Ludzie do pieców! Ludzkie ciało jako odpad biologiczny

  

Zwłokami zamordowanych w zgodzie z prawem ludzi nadal pali się w piecach. Od czasów II wojny światowej i nazistowskich zbrodni nic się w Europie i Stanach Zjednoczonych nie zmieniło - pisze Tomasz Terlikowski w „Gazecie Polskiej”.

Tak, wiem, to brzmi szokująco, wielu z nas może się wydawać, że to przesada. Ale wcale tak nie jest. W Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych bowiem trwa dokładnie taki proceder. W Wielkiej Brytanii w ostatnich kilku latach spalono (dosłownie, tak jak palono zwłoki w Auschwitz) 15 tys. ciał zamordowanych – w zgodzie z tamtejszym prawem – dzieci nienarodzonych. Ciepło wytworzone z palonych zwłok służyło do ogrzewania budynków szpitalnych. I jeśli coś wywołało skandal, to nie sam fakt palenia zwłok ludzkich (także pochodzących z poronienia), lecz to, że rodzice nie byli o tym informowani – podpisywali zgodę wyłącznie na kremację zwłok.

Auschwitz jako ekologiczna elektrownia?

I żeby było jasne – nie był to jakiś pojedynczy przypadek, niedopatrzenie władz szpitalnych. Trzeba mocno podkreślić, że proceder ten mógł dotyczyć 30 szpitali i 15 tys. zwłok. Dokładnie takie same działania podejmowane są w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. W Kanadzie ciała dzieci zabitych podczas aborcji transportowano do Stanów Zjednoczonych. Tam były palone i używane do produkcji energii elektrycznej. To trwało wiele lat.

Bud Waterman, pracownik przedsiębiorstwa odpowiedzialnego za spalanie ludzi, opowiadał, że samochody z „biologicznymi odpadami” przyjeżdżały z Kanady kilka razy w tygodniu. Znajdowały się w nich zwłoki dzieci zabitych w czasie aborcji (w Kanadzie jest ona legalna do dziewiątego miesiąca ciąży, a dokładniej do momentu, gdy główka dziecka nie opuści organizmu matki). Zwłoki – co przyznały władze firmy – były wykorzystywane do produkcji energii elektrycznej. I nikt nie może udawać, że nie wiedział, co znajdowało się w odpadach biologicznych. Jak bowiem opowiada Bud Waterman, zawartość kontenerów i zbiorników kilkakrotnie się wysypała i można było zobaczyć rozczłonkowane, maleńkie ludzkie ciałka. Nikt jednak nic nie zrobił, a firma i władze stanu Oregon nadal przyjmowały „odpady biologiczne”. Teraz, gdy sprawa stała się publiczna, władze stanowe oczywiście potępiły tę sytuację i zapewniły, że są nią oburzone.

Trudno się im zresztą dziwić. Gdyby bowiem uznać, że ludzkie ciała są „odpadami biologicznymi”, z których można produkować energię elektryczną, to wówczas działalność Hitlera czy innych zbrodniarzy wojennych w Auschwitz można by potępiać głównie za to, że nie dostrzegli w krematoriach nowych źródeł ekologicznej energii elektrycznej. Na to zaś – przynajmniej na razie – liberalna opinia publiczna nie jest na razie przygotowana i zareagowałaby oburzeniem.

Fałszywe oburzenie

Wyrażenie „na razie” zostało przeze mnie użyte absolutnie świadomie. Uznanie ludzi za odpady biologiczne wynika przecież wprost z ideologii aborcjonizmu. Zwolennicy zabijania dzieci od dawna przekonują nas przecież, że dziecko w łonie matki nie jest człowiekiem, lecz jedynie zlepkiem komórek, zabicie go zaś to nie uśmiercenie człowieka, ale „zabieg oczyszczenia macicy”. Przyjęcie takiego myślenia oznacza zaś – i nie ma przed tym ucieczki – że to, co zostało po wyczyszczeniu macicy, człowiekiem nie jest, można z nim zatem zrobić, co się chce. A żeby się nie zmarnowało, można to albo przeznaczyć na badania (z abortowanych istnień ludzkich już teraz produkuje się szczepionki i prowadzi na nich badania, które z przyczyn etycznych nie mogą być prowadzone na zwierzętach), wyrzucić na śmietnik albo – w imię walki z zanieczyszczeniem klimatu – spalić w piecach krematoryjnych, a ciepłem powstałym w ten sposób ogrzać mieszkania.

Zaskakujące? Wcale nie! To po prostu skutek przyjęcia pewnych założeń. I dopiero ich odrzucenie może sprawić, że całe to ideologiczne rozumowanie weźmie w łeb. Wcześniej jest to niemożliwe. Albo ludzkie płody są ludźmi i należy im się szacunek i prawa ludzkie (w tym prawo do tego, by nie być zabijanym, a także mieć godny człowieka pochówek), albo nimi nie są i wtedy można je potraktować tak jak wszystkie inne odpady medyczne. Tertium non datur. Trzeba wybierać. Bez hipokryzji, ale i ze świadomością, iż uznanie, że ludźmi można palić w piecach, nieuchronnie zbliża nas do myślenia i działania nazistów, którzy także to robili, bo nie uważali pewnych ludzi za ludzi.

Całość artykułu Tomasza Terlikowskiego w tygodniku „Gazeta Polska”
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Rozważasz wypad w Tatry? Ratownik TOPR radzi. WIDEO

Zdjęcie ilustracyjne, Tatry / youtube.com/print screen

  

Aby wyruszyć zimą w wysokie góry, nie wystarczy jeden kurs turystyki zimowej, trzeba latami zdobywać wiedzę i doświadczenie. Podstawą jest dobry ubiór, wyposażenie i przygotowanie kondycyjne – mówił dziś ratownik TOPR Adam Marasek.

Na konferencji prasowej w Krakowie zaprezentowano dziewięciominutowy film, który powstał w ramach kampanii edukacyjnej "Bezpieczni i rozważni w Tatrach zimą", przygotowanej przez Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe im. Adolfa Hyły. Znalazły się w nim informacje, jak się ubrać i w co wyposażyć, wyruszając zimą na wędrówkę w Tatry. Film jest dostępny na stronie stowarzyszenia i w mediach społecznościowych.

"Chcemy podnieść świadomość osób, które idą w góry, korzystając z wiedzy ekspertów. Chodzi o bezpieczeństwo turystów, ochronę tatrzańskiej przyrody, ale też o bezpieczeństwo ratowników, bo wypadki się zdarzają, ale przez naszą brawurę i nieodpowiedzialność możemy narazić bezpieczeństwo tych, którzy będą nam szli z pomocą"

– mówił prezes Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego im. Adolfa Hyły Jan Cięciak.

Doświadczony ratownik TOPR Adam Marasek podkreślił, że aby wyruszyć zimą w wysokie góry, nie wystarczy jeden kurs turystyki zimowej, trzeba latami zdobywać wiedzę i doświadczenie.

"Zimą turystyka w wyższych partiach Tatr jest trudna i bardzo wymagająca. Trzeba się odpowiednio przygotować, m.in. dobrze zaplanować wyprawę: sprawdzić prognozę pogodę, stopień zagrożenia lawinowego i warunki panujące w górach. Dla towarzystwa należy dobrać sobie znajomych czy przyjaciół o podobnej kondycji i podobnym rozumieniu gór" – mówił Marasek.

Podkreślił, że podstawą jest odpowiedni, chroniący przed zimnem i wiatrem ubiór, oraz odpowiedni ekwipunek. Wyruszając zimą w Tatry, trzeba mieć: naładowany telefon komórkowy, zimowe obuwie, raki, czekan i tzw. lawinowe ABC, czyli sondę, łopatki i detektory, a także umieć posługiwać się tym sprzętem.

"Od tego zależy życie kogoś, kto zostanie porwany przez lawinę" – mówił Marasek.

Dodał, że ratownicy TOPR od kilku lat obserwują "korporacyjne" podejście do chodzenia po górach. "Ktoś trzy miesiące wcześniej zaplanuje sobie, że tego i tego dnia będzie miał urlop, i wyjdzie w góry, a ponieważ jest plan, trzeba go wykonać, nie bacząc na panujące warunki, na pogodę czy zagrożenie lawinowe i własne przygotowanie" – mówił Marasek.

Osobom niedoświadczonym o wiele łatwiej podjąć decyzję o wyjściu w górach, o wiele trudniej decyzję, że trzeba się wycofać, bo zrobiło się niebezpiecznie

– podkreślił.

W 2018 r. Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe im. Adolfa Hyły przygotowało wraz z TPN 30 tys. broszur "ABC tatrzańskiego turysty", a później projekt "Orla Perć – tradycja i współczesność", aby pokazać, że jest to szlak piękny, ale ekstremalnie niebezpieczny i nie każdy powinien się na niego wybierać.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl