Walentynowicz: Sędzia przyszedł z gotowym wyrokiem

Za chwilę oskarżą rodziny o współudział w katastrofie. Abstrakcja?

Filip Błażejowski/Gazeta Polska
Za chwilę oskarżą rodziny o współudział w katastrofie. Abstrakcja? Równie abstrakcyjne jest to, co ogłoszono w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Poznaniu, uznając, że nie należy nikogo ukarać m.in. za niewykonanie sekcji zwłok ofiar tragedii smoleńskiej, a to, że doszło do ekshumacji, jest moją winą – z Januszem Walentynowiczem, synem legendarnej działaczki Solidarności Anny Walentynowicz, rozmawia Katarzyna Pawlak.

Jak Pan, jako syn jednej z ofiar, którą złożono w niewłaściwym grobie, przyjął decyzję sądu w Poznaniu?
Najbardziej adekwatne słowa to „matrix”. Odnosiłem wrażenie, że sędzia kompletnie nie miał pojęcia, o czym mówi. Na przykład jako dowód na „niewinność” prokuratorów przytoczył wypowiedź księdza Henryka Błaszczyka [był w Smoleńsku po katastrofie], który przecież zapewniał, że był przy zamykaniu każdej trumny. Problem w tym, że ksiądz Błaszczyk przyznał później, że wprowadził rodziny w błąd. Publicznie nas przeprosił. Powiedział, że wcale nie był przy wszystkich trumnach.

Wysłuchał Pan uzasadnienia do końca czy tak jak większość publiczności, w geście sprzeciwu wyszedł z sali po odczytaniu wyroku?  
Większość faktycznie wyszła, krzycząc „hańba”. Ja postanowiłem zostać, jednak w pewnym momencie nie wytrzymałem nerwowo. Musiałem opuścić salę.

Kiedy?
Prokurator oskarżył mnie, podobnie jak kiedyś prokurator generalny Andrzej Seremet, o błędną identyfikację. Padły słowa, że to moja wina, że nie rozpoznałem mamy. Miałem m.in. źle umiejscowić blizny pooperacyjne. Nie będę już powtarzał po raz setny tego, jak wyglądała identyfikacja i że poznałem mamę po twarzy. Chciałbym jednak podpowiedzieć prokuratorom, że śp. pani Teresa Walewska-Przyjałkowska, z którą rzekomo miałem pomylić własną matkę, nie miała żadnej blizny pooperacyjnej, więc nie było czego umiejscawiać.

Wierzył Pan, że sąd podejmie inną decyzję?
Miałem wrażenie, że sędzia przyszedł z gotowcem, że z góry wiedział, jaki wyda wyrok, a całe posiedzenie było farsą. Oczywiście to moje prywatne wrażenie, ale podzieliło je wiele osób. Z kolei prokurator był wyraźnie zawstydzony swoją rolą. Nikomu nie spojrzał w oczy, przeczytał stanowisko z kartki jak uczniak z pierwszej klasy, bez interpunkcji, jak automat.

Czy ktokolwiek Pana przeprosił? Decyzja sądu oznacza, że już to nie nastąpi, bo nikt nie jest winny.
Nie. I nie chcę przeprosin. Chcę tylko sprawiedliwości.

Wywiad w całości został opublikowany na łamach "Gazety Polskiej Codziennie"

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

Katarzyna Pawlak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo