Już w najbliższą środę w "Gazecie Polskiej" film Anity Gargas "Anatomia upadku 2"

Spośród wielu argumentów najczęściej przedstawianych przez zwolenników „zwykłej katastrofy” szczególnie częsty był ten, że Rosjanie nie mogli być winowajcami tragedii – niezależnie od tego, cz

GP
Spośród wielu argumentów najczęściej przedstawianych przez zwolenników „zwykłej katastrofy” szczególnie częsty był ten, że Rosjanie nie mogli być winowajcami tragedii – niezależnie od tego, czy za powód defragmentacji tupolewa uznamy zamach, czy jedynie celowe doprowadzenie do katastrofy; że ludzie Putina nie byli zdolni tego zrobić, bo nie mieli interesu, bo ponieśliby zbyt wielkie koszty polityczne. Tuż przed 4. rocznicą tragedii pod Smoleńskiem ta nowa cywilizowana Rosja dostarczyła wątpiącym takiego dowodu - pisze Marcin Wolski w "Gazecie Polskiej".

Imperium Zła powróciło z właściwą sobie bezczelnością, łamiąc wszelkie zasady współżycia i prawa międzynarodowego, bez liczenia kosztów, bez bilansowania zysków i strat.

Car nakazał – czynowniki wykonały!

A świat zobaczył znowu prawdziwą twarz zda się pogrzebanego na wieki wieków upiora. Słusznie zauważył całkiem niedawno Romuald Szeremietiew – wszyscy naiwnie sądzili, że Związek Radziecki się rozpadł. A on się jedynie schował. I teraz wychodzi z ukrycia.

Trudno wyobrazić sobie właściwszy moment na prezentację kolejnego filmu Anity Gargas o „Anatomii upadku” niż czas „pełzającej inwazji”. Do tych widzów, którym do dziś dźwięczy w uszach przesłanie z pierwszej części o upadłym na kolana w błocie smoleńskim państwie polskim, dochodzą nowe tony, cenne uzupełnienia, wartościowe świadectwa.

Nowe fakty i dowody

Takie jak dramatyczna relacja porucznika Artura Wosztyla, dowódcy Jaka 40, obecnego w dramatycznych chwilach na płycie lotniska w Smoleńsku, człowieka płacącego wielką cenę za nieuczestniczenie we froncie kłamstwa: stracił pracę, żyje w permanentnym napięciu – „seryjny samobójca” przecież krąży. Drugi ze świadków zdarzeń od ponad roku nie żyje, a samemu Wosztylowi też przecięto przewody hamulcowe w samochodzie...

A czy nie świadczy również dosadnie o stanie kadr naszego państwa wypowiedź byłego gubernatora obwodu smoleńskiego (zastanawiam się, jak Anicie udało się skłonić go do wypowiedzi). Mówi on o reakcji polskich oficjeli na katastrofę. Po upadku samolotu pobiegli oni na skraj pasa startowego, ale poza gubernatorem wszyscy zatrzymali się. Nie, nie chodziło o „kałasze” w rękach OMON, tylko o błoto – bardziej niż o ofiarach umierających wśród resztek samolotu, notable myśleli o swoich eleganckich lakierkach.

Cóż, takie detale niejednokrotnie więcej mówią o ludziach niż głoszone przez nich hasła.

Wydawać by się mogło, że cztery lata po katastrofie chociaż część faktów zostanie opinii publicznej oficjalnie wyjaśniona. Film Anity Gargas uświadamia, że tak nie jest.

Arabski, Turowski i inni

I nie chodzi tu o sprawy, o których trudno ostatecznie rozstrzygać, nawet gdyby istniała taka wola rządzących, niedysponując wrakiem, czarnymi skrzynkami lub amerykańskimi zdjęciami satelitarnymi. Nadal nie padły odpowiedzi na temat kulis rozdzielenia wizyt premiera i prezydenta, tajemniczych (bez tłumaczki) restauracyjnych spotkań Arabskiego. A pytania do Donalda Tuska o rozmowy z Putinem, od tej z sopockiego molo po karesy uwiecznione przez fotografa w Smoleńsku uchodzą wręcz za świętokradztwo.

Zespół Laska jest w istocie grupą dezinformacyjną, a inicjatywie dialogu profesora Kleibera ukręcono łeb, zanim na dobre powstała.

Zrobiono wiele, aby odpowiedzialnych usunąć Polakom sprzed oczu– zniknęli obaj Klichowie (choć jeden, o hańbo, zdołał uzyskać mandat w Krakowie!), w dalekiej Hiszpanii ukrył się Arabski, odszedł z BOR awansowany na generała Marian Janicki, a Miller, który wraz ze swoją komisją skopiował raport Anodiny, przewodzi Małopolsce.

Nadal pozostaje niejasny powód, dla którego minister Radosław Sikorski przywrócił do służby jednego z PRL-owskich szpiegów, Tomasza Turowskiego, przez ponad 10 lat „nielegała” w Rzymie, który nie tracąc dobrego samopoczucia, sam siebie nazywa „Kretem w Watykanie”, co nie przeszkodziło mu w roku 2009 skłamać w oświadczeniu lustracyjnym. Czyżby nasz szef MSZ był niedoinformowany? A może przeciwnie – był poinformowany aż za dobrze?

Pytania, które znaczą tyle co wykrzykniki

Czym różnią się oba filmy Anity Gargas? Przede wszystkim stanem wiedzy, która – choć ciągle ułomna – wypełnia szereg białych (czy raczej krwawych) plam dramatu. Tworząc pierwszą „Anatomię”, znakomita twórczyni „Misji specjalnej” poruszała się po grzęzawisku poszlak. Dziś grunt w dużym stopniu się zestalił. Działalność komisji Antoniego Macierewicza, nadzwyczajny wkład zagranicznych i krajowych ekspertów owocuje znacznie większą wiedzą, nawet jeśli nie do końca kompletną.

Ale tradycja cywilizacji europejskiej – nie mylić z mongolską – opiera się na kartezjańskim sylogizmie: „Wątpię, więc myślę, myślę, więc jestem”. W pewnych sytuacjach znaki zapytania oznaczają tyle co wykrzykniki.

Jednak waga „Anatomii II” wynika nie tylko z kontekstu aktualnych zdarzeń w bliskiej zagranicy – jeśli komuś do oceny działalności Kremla nie wystarczały zabójstwa Litwinienki i Politkowskiej, wysadzanie bloków mieszkalnych, zbrodnicza, bezsensowna brutalność wykazana przez „służby” w szkole w Biesłanie i w Teatrze na Dubrowce, rzeź Czeczenii, inwazja na Gruzję, dziś już wie, do czego są zdolni współcześni następcy Josifa Wissarionowicza. A przecież „w temacie Ukrainy” nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Jest jeszcze ważniejszy aspekt tej filmowej premiery.

Oto na naszych oczach dokonuje się pragmatyczna transformacja ekipy odpowiedzialnej za smoleński dramat. Jeszcze nie wiemy, co powoduje nimi w większym stopniu – strach przed rosyjskim niedźwiedziem, który w swoim zapale nie rozróżnia wasali od rywali, przywołując do porządku przez hegemonów z Waszyngtonu czy Berlina, czy nadzieja, że grając antyrosyjskich twardzieli, podreperują swoją reputację w społeczeństwie, a ono jeszcze raz im zaufa i złoży swoje losy w ich wypróbowane ręce.

Film Anity Gargas to jedno z tych koniecznych przeciwdziałań, które wychodzą wprost z ducha Żeromskiego: „Trzeba rozrywać rany polskie, żeby się nie zabliźniły błoną podłości!”.

Trzeba zadawać pytanie o odpowiedzialność i o przyszłość. Czy ten, kto bezwarunkowo i bez żadnych zastrzeżeń oddał śledztwo w najważniejszej polskiej sprawie w ręce potencjalnego sprawcy, może być sternikiem nawy państwowej na lata jeszcze trudniejsze, a wyzwania być może dużo większe? Czy minister, który chwilę po tragedii już zna jej przyczynę i rozsyła w tej sprawie instrukcje, to naprawdę znakomity kandydat na państwowe funkcje, a może jeszcze na sternika europejskiej polityki zagranicznej? Czy prezydent (podówczas jedynie marszałek sejmu), którego w chwili dramatu interesuje głównie to, aby dorwać się do pałacowego sejfu z załącznikiem do raportu o WSI, a następnie dba przede wszystkim o zniknięcie z polskiej świadomości pamięci o tragedii, jak krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, to najbardziej godny kandydat na Ojca Wszystkich Polaków w kolejnej kadencji?

I nie powinno zwieść narodu ich brylowanie na światowych salonach, grzanie się w blasku wielkich tego świata, bratanie z bohaterami z Ukrainy (bo to wynika z ich urzędowych obowiązków, a nie z nadzwyczajnych zasług czy politycznego geniuszu!).

Bez zdecydowanej odpowiedzi na postawione wyżej pytania sprawy polskie nie pójdą w dobrym kierunku. A zamiast o kolejnej „Anatomii upadku” przyjdzie myśleć o „sekcji Rzeczypospolitej”.

Film ważny, mądry, do obowiązkowego obejrzenia.

 

Źródło: Gazeta Polska

Marcin Wolski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo