscy oni ślubowali abstynencję – wspomina działacz Solidarności Walczącej. Jak mówi, nie miał innego wyjścia, jak samemu wypić po drodze wszystkie piwa.

Sokołowski głęboko wierzy, że tak jak Węgrom pomogła Krucjata Różańcowa, tak może ona pomóc Polsce. Jak mówi, Polacy gubią się w zalewie medialnych kłamstw i powinni zacząć od uporządkowania podstawowych wartości, a wtedy Duch Święty da im dość mądrości, by przestali być zagubieni. Podkreśla, że to dziś najważniejsze.

Czas na nowy daching

Gdy cytuję mu słowa jego krajana Tomasza Lisa, który napisał ironicznie, iż „tatuś i mamusia” Marysi z pewnością „są z córeczki dumni”, przytakuje. – Bardzo zadowoleni i dumni. W tym momencie historycznym, w jakim znalazła się Polska, nie mamy już czasu na owijanie w bawełnę. Czas na przywrócenie znaczenia słowom, prawdziwego znaczenia. Zdrada musi być nazywana zdradą – stwierdza.

Jak niegdyś wymyślony przez niego daching niszczył w ludziach barierę strachu, tak potrzebę jej przełamania widzi dziś. – Marysia wylała kubeł zimnej wody na głowy grillujących. Skoro ludzie tacy jak Antoni Macierewicz narażają się dziś obcemu mocarstwu w naszej sprawie, to my też musimy przestać się bać. Znów jest potrzebna międzyludzka solidarność. Mam nadzieję, że tym, którzy boją się „tak na wszelki wypadek”, zrobiło się trochę wstyd, że młoda dziewczyna jest odważniejsza od nich. Bo gdybyśmy tak na przestrzeni naszych dziejów tchórzyli, dzisiaj żylibyśmy w kołchozie – mówi.
 

Korzystałem z książki „Chcieliśmy być sobą. Ruch Młodzieży Niezależnej we wspomnieniach uczestników (1983–1989)”

 

 



Źródło: Gazeta Polska

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo