Czy znowu „przegramy dom swój”?

  

Polacy urodzeni po wojnie dwukrotnie mieli szansę, by znacząco przedefiniować sytuację wewnętrzną i zewnętrzną swojego kraju, by odzyskać podmiotowość, wziąć swój los we własne ręce. Żadnej z tych szans nie wykorzystaliśmy. Teraz, być może, stajemy w obliczu trzeciej. Czy i tę zaprzepaścimy?

Pierwszą możliwość sami sobie wywalczyliśmy rewolucją Solidarności. Nie starczyło nam jednak siły ani determinacji, by nasze zdobycze ochronić przed atakiem rodzimych namiestników sowieckiej władzy.

Drugą okazję zyskaliśmy w 1989 r., po części wskutek własnych wysiłków, po części za sprawą dezintegracji Związku Sowieckiego i rekonstrukcji pojałtańskiego ładu w Europie. Wówczas dobrowolnie zrezygnowaliśmy z ambicji samostanowienia. Wycieńczona reżimem Wojciecha Jaruzelskiego i kryzysem gospodarczym Polska z ulgą scedowała troskę o swoje bezpieczeństwo oraz rozwój ekonomiczny na międzynarodowe instytucje – NATO i Unię Europejską. Porównując jej dzisiejszą kondycję z sytuacją Ukrainy, można stwierdzić, że nie był to najgorszy wybór. Coraz wyraźniej jednak ujawnia on też swoje mankamenty, wynikające ze statusu peryferyjnego zaplecza metropolii, będącego terenem pozyskiwania taniej siły roboczej i rynków zbytu, nie zaś obszarem samodzielnego, dynamicznego rozwoju. Jakkolwiek oceniać wyniki minionego ćwierćwiecza, wydają się one rachunkiem przeszłości. Inwazja na Ukrainę, bez względu na dalszy przebieg konfliktu, już teraz wywołała przesilenie, w którego obliczu dotychczasowe polskie kalkulacje polityczne trzeba zweryfikować.

Atrapa państwowości

Kluczowy aspekt tego problemu celnie przedstawił Dawid Wildstein, który w ubiegły weekend zwrócił uwagę, że wskutek rosyjskiej agresji na Ukrainie „Polska stała się zdolna do określenia wroga. Stała się więc prawdziwą wspólnotą polityczną”. Słuszność tej diagnozy wydają się potwierdzać ostatnie wydania tygodników. Czołowe tytuły, w zdumiewającej zgodzie od lewej do prawej, wybiły na okładkach troskę o nasze bezpieczeństwo i o stan polskiej armii, co – oględnie rzecz ujmując – nie było w ostatnich latach najpopularniejszym tematem. „Wprost”: „Jak długo może bronić się Polska”, „Newsweek”: „Imperium zła. Jeśli świat nie powstrzyma Putina teraz, za chwilę może być za późno”, „Polityka”: „Kto Polskę obroni? (jak przyjdzie co do czego)”, „Do Rzeczy”: „Nasza armia bez szans w starciu z Rosją”, „wSieci”: „Musimy się zbroić”. Wewnątrz znajdujemy powódź rozważań o wojowniczej i nieprzewidywalnej naturze Rosji oraz polskiej bezradności wobec zagrożenia.

Oczywiście, te lamenty w „Newsweeku” czy „Polityce” budzą politowanie, skoro do niedawna sławiono tam ideę polsko-rosyjskiego pojednania, które miało wykwitnąć z krwi ofiar smoleńskiej tragedii. Przy całym swoim żałosnym i groteskowym charakterze pozostają jednak świadectwem przebłysku świadomości w kwestii potiomkinowskich cech tej atrapy państwowości, jaką jest III RP.

Precz z państwem narodowym?

Można niestety oczekiwać, że niebawem ta świadomość zostanie pogłębiona, w miarę jak Unia Europejska i NATO dalej będą demonstrowały swoją porażającą bezradność wobec inwazji Ukrainy.

Pół roku po tym, jak „Gazeta Wyborcza” (sprawiedliwie dodajmy, że w towarzystwie blisko dwudziestu wysokonakładowych tytułów z całego świata) ekscytowała się publikacją manifestu Daniela Cohn-Bendita i Felixa Marquardta „Precz z państwem narodowym”, widać, jak przedstawia się europejska solidarność w obliczu konfliktu interesów między państwami narodowymi właśnie oraz jak te sprzeczne, narodowe interesy paraliżują działania Unii i rozstrzygane są w końcu po myśli silniejszego. Tymczasem Polska, Litwa czy Łotwa silniejsze nie są, zatem ich obawy o bezpieczeństwo czy terytorialną integralność ustąpić muszą wobec niemieckich i francuskich profitów z handlu z Rosją. To godna przemyślenia lekcja dla tych wszystkich, którzy zatonęli w rojeniach o „byciu Europejczykiem” i ze wzgardą odwrócili się od własnej Ojczyzny. Gdy nadciągają kłopoty, Ojczyzna, nawet jeśli wydaje się mało efektowna, to przynajmniej wciąż istnieje i lepi człowiekowi jakieś schronienie, mityczna Europa natomiast rozpada się na szereg cudzych ojczyzn, zainteresowanych przede wszystkim własnym, a nie naszym losem.

Okazuje się, że gorzkie polskie doświadczenie historyczne dotyczące skuteczności „zachodnich gwarancji” pozostaje w mocy – nikt nie będzie umierał za Krym, a budapesztańskie porozumienie to tylko papier. Jest swoistym paradoksem, że polska lumpenelita, która tak bezlitośnie piętnuje naiwność politycznych kalkulacji II Rzeczypospolitej, równocześnie powiela jej wiarę w zachodnie sojusze i bez zażenowania pyta na okładce „Polityki”: „Kto Polskę obroni?”.

Odpowiedź jest oczywista: nikt, o ile sami nie będziemy zdolni przeciwstawić się agresji. Jeśli taką zdolność uzyskamy, być może ktoś nas wesprze. Pewnie prędzej odległe USA bądź mizerne państwa naszego regionu niż francuskie samoloty lub niemieckie transportery. „Unią rządzą sklepikarze”, powiada Krzysztof Szczerski. A sklepikarze dbają o swoje sklepiki.

Całość artykułu w "Gazecie Polskiej Codziennie"
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts